Bloog Wirtualna Polska
Są 1 204 304 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Rozmyślania...

poniedziałek, 19 września 2016 10:16

 

   Kiedy wywalczyliśmy wolność i od­zyskaliśmy niepodległość, wydawało się, że teraz już tylko będziemy podą­żać w stronę świetlanej przyszłości, w stronę krainy mlekiem i miodem pły­nącej, jednakże znacznie szybciej, niż tego oczekiwali różni znawcy, okazało się, że tradycyjnie od wielu wieków, wychodzą z nas w takich momentach wszystkie najgorsze narodowe cechy. Co więc na to wpłynęło?

   Realia życia społecznego ostatnich miesięcy są, niestety, takie, że znowu mamy wiele powodów do narzekań i frustracji. Afera ściga aferę, zaczyna brakować autorytetów moralnych, a w zasadzie ich nie ma, poziom sprawo­wanej władzy sięgnął dna. Ten typ myślenia, odruchów i zachowań cha­rakteryzuje już całe środowiska i gru­py społeczne, które czują się skrzyw­dzone. Swoje negatywne odczucia i swoje pretensje mają i chłopi, i ro­botnicy, i inteligenci. Mają mieszkań­cy małych miasteczek, akademików i blokowisk, mają inżynierowie, na­uczyciele, pracownicy naukowi, kle­rycy, taksówkarze, górnicy, hutnicy, policjanci, żołnierze... Jednym sło­wem prawie wszyscy. Coraz bardziej zaryso­wuje się podział na „my” i „oni”, cho­ciaż z drugiej strony niełatwo dzisiaj odróżnić kto jest tym „onym”.

   I tak zaczyna kształtować się obraz Polski w szerokim świecie: kraj pora­żających kontrastów – brudu, i nędzy, wystawnego przepychu i bogactwa, kościołów i nietolerancji, przesadnej pobożności i zabobonów, zadufania we własną wszechmoc i wszechwiedzę, a także niedorozwoju państwa, przywią­zania do wolności i niechęci do reform uszczuplających przywileje kastowe – zauważył kiedyś trafnie Adam Szostkiewicz. Niestety, minęło już kilkanaście lat od tego stwierdzenie i nic się nie zmieniło.

   Nostalgia taka, bardzo charakte­rystyczna dla Polaków, wyraża się na przykład w tęsknocie za minionym systemem. Mniej chodzi o politykę, a bardziej o tzw. swojskość Polski Lu­dowej z jej pozorną stabilizacją i sa­mowystarczalnością oraz powszech­nie tolerowanymi układami. Ta no­stalgia jest momentami tak wielka, że grupy społeczne bez względu na swój kolor partyjny podtrzymują koleżeń­skie układy, które momentami prze­kształcają się w układy przestępcze. W tej chwili społeczeństwo w zasa­dzie nie jest w stanie odróżnić kto jest tym dobrym, a kto złym. Na do­datek coraz mniejsza wiara w to, że Polacy są narodem „wybranym” po­woduje dodatkowe „urazy psychicz­ne”.

   Na plan pierwszy wysuwają się zachowania typu zawiść. Polak za­zdrości swoim rodakom niemal wszystkiego, nawet optymizmu ce­chującego tych, którym się w życiu udało. Zawiść w Polsce stała się formą społecznej frustracji do tego stopnia, że chętnie dokopiemy takie­mu, który odniósł sukces, bo choć nam się od tego nie poprawi, to może przez chwilę poczujemy się lepiej. Całej sprawie pewnego rodzaju smaczku dodaje fakt, że polski zawistnik to nie człowiek znajdujący się w bez­nadziejnej sytuacji, na granicy spo­łecznej i materialnej degradacji. Jest nim zazwyczaj ktoś, kto osiągnął pewien poziom bezpiecznego życia, tylko nie potrafi go już przekroczyć.

   Jeśli rywalizację w społeczeństwie wolnej konkurencji można porównać do wspi­naczki po drabinie, to w Polsce ci, któ­rzy znaleźli się na górze, wyłamują szczeble, chcąc powstrzymać pościg. Ci z dołu łapią ich za nogawki, żeby ścią­gnąć do swojego poziomu. A towarzy­szą temu okrzyki i gesty wyrażające pogardę, wrogość, zawziętość. (Ewa Nowakowska)

   Wygrani gardzą przegranymi jako nieudacznikami, którzy nie umieli chwycić swojej szansy. Przegrani gar­dzą wygranymi, ponieważ są przeko­nani, że ich drogi do sukcesu były kręte i nieuczciwe. Konieczność sta­wania do rywalizacji w społeczeń­stwie wolnej konkurencji zagraża po­czuciu własnej wartości wielu ludzi. Czują się oni niepewni i bezradni. Ani sposób wychowania, ani dotych­czasowe doświadczenia życiowe nie podpowiadają im prostych, skutecz­nych, a zarazem przyzwoitych dróg do osiągnięcia pożądanego celu. No­we sytuacje wyzwalają nowe nega­tywne emocje i wzmacniają stare na­rodowe przywary, z których na plan pierwszy wysuwa się pycha. Przywara ta ma niestety charakter demokra­tyczny. U źródeł pychy leży niepoparte dowodami przekonanie o własnej wyjątkowości. Taki sposób myślenia o interesach grupowych zrobił w nowej Polsce zawrotną karierę. Nie zawsze dobry przykład dawali dawni opozycjoniści, teraz tworzący elity władzy. Szczytem próżności było żą­danie od nowego państwa odszkodo­wań materialnych za niegdysiejsze krzywdy, wyrządzone im przez reżim, który zwalczali. I niektórzy byli boha­terowie wzięli bezwstydnie taką za­płatę.

