Dziennik Andrzeja Dębkowskiego - Zapiski na skrawku... komputera

Ballada wigilijna

 

Ballada wigilijna

 

Błękitna zorza się rozciąga i gwiazda betlejemska płonie,

podobny do anioła stróża, oznajmia: – Oto Pan nadchodzi.

 

Niebo podsyła nam marzenia i nie przyjmuje już tłumaczeń,

w tej oto chwili znów nadzieja, niespodziewanie pędzi z góry.

 

W moim królestwie czas radości, hufce aniołów jak husaria,

rozdają paczki i prezenty, dojrzewa miłość i milczenie.

 

A ty, jak piesek, biedny, głodny, zgubiłeś ślady w wielkim mieście,

tej nocy znowu chciałeś mówić, broń mnie – mój Panie – przed obłudą.

 

Spragnieni drzewa obfitości, szukamy ciszy i przyjaźni,

gdzie zapach drzewa świerkowego i zwitek siana pod obrusem.

 

Któż pozna swoje przeznaczenie, obroni się przed łownym zwierzem,

który pod sierścią łagodności, jak dzidą rzuca czarnym słowem.

 

I nagle cisza dookoła, to płatki śniegu już wirują,

przy ogniu siedzi małe dziecię i matka czule go otula.

 

Więc może znowu powspominasz, zapiszesz kilka słów – dla innych –

w świecie złych myśli, dziwnych złudzeń – czasem zostaje nam nadzieja.