Dziennik Andrzeja Dębkowskiego - Zapiski na skrawku... komputera

Stracone dekady przemian...

 

   Ktoś niedawno powiedział, że ostatnie lata to dla Polski naj­lepszy okres od ponad trzystu lat. W pewnym sensie trzeba się z tym zgo­dzić, ale tylko w pewnym sensie...

   Przemiany ostatnich lat nie przyniosły co prawda globalnej porażki, ale jest wątpliwe, czy historyczną szansę wyko­rzystujemy na miarę możliwości i ambicji. Wielu Polaków nie czerpie satysfakcji z przemian, czego spektakularnym wyra­zem jest przekonanie większości, że w komunizmie żyło im się lepiej.

   Dlaczego tak jest? Nie zostały prze­zwyciężone zasadnicze dysproporcje odziedziczone po komunizmie – raczej nastąpiło ich zaostrzenie. W okresie gospodarki socjalistycznej istniało ogromne, nadmierne zatrudnienie. Rynek w ostatnich latach pozbawił tych ludzi pracy, ale ogromnego bezrobocia nie można wyjaśnić po prostu dziwactwem przeszłości. Gdzie np. ochrona rodzimych producentów przed zachodnią penetracją importu.

   Rozpowszechnione przekonanie o niesprawiedliwych nierównościach ma też swoje źródło w najnowszej historii politycznej i wynika z przeświadczenia o sojuszu elit komunistycznych i solidarno­ściowych, które stały się beneficjentami wielkiej przemiany, dokonanej wszak ogromnym wysiłkiem większości społe­czeństwa.

   Interesująco na ten temat pisał kilka lat temu w „Rzeczpospolitej” Ry­szard Bugaj w artykule „Polska po przej­ściach”: Być może najbardziej tego spektakularnym przykładem była operacja „uwłaszczenia” przeprowadzona przez środowisko „Gazety Wyborczej”. Redaktorzy uznali, że mogą podzielić między siebie ogromny majątek będący następstwem wielkiego sukcesu osiągniętego przez gazetę, która powstała jednak dzięki zwycięstwu całej antykomu­nistycznej opozycji. Co więcej, nic nie słychać, by beneficjenci założyli np. funda­cję działającą na rzecz tych, którzy do sukcesu dawnej opozycji, antyko­munistycznej się przyczynili, a dziś są na dnie. Natomiast to „Gazeta Wyborcza” ostro reagowała na projekty ustawodawcze przewidujące skromne materialne rekom­pensaty dla „szeregowych kombatantów”. Podobny pokaz obłudy dali członkowie EPP domagając się podwyżki swoich bardzo wysokich apanaży i jednocześnie bezustan­nie nawołując do redukcji socjalnych wydatków państwa. Przykłady można zresztą mnożyć. Poczucie niesprawiedliwo­ści i krzywdy coraz jednak rządnej jest źródłem moralnego potępienia także wśród przegranych. Coraz powszechniejsze zdaje mi się przeświadczenie, że taka jest „natura świata”, że trzeba się pogodzić z jego regułami i w ich ramach walczyć o swoje. Socjolodzy dla schyłkowego okresu komunistycznego ukuli określenie „brudna wspólnota”, które wyrażało stan szczegól­nego moralnego relatywizmu. W nowych formach „brudna wspólnota” znowu się odradza. Storo obłudne, cyniczne i pazerne są elity (obydwie – stara i nowa), to dlatego zwykli ludzie mieliby zachowy­wać się według zaleceń dekalogu?

   Tworząca się nowa „brudna wspólno­ta” wyjaśnia też dobrze powody dwoistego stosunku do etycznych zasad w życiu pu­blicznym. Prawią wszyscy by chcieli, aby były one stosowane, ale prawie wszyscy uznają, że to postulat nierealny. To pewnie dlatego niemal nikomu nie przeszkadza, że Polską na wszystkich właściwie szczeblach rządzą ludzie, którzy w przeszłości wspiera­li system komunistyczny i byli jego beneficjentami. „Amnestia” obiela nawet naj­wyższych funkcjonariuszy.

   Polska od początku transformacji jest przeniknięta „kulturą nierówności” i brakuje nam wspólnego etycznego fun­damentu. Między rozpowszechnionymi przekonaniami na temat tego, co słuszne, sprawiedliwe i uczciwe, a realnymi regułami życia publicznego, gospodarczego istnieje dramatyczna rozbieżność. U wielu jest ona źródłem wewnętrznego rozdarcia: surowych ocen otaczającego świata i praktycznego stosowania się do realnych reguł we własnym, indywidual­nym postępowaniu. Nie może to pozostać bez negatywnego wpływu na funkcjono­wanie podstawowych instytucji życia społecznego: państwa, przedsiębiorstwa, władz lokalnych. Musi być źródłem defi­cytu społecznej aktywności. W szczegól­ności państwo, postrzegane jest jako byt wyalienowany, eksploatujący obywateli. To także skutek tego, że państwo koncen­truje się raczej na organizowaniu indywi­dualnego wyścigu między obywatelami i wspiera interesy partykularnych grup, niż organizuje zbiorowy wysiłek narodowej wspólnoty i jest organizatorem jej soli­darnych zachowań.

   System polityczny został zbudowany tak, by ograniczać wpływ wyborców i pozostawić klasie politycznej możliwie szeroką autonomię. Służy temu przede wszystkim zawiłość struktur władzy utrudniająca ocenę zachowań aktorów życia politycznego.

   Interesy wspólne klasy politycznej są coraz silniejsze, co znajduje spektakular­ny wyraz w bezustannie postępującej rozbudowie biurokracji państwowo-samorządowej i poszerzaniu materialnych przywilejów klasy politycznej. Ta ostatnia okoliczność ma ogromne znaczenie, bo lokuje ludzi polityki w grupie społecznej o wysokich dochodach, wytwarzając niską wspólnotę interesów.

   Autorytet ludzi polityki jest więc bar­dzo niski, a przekonanie, że ich działania są podporządkowane jakiejś klarownej misji, właściwie nie istnieje. Potwierdzają to zupełnie dowolne wolty polityków i niedotrzymywanie jakichkolwiek zobo­wiązań wyborczych. Polityczna demokra­cja staje się – aż strach to powiedzieć – przede wszystkim instrumentem ochrony interesów grup uprzywilejowanych.

   Przekształcenia ustrojowe nie uru­chomiły w Polsce procesu kumulacji kapitału społecznego, bo w znacznej mierze zderzyły się z tradycją i warto­ściami cenionymi przez Polaków. Skut­kiem jest skrajny brak zaufania pracowni­ków do pracodawców i odwrotnie, nikłe zainteresowanie sprawami publicznymi i śladowa aktywność obywatelska. Niski poziom kapitału społecznego styka się w Polsce z tandetnym rynkiem i niskiej jakości państwem. Ale żeby to zmienić, trzeba temu poświecić bardzo, bardzo dużo pracy.