   Polityków mamy lepszych i gor­szych, postępowych i zacofanych, przy czym tych pierwszych, jest nie­stety zbyt mało – jak na przysłowiowe lekarstwo. W ich gorących kłótniach, których wciąż jesteśmy świadkami, rzadko chodzi o programy, częściej o to, żeby zniszczyć rywala. Upodlić. Uprawianie polityki za pomocą telewizyjnych wy­stępów – niekoniecznie wtedy, kiedy ma się coś ważnego do powiedzenia – to też symptom niepohamowanej próżności. Dowodem tego jest niekoń­czący się serial z udziałem tych, którzy powtarzają wciąż te same, wyuczone slogany – najczęściej nakazane przez partyjnych pryncypałów.

   Obyczaj samochwalstwa zapano­wał także w kulturze. Dowody znaj­dujemy w licznych wywiadach. Każdy jest najlepszy i zasługuje na najwyż­sze laury, tylko to beznadziejne i nie­kompetentne jury i zawiść środowiska stanęła mi na przeszkodzie w osią­gnięciu sukcesu – powiedziała w jednym z kolorowych pisemek pewna niedoce­niona artystka.

   Polak prawie zawsze miał do czy­nienia we własnym kraju z nieprzy­jaznym i obcym państwem. Ale pań­stwo to „konstruował” sobie od wie­ków sam. Dzisiaj wykształtowała się klasa niedouczonych menedże­rów tworzących pozorne potęgi go­spodarcze. Trwający od kilku lat kryzys nie tylko gospodarczy, ale przede wszystkim społeczny spowo­dował, że stopień intensywności pracy i zaangażowania znacznie się obniżył, co wpływa na całokształt życia narodu.

   Jednym słowem – szczerze niena­widzimy, nie zgadzamy się, protestu­jemy, pomawiamy i... czekamy przy tym na wielkiego mędrca z twardą ręką, który przyjdzie z jasno­ści i wyzwoli nas od głupców i niego­dziwców, wypalając zło świętym pło­mieniem. Nie są to dobrotliwe i umiarkowane oczekiwania, ale ist­nieją jednak dowody na to, że potra­fimy się zatrzymać we właściwym miejscu jeszcze przed przeszkodą. Oby...

 



Rozmyślania...

czwartek, 28 lipca 2016 15:16

 

   Kiedy u nas wreszcie będzie coś normalne? Chyba trzeba jeszcze trochę poczekać. Od 1989 roku kolejne ekipy rządzące w Polsce zawsze próbowały coś ponaciągać, ponaginać, zrobić coś „pod siebie”, pod swoje – najczęściej irracjonalne – pomysły...

   Ale to, co dzieje się teraz wokół obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego to coś niewiarygodnego. Macierewicz – oczywiście przy akceptacji rządu – doprowadził do upolitycznienia tych obchodów, a także innych rocznic historycznych. Nie wiem czemu zaczął bez sensu wciskać „apel poległych w katastrofie smoleńskiej” do apelu poległych w Powstaniu (podobnie jak przy innych, podobnych rocznicowych uroczystościach). Wobec weteranów zastosowano szantaż: udział Wojska Polskiego w obchodach tylko pod warunkiem „apelu smoleńskiego”. „Nie chcecie Smoleńska – nie będzie wojska”.

   Czyżby nasza armia była własnością Macierewicza? Presja zmusiła weteranów i bohaterów do wystosowania listu do ministra obrony, w którym życzą sobie tylko własnego apelu, odczytanego przez wskazaną przez nich osobę.

   Niestety Macierewicz nie ustąpił. Spotkanie odbyło się, został osiągnięty jakiś kompromis,  ale jest to kompromis gorzki. Uzgodniono treść Apelu Pamięci (zamiast Apelu Poległych). Negocjowano nawet nazwiska ofiar katastrofy smoleńskiej, które będą odczytane w trakcie uroczystości. W stosunku do nich zamiast „polegli” użyto słowa „zginęli”. Jak wynika z dokumentu, osiągnięto jakieś porozumienie, które tak naprawdę jest wynikiem żenującego targu pomiędzy weteranami i władzami, których przedstawicielem jest minister obrony. Niestety, wynik jest taki, że od teraz władze będą mogły decydować kto jeszcze – obok powstańców – poległ w powstaniu.

   W internecie rozgorzała dyskusja na ten temat, nie zawsze zgodna z zasadami kulturalnej polemiki. Przytoczę kilka wypowiedzi, które zaświadczają o tym, do czego doprowadzają takie pomysły... (pisownia oryginalna).

 

Słowianin Stanisław

Jest wspólny mianownik błąd w sztuce wojennej i błąd w sztuce lotniczej co było samobójstwem. Skutek – niewinne ofiary cywilne. Sprawcy nie żyją, a ich intencje były polityczne. 200 000 ofiar ludności cywilnej w stosunku do 96 pasażerów pokazuje skalę naruszenia proporcjonalności w treści apelu dopominającego się upamiętnienia organizatora lotu wyborczego w ramach prywatnej wizyty. Tak sobie myślę, że wyroków boskich w sprawie Smoleńska na zagłuszą apele w celu budowania kultu jednostki. Inicjator apelu „zbiegł” z miejsca katastrofy czy teraz ma wyrzuty sumienia. Czy samobójcy mogą polec, oto jest pytanie?

 

lubat
Jakoś niespecjalnie mnie wzruszają porachunki między grabarzami Warszawy, zwących się górnolotnie powstańcami i kliką niezrównoważonych dyktatorków. Powstanie warszawskie nie jest powodem do jakichkolwiek obchodów, poza włożeniem włosiennicy i biczowaniu się. Rocznic zbrodni popełnionej na własnej stolicy nie wypada świętować.

 

Bar Norte

Pisze Daniel Passent: „Z dokumentu wynika, że jest wynikiem żenującego targu pomiędzy weteranami i władzami, których przedstawicielem jest minister obrony”.

Tekst powyższego felietonu na czołówce portalu Polityki jest zilustrowany protokołem dotyczącym tego targu. Nic dodać, nic ująć – dobito targu, co właściwie wyczerpuje temat.

 

wiesiek59

Polska jest chyba jedynym krajem na świecie, gdzie celebruje się wyłącznie klęski. Cóż, taki mamy klimat... PiSowanie historii, jest zabiegiem dość skutecznym. Po 10 000 powtórzeniu kłamstwa na jakikolwiek temat, staje się obowiązującą prawdą. Ewentualne sprzeciwy można zagłuszyć jazgotem, bądź buczeniem na świadków zdarzeń pamiętających to, co się rzeczywiście zdarzyło. Po trupach, do zwycięstwa... Trupy realne, zwycięstwa „moralne”. Ale nie przeszkadza to w politycznym wykorzystaniu trumien do wykonania z nich trybun wiecowych, z których głosi się „jedyną obowiązującą prawdę”.

 

jacekjjk

Naprawdę żenujące. Gdzie ta odwaga powstańców z 1944. Wtedy tylko ryzykowali życiem swoim i cudzym. Nie bali się, a „na Tygrysy mieli Visy”. Dzisiaj przed Macierewiczem od razu uciekają do kanałów i będą tam śpiewać co on im zaintonuje. Wiem, że to ludzie wiekowi i należy się szacunek. Jednak są w pełni władz umysłowych i nie wolno się im tak kundlić w „Wolnej Polsce” przez szacunek dla ofiar z 1944. Ja na całą sytuację reaguję odruchem wymiotnym, na co niestety nie mam wpływu. To czysta fizjologia. Od lat nie komentuję, ale dziś mnie poniosło.

 

Vertigo13
– Kanał – Osobiście pamiętam Leszka z tego Wajdy filmu jak się przedzierał ze starówki z Zośką pod rękę i z Parasolem w ręku, na wypadek, gdyby w tych kanałach padało, wy niewdzięczni i bezbożni ludzie, jak wam nie wstyd!

 

JSN
Historię zawsze piszą zwycięzcy.

 

Witold

No, cóż. Powstańcy poddali się po raz wtóry, chociaż teraz jak pisze Passent „nie mają nic do stracenia”. To czego się k... boją, że im emerytury Macierewicz jak SB-kom odbierze?

 

woytek

Antoni Macierewicz wszystkich poniża. Armię, kombatantów Powstania, prezydenta Poznania, czytelników tabloidów, widzów Telewizji Trwam itd. O co chodzi, tym elitom PiS-owskim i piosenkarzowi Kukizowi? Jaki ma być końcowy efekt tego cynizmu. Czy wyborcy PiS mają wpaść w depresję i zgodzić się na „wielkie świństwo” jakie trzymają w zanadrzu, by go wreszcie oznajmić opinii publicznej w Polsce? To się w głowie nie mieści, żeby prezes myślał podobnie jak ten cyniczny osobnik? Czekamy na kolejne rewelacje.

 

janadam48

To ostatni AKT KAPITULACJI powstania warszawskiego. Panie i panowie powstańcy! Nikt Was tak nie zeszmacił, jak wasi przedstawiciele podpisani na tym dokumencie! Czego się boicie?

 

   Po spotkaniu Macierewicza z Powstańcami, prezydent Warszawy „wyskoczyła” z kolejnym pomysłem, aby dopisać do listy – obok Lecha Kaczyńskiego i innych uczestników katastrofy pod Smoleńskiem, Władysława Bartoszewskiego, uczestnika powstania warszawskiego. Odmówiono! A poseł Stanisław Piętaw sposób skandaliczny wręcz zaatakowałWładysława Bartoszewskiego, że ten nie powinien być wyczytany podczas apelu pamięci. Nie wiadomo dlaczego został zwolniony z Auschwitz?

   Czy trzeba to komentować? Szczególnie teraz, kiedy w kraju przebywa z wizytą papież Franciszek i tak dużo mówi się o miłosierdziu...

 



Rozmyślania...

czwartek, 21 lipca 2016 15:16

 

   Piotr Kraśko na antenie radia TOK FM w mocnych słowach skomentował spór ministerstwa obrony narodowej z Powstańcami Warszawskimi wokół apelu smoleńskiego. Resort chce, by podczas obchodów kolejnej rocznicy odczytano apel ku czci zmarłych w katastrofie smoleńskiej. Na to nie chcą się zgodzić Powstańcy.:

   Nie znam ludzi bardziej skromnych niż Powstańcy Warszawscy. To nie jest zaszczyt dla Powstańców Warszawskich, że stanie obok nich asysta wojskowa. To jest zaszczyt dla asysty wojskowej, że może stanąć obok Powstańców. Człowiek, który będzie naszym gościem o 7.20 ma 14 lat i walczył w Powstaniu Warszawskim i ryzykował życie dla Polski codziennie. Kiedy został ranny 4 dni leżał na ulicy krwawiący, bez wody, bez jedzenia, bez żadnego opatrunku. I teraz on ma się tłumaczyć nam? On ma tłumaczyć nam jak ma wyglądać apel w rocznicę Powstania Warszawskiego? Ktoś ma mu to teraz mówić? To nie jest zaszczyt dla Powstańców Warszawskich, że spotykają się z którymś z ministrów obrony narodowej. To jest zaszczyt dla ministra obrony narodowej, że może pochylić głowę przed Powstańcami Warszawskimi.



Rozmyślania...

wtorek, 19 lipca 2016 15:34

 

Jedynym powodem wojen religijnych jest istnienie religii... Smutne...



Rozmyślania...

wtorek, 12 lipca 2016 13:16

 

   ...Światu grozą trzy plagi, trzy zarazy. Pierwsza - to plaga nacjonalizmu. Druga - to plaga rasizmu. Trzecia - to plaga religijnego fundamentalizmu. Te trzy plagi mają tę samą cechę, wspólny mianownik – jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność. Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dotrzeć. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka ofiary. Wszelka próba spokojnej rozmowy będzie mijać się z celem. Nie o rozmowę mu chodzi, tylko o deklarację. Żebyś mu przytaknął, przyznał rację, podpisał akces. Inaczej w jego oczach nie masz znaczenia, nie istniejesz, ponieważ liczysz się tylko jako narzędzie, jako instrument, jako oręż. Nie ma ludzi – jest sprawa. Umysł tknięty taką zarazą to umysł zamknięty, jednowymiarowy, monotematyczny, obracający się wyłącznie wokół jednego wątku – swojego wroga. Myśl o wrogu żywi nas, pozwala nam istnieć. Dlatego wróg jest zawsze obecny, jest zawsze z nami...

 

Ryszard Kapuściński, „Imperium”

 



Rozmyślania...

piątek, 08 lipca 2016 16:26

 

   Mój sąsiad Józek zaczepił mnie wczoraj rano na ulicy i powiedział ze smutkiem w oczach:

   – Możesz spać w nocy? Bo ja nie mogę. Wszystko przez te cholerne samoloty z bazy w Łasku. Latają i latają. Ale wiesz dlaczego? Bo pilnują z góry Stadionu Narodowego, na którym odbywa się ta wielka konferencja NATO.

   – Józku, może i jest zwiększenie bezpieczeństwa z tego powodu, ale oni latają tak u nas kilka razy w tygodniu, bez względu na to, czy jest jakaś konferencja, czy też jej nie ma.

   – O, nie! – ciągnął Józek. – Te latają jakoś inaczej, bardziej dokładnie, przyjrzyj się – powiedział z miną mędrca sąsiad. – A widziałeś wczoraj wiadomości w telewizji publicznej? Tam to się działo. Podali, że to Kaczyński z Czabańskim zakładali w Polsce NATO...

   – Co ty gadasz, Józek – zdumiałem się na te słowa. – Jaki Czabański i jaki Kaczyński?

   – No tak. Podali, że pomysł wejścia do NATO narodził się pod koniec lat 80., a jako pierwszy sformułował go Krzysztof Czabański na łamach tygodnika „Solidarność”, którego redaktorem naczelnym był Jarosław Kaczyński. I że Kaczyński powiedział, że pojawił się w tym środowisku, w którym ja funkcjonowałem i to był też mój pomysł...

   Dalej mój sąsiad Józek ciągnął: – Andrzeju, już nie mogę oglądać TVP. Właśnie program informacyjny TVP wspiął się na wyżyny manipulacji. Nie zauważył roli Lecha Wałęsy, Bronisława Geremka ani podpisu Aleksandra Kwaśniewskiego pod ustawą upoważniającą go do ratyfikacji traktatu północnoatlantyckiego.

   – I co zamierzasz z tym zrobić? – próbowałem podtrzymać rozmowę.

   – Ja nic, ale moje nerwy są na granicy wytrzymania – rzucił z wściekłością Józek. – „Wiadomości” słowem nie wspomniały, że 18 lutego 1999 roku prezydent Kwaśniewski podpisał ustawę upoważniającą go do ratyfikacji traktatu północnoatlantyckiego. Nic o liście Lecha Wałęsy z 1993 roku do sekretarza generalnego NATO, w którym stwierdził, że członkostwo w NATO jest jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej, nic o byłym premierze Waldemarze Pawlaku, który podpisał dokument o Partnerstwie dla Pokoju.

   Po tych słowach Józek jeszcze bardziej posmutniał, opuścił głowę i ruszył w stronę furtki. Ale za chwilę odwrócił się do mnie i wyszeptał, rozglądając się dookoła:

   – Andrzej, kradną nam historię, kradną ją...

 



Rozmyślania...

czwartek, 30 czerwca 2016 14:58

 

   105 lat temu urodził się Czesław Miłosz. Autor „Zniewolonego umysłu”, „Rodzinnej Europy”, „Traktatu moralnego”, nie był autorem igraszek słownych, był poetą myśli trudnej – pisał o Czesławie Miłoszu Leszek Kołakowski. Był laureatem literackiej nagrody Nobla z 1980 roku.

   Z oponentów chyba mało kto zastanawiał się, że Miłosz jest jednym z największych poetów i to nie tylko polskich. Śmiało można go postawić obok Różewicza, Herberta, Celana, Rilkego, Eliota, Cwietajewej czy Mandelsztama, a więc tych, którzy żyli w najbardziej pomieszanym stuleciu w dziejach ludzkości. Miłosza odkrywa się indywidualnie i na dodatek wielowarstwowo, nietuzinkowo i nieprostolinijne. Niektórzy widzą w nim poetę na wskroś patriotycznego, inni politycznego. A on był po prostu taki zwyczajny, Miłoszowy. Miał swoje wady i zalety, był hołubiony i nienawidzony. Za co? Głównie za swoje poglądy polityczne i religijność. A Miłosz po prostu na swój sposób przeżywał świat i czasy, w których przyszło mu żyć, czasy, które naznaczyły się z jednej strony piętnem okrutnego ludobójstwa, a z drugiej lotów kosmicznych, czasy walki o ludzką godność, miłość i poszanowanie wiary innych narodów na jednym biegunie, a na drugim niewyobrażalnego wprost ateizmu. Jak więc należało postępować, jaką przyjąć postawę, aby mieć świadomość, że nikt nie powie do ciebie: Który skrzywdziłeś człowieka prostego...

 

pap_czeslaw_milosz550.jpeg

 

   Jego życie i biografia spowodowały, że często bywał celem ataków ze strony różnych sił politycznych i społecznych, ale człowiek o tak bogatym wnętrzu i niezależnych poglądach nie mógł być inny. Krytykowany był przez prawicę niepodległościową za romans z komunistami po 1946 roku, krytykowany był przez lewicę po pozostaniu na Zachodzie, krytykowany był przez środowiska bliskie Kościołowi katolickiemu za to, że za mało religijny... Ale jak każdy wielki artysta miał prawo do decydowania o tym, kim chce być i z kim chce się układać. Dzisiaj możemy śmiało powiedzieć, że ci wszyscy krytykujący go „nieskazitelni” powinni sami uderzyć się w piersi i przeanalizować swoją przeszłość: te wszystkie ucieczki za granicę w stanie wojennym, a później enigmatyczne powroty w „blasku sławy i męczeństwa”. Wszelkie wyjazdy i powroty, to rzecz indywidualna. Miłosz czerpał z wielu źródeł, zmieniał style, doświadczał, ale nigdy nie przestał pisać i mówić po polsku...

   Czesław Miłosz zmarł w wieku 93 lat; został pochowany w krypcie zasłużonych klasztoru oo. Paulinów na Skałce w Krakowie – obok m.in.: Jana Długosza, Stanisława Wyspiańskiego, Jacka Malczewskiego i Karola Szymanowskiego.

 



Rozmyślania...

środa, 15 czerwca 2016 19:47

 

W muzycznym nastroju

 

   W sobotni wieczór, 11 czerwca br., w kościele parafialnym św. Wawrzyńca w Łobudzicach zostały zainaugurowane 22. Koncerty Festiwalowe – Zelów 2016. To pierwszy z tegorocznych koncertów zaproponowanych przez pracowników Domu Kultury w Zelowie. A przed zgromadzoną publicznością wystąpili: Sylwia Strugińska – sopran i Robert Grudzień – organy, instrumenty klawiszowe.

   Artyści stworzyli niezwykły nastrój, a swoimi wspaniałymi interpretacjami utworów znanych kompozytorów spowodowali, że w łobudzickim kościele unosiła się aura tajemniczości i zadumy. Ciepły i delikatny głos Sylwii Strugińskiej wypełniał drewniane ściany zabytkowej świątyni. Śpiew doskonale współbrzmiał z lekkimi dźwiękami organów elektrycznych Roberta Grudnia. Dało się zauważyć, że artyści kochają swoją pracę, podchodzą do niej z wielkim pietyzmem i zaangażowaniem. Dzięki temu publiczność mogła przeżyć coś niezwykle pięknego... Magiczne dźwięki wypełniały całą świątynię, absolutna cisza powodowała, że odbiór muzyki stawał się jeszcze bardziej intensywny, jeszcze bardziej pochłaniały nas kompozycje Cesara Francka, Fryderyka Schuberta, Giulio Cacciniego, Jana Sebastiana Bacha i Charles'a Gounoda.

   Robert Grudzień uruchomił także stare, zabytkowe organy kościoła w Łobudzicach i zaprezentował 4 tańce Jana z Lublina pochodzące z XVI-wiecznej Tabulatury,  pokazując jakie bogactwo dźwięków można wydobyć z instrumentu nie do końca sprawnego, ale posiadającego unikatową barwę i duszę minionych czasów.

   Na zakończenie, artyści zadedykowali kilka znanych pieści Fryderyka Chopina  odchodzącemu na emeryturę gospodarzowi kościoła, ks. kanonikowi Leonowi Strzelczykowi.

   To był dobry koncert, piękny i wzruszający. Pokazujący, że muzyka nie zna granic i potrafi łączyć różne – nawet najbardziej odległe style, a publiczność chcę tę muzykę chłonąć, tak jak chłonie się powietrze.

 



Rozmyślania...

wtorek, 14 czerwca 2016 15:36
 
„Urzyg”
 
   Jakub Kornhauser został laureatem Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Za „Drożdżownię”, trzeci tom w swoim dorobku. Osobiście uważam, że twórczość poetycka krakowskiego poety nie jest czymś poruszającym, nie pozwalającym nie sypiać po nocach, wyzwalającą dreszcze na ciele czytelnika... Ale nie jest to twórczość na tyle zła, żeby mówić o niej jako o czym skłaniającym do „urzygu”... Więc czemu o tym piszę? Bo zdaniem prawicowych dziennikarzy ta nagroda nie jest za poezję, ale za wywiad w „Dużym Formacie”, w którym poeta skrytykował swojego szwagra – prezydenta Andrzeja Dudę. A według pewnego publicysty „wPolityce.pl” Kornhauser miał nawet opowiedzieć o swoich poglądach dla pieniędzy. Podobno...
   Jak czytamy w protokole jury wydawcy zgłosili do konkursu 211 tomów, a poza laureatem, 32-letnim poetą, tłumaczem, literaturoznawcą, wykładowcą, redaktorem „Literatury na Świecie” i Wydawnictwa UJ do nagrody nominowani byli także: Edward Pasewicz, Marta Podgórnik, Joanna Roszak i Marcin Świetlicki.
   W uzasadnieniu nominacji dla Kornhausera jurorzy napisali: Za pomocą statycznych opisów (...) przedstawia świat pełen niepokoju, jakby przed katastrofą. Zwykłe czynności, przedmioty, znaczenia ujęte są w pełen dramatyzmu obrazek, który tylko pozornie wydaje się spójny. Z kolei juror Marian Stala powiedział, że Jakub Kornhauser wydał bardzo dojrzały tom w trudnej poetyce poematu prozą. Pisze zdaniami opisującymi, które w pewnej chwili zaczynają kreować rzeczywistość nadrealną, pozwalają łączyć ze sobą mówienie o teraźniejszości i przeszłości, jawie i śnie.
   Przeczytałem tę książkę i myślę, że słowa Stali są trochę na wyrost, ale rzeczywiście do dzisiaj nie wiem tak naprawdę czy można ją zaliczyć do poezji? Dla mnie to bardzo ciekawa proza. Ale jak to mówią: widocznie to jury dostrzegło takie, a nie inne walory książki.
   Skąd więc tyle kontrowersji wokół Kornhausera-juniora?
   Przyznanie Nagrody im. Szymborskiej Kornhauserowi nie wzbudziłoby takich emocji, gdyby nie związki rodzinne laureata – który jest bratem prezydentowej Agaty Kornhauser-Dudy i synem poety Juliana Kornhausera, jednego z najważniejszych przedstawicieli Nowej Fali lat 70... No i oczywiście to, co chyba najważniejsze: gdyby nie wywiad w „Dużym Formacie”, magazynie „Wyborczej”, jaki ukazał się kilka dni wcześniej przed przyznaniem nagrody.
   Co też takiego poeta-laureat mówi w tym wywiadzie, że prawicowi dziennikarze i publicyści rzucili się na niego, niczym sfora wygłodniałych psów na pęta kiełbasy? To, że dość odważnie mówił i swoim szwagrze, prezydencie Andrzeju Dudzie: Jestem rozczarowany jego prezydenturą. Uważałem, że to jest samodzielny, racjonalnie myślący człowiek. Poglądy ma konserwatywne, ale nie zamordystyczne, wydawał mi się zawsze przedstawicielem katolicyzmu otwartego. Sądziłem, że będzie w stanie jako prezydent, który ma poważną legitymację społeczną, postawić na swoim. Ale z drugiej strony szczerze mu współczuję, bo widzę, jak on się męczy. Mam wrażenie, że został ubrany w buty, w których nie chciał się znaleźć.
   Tutaj akurat nie zgadzam się, że nasz prezydent nie wiedział w jakie buty wchodzi, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że bez solidnego poparcia PiS, nie mógłby nawet pomyśleć o rejestracji swojego komitetu wyborczego, a co dopiero o zostaniu głową 40-milionowego państwa.
   Dalej Kornhauser mówi: (...) to, co robi PiS z Trybunałem Konstytucyjnym, to łamanie konstytucji. To jest dla mnie jasne i przeciw temu protestuję. Nie zdziwię się, jeśli prezydent Duda stanie za to przed Trybunałem Stanu.
   Niestety, niektórzy publicyści odebrali to jako atak na głowę państwa i dali temu upust na różnych forach internetowych. Powiedzieli wprost, że Kornhauser otrzymał nagrodę nie za poezję, ale za krytykę Dudy na łamach „Dużego Formatu”. Przemyśleniami na ten temat na Twitterze podzielili się m.in.: Rafał Ziemkiewicz, Samuel Pereira, Marcin Makowski z „Do Rzeczy”, czy Stanisław Janecki. Przytoczę tylko kilka, co ciekawszych głosów.
   Popis ortorski rodem z rynsztoku wygłosił Rafał Ziemkiewicz: Jakub Kornhauser z nagrodą Szymborskiej. Pierwsza nagroda poetycka za wywiad. Ależ to wszystko do urzygu słabe i przewidywalne.
   Samuel Pereira pyta nieco zdziwiony: Jakub Kornhauser. Dziś każdy może sobie odpowiedzieć na pytanie: czy też za nagrodę im. Szymborskiej zaatakowałby swoją rodzinę w GW?
   Z kolei Stanisław Janecki poucza niczym wyrocznia: Szwagier Kornhauser – nagroda Szymborskiej, Rzepliński – doktorat honoris causa w Niemczech. Wystarczy słusznie poszczekać. Żenada totalna. Zapomniał tylko o jednym, że takim rodzajem dyskusji sam szczeka, tylko w innej sforze.
   Niejaki Marcin Makowski, młodzian, dywaguje: Tyle lat za młodu (sic!) wiersze pisałem, dwa tomy wydałem, a wystarczył wywiad w „Wyborczej”.
   A Piotr Skwieciński: Przyznanie Nagrody Szymborskiej dostrzega nie w usłużnym jury, ale w samym poecie, że usłużnie skrytykował szwagra – co jest przekroczeniem pewnych niepisanych, ale wyczuwalnych granic – żeby otrzymać 100 tysięcy złotych. To wyjątkowa podła opinia publicysty.
   W podobnym tonie wypowiada się inny tuz publicystki – Paweł Lisicki w „Do Rzeczy”. Twierdzi on, że rozmowa z Kornhauserem w nieocenionej „Gazecie Wyborczej jest efektem gorączkowego poszukiwania właściwie dobranych autorytetów przez media należące do właściwego i słusznego, to jest antypisowskiego, obozu. Niestety, Lisicki zapomniał, że i on należy do właściwego i słusznego, to jest propisowskiego obozu, więc jakże mógł powiedzieć cokolwiek innego. Przecież niedawno otrzymana posadka w radiowej „Trójce” do czegoś zobowiązuje.
   Cała ta sytuacja z nagrodą i to, co nastąpiło później tak naprawdę pokazuje, jacy jesteśmy małostkowi, jacy zawistni, podli, a nawet chamscy. Naprawdę nie rozumiem ludzi. Nie wiem, czy młody Kornhauser, sprzedał się „Wyborczej”, dla sławy, nagrody, czy Bóg wie czego, ale znam pozostałe nominowane książki do tegorocznej Nagrody Szymborskiej i tom Kornhausera nie jest gorszy. Mało kto zastanawia się jak bardzo trzeba się spodlić, żeby w ten sposób zareagować na tę decyzję jury. Ziemkiewicz się urzygał, nie po raz pierwszy, więc przypuszczam, że ma wielkie problemy z refluksem żołądka. Może pora udać się właściwego specjalisty? Czy dla krótkiej sławy, owego zaistnienia w mediach na parę chwil, pogłaskania i poklepania po ramieniu przez prezesa ci dziennikarze gotowi są na tak wiele? Czy naprawdę wszystko musi być na sprzedaż? A z drugiej strony może rzeczywiście młody Kornhauser zrobił to z wyrachowania? Tyle pytań i tyle wątpliwości...
   Ale przecież przypadek Kornhausera nie jest czymś wyjątkowym. Przecież w tym samym czasie ogłoszono laureata Nagrody im. Lecha Kaczyńskiego. I także czek na 100 tysięcy złotych odebrał Jarosław Marek Rymkiewicz. Nagrodę wręczył sam Jarosław Kaczyński...
   Pojawiły się głosy, ze J. Kornhauser dostał nagrodę Szymborskiej za krytykę PAD, a J. Rymkiewicz dostał nagrodę L. Kaczyńskiego za niezależność. Pytam tylko czyją niezależność, wobec kogo?
   A przecież należy pamiętać, że Jarosław Kaczyński dostał nagrodę Człowieka Roku Forum Ekonomicznego w Krynicy, Człowieka Roku Gazety Polskiej; Andrzej Duda tytuł Człowieka Wolności według „wSieci”, a Kaczyński, Duda, Lisiecki i (o zgrozo) Marek Falenta nominację do Kisiela... Czy to jest „powrót do normalności”?... I czyż to nie są także nagrody z „układu”, tak jaką być może jest z nagroda dla Kornhausera?
   Mało istotna dla narodu Nagroda Szymborskiej dla Kornhausera jest czymś nagannym, ale już Order Orła Białego dla Wildsteina przyznany przez jednoosobową kapitułę w osobie prezydenta Dudy już słaby nie jest? Po prostu każdy sądzi według siebie. Widocznie panowie publicyści wiedzą, za co się u nich dostaje nagrody i myślą, że wszędzie jest tak samo.
   Może Kornhauser dostał nagrodę za wywiad, a może nie, ale gratuluję tym dziennikarzom, politykom kultury osobistej i szacunku do drugiego człowieka, aż do urzygu... Poeci, którzy otwarcie popierają partię rządzącą są już OK, natomiast inni już nie. A więc wszystko od 1989 roku dzieje się tak samo... Tylko po co teraz to wielkie oburzenie, skoro wszyscy tak postępują?
   Jak wspomniałem powyżej znam książki Kornhausera, znam także książki Rymkiewicza i jedno mogę powiedzieć, że poezja poety z Krakowa jest ciekawa, chociaż nie porywa. Trudno jest doszukać się w tych tekstach jakichkolwiek dygresji i odniesień politycznych. To jest zabawa słowem, pełna ciekawych przemyśleń, plastycznych obrazów. W poezji trudno jest znaleźć punkt odniesienia dla porównań z czymkolwiek innym... A dla porównania przedstawiam wiersz laureata Rymkiewicza. Bez komentarza:
 
To co nas podzieliło – to się już nie sklei
Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei
Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu
Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!
Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo?
O to nas teraz pyta to spalone ciało
I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie
Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie
 
   Wiersz dowodzi, że ideologia jednak źle wpływa na twórczość... No cóż, jak to mawiają – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A głos zabierają sami znawcy poezji wśród tych „niepokornych”. Wychowani na prostackich rymach Marcina Wolskiego, pojmą chyba jeszcze poddańcze pienia dla prezesa spłodzone przez Rymkiewicza. Wszystko inne do „urzygu słabe”, jak finezyjnie był łaskaw wyrazić się Ziemkiewicz. A Kornhauser nie krytykował prezydenta. Nie mówił, że jest zdrajcą, sprzedawczykiem czy obwiesiem. Jego ocena Andrzeja Dudy w całym kontekście jako człowieka była raczej pozytywna.
   Czytałem wywiad z Jakubem Kornhauserem. O rodzinie siostry jest raptem kilka zdań, a wywiad to duży. Poeta nie atakuje nikogo i na nikogo nie napada. Zrobili z nim wywiad dlatego, że był nominowany do nagrody za konkretny tomik wierszy i nie dostał nagrody za wspomniany wywiad.
   Natomiast Panom, oburzonym dziennikarzom i publicystom, dedykuję wiersz Andrzeja Waligórskiego:
 
NA BACZNOŚĆ
 
Dla mnie wstrętna jest dwuznaczność,
Wiem dokładnie co popłaca –
Bardzo lubię stać na baczność
Kiedy szef się do mnie zwraca!
 
Wszystko razem trwa minutkę,
Nie rozkłada się na raty,
Ruki po szwam, pysk na kłódkę
W oczach wyraz aprobaty.
 
Żadnych wahań, żadnej tremy,
Zachwyt jak w obliczu nieba:
– Rozumiecie? – Rozumiemy!!!!
– Więcej takich nam potrzeba!
 
Tu uśmiecham się pogodnie
Bez kompleksu i frasunku
I popuszczam z lekka w spodnie,
Co oznacza szczyt szacunku!
 
Taka salwa – to nie despekt,
Szef się cieszy niesłychanie:
– Ha, czujecie, widzę, respekt???
– Trochę czuję, jaśnie-panie!
 
Jaśnie-pan przygładza baki,
Wzrok smutnieje, twarz mu blaknie:
– Wiecie, coraz mniej jest takich,
Co to będzie gdy was braknie?
 
To podcina mnie jak batem,
Klękam przed nim na arrasie:
– Szefie – wołam – jak świat światem,
Nas nie braknie w żadnym czasie!
 
Wówczas on kraśnieje znowu,
Choć już był od lilii bledszy.
– Dzięki wam za dobre słowo,
Idźcie! Idę... A on wietrzy...
 
 


Rozmyślania...

sobota, 26 marca 2016 23:42

 

(...) Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany,
Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,
Widziałem lotne w powietrzu bociany
Długim szeregiem.
Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,
Smutno mi, Boże!  (...)

                                        Juliusz Słowacki

 

   Coraz bliżej nam do Europy. Coraz bliżej, ale i coraz dalej zarazem. Nie może być inaczej, kiedy słucha się posłów-ministrów pokroju Macierewicza. Zresztą czemu się dziwić, przecież do Sejmu ktoś ich w końcu wybrał...

   Coraz częściej zanikają ważne znaczeniowo punkty odniesienia moralnego, ginie wiara, zastępowana bezkompromisowym bronieniem własnego przefermentowanego ego. Elementarne wartości człowiecze są upodlane. Nie jest to nic nowego i odkrywczego, gdyż tego typu zachowania opisywali już filozofowie ateńscy, i to kilka wieków przed narodzeniem Chrystusa. Cywilizacja nihilizmu sprowadza prawie wszystko do aksjomatu: – Tak naprawdę nic się nie stało! Wielkie to zagrożenie, bo zabija w ludziach potrzebę odwagi czystej – nieskażonej jadem ideologicznym – zachowań godnych człowieka humanizmu. Ten brak poczucia własnej wartości próbują zastąpić nawiedzeni cwaniacy, poszukującej własnej drogi „tożsamości”. Nie wiadomo tylko z kim – oprócz siebie – utożsamiają się.

   Weszliśmy do Europy, a tu coraz częściej pojawiają się głosy, czy jest nam to w ogóle potrzebne. Głównie liderzy obecnie partii rządzącej przodują w tego typu stwierdzeniach. Nie brakuje też podobnych opinii w ustach innych polityków. Jednak ich „troska” o dobro Polski przeraża. Nie jest sztuką powiedzieć „nie”, sztuką jest podać i przede wszystkim udowodnić słuszność swojej tezy. Przedstawić argumenty obalające tezy zwolenników obecności Polski w Unii Europejskiej. Ale żaden z tych „dobrodziejów” tego nie robi. Dlaczego? Bo żaden z nich nie ma zielonego pojęcia co zaproponować w zamian. – Może Władywostok? – jak słusznie spointował kiedyś jedną z wypowiedzi posła Giertycha, bp Tadeusz Pieronek.

   Na niewiele to się zda, gdyż do nich nie przemawia nawet autorytet Ojca Świętego. Aż dziw bierze, skąd biorą się takie zachowania. Chociaż z drugiej strony, gdy przeanalizuje się pewne fakty, łatwo daje się zauważyć, że to poglądy prawie pięciu milionów Polaków, zwolenników niezniszczalnego zakonnika z Torunia.

   Francuski filozof, André Glucksmann mówi, że zaraza jest najgroźniejsza wtedy, gdy zarażeni nic o niej nie wiedzą. Pełnię nihilizmu osiąga się zaś wówczas, kiedy pasuje się siebie samego na męża normalności i pracowitości.

   Trudno będzie więc walczyć z ideami zaślepionych pseudobojowników, udających przy tym kiepskich Rejtanów. Zresztą nie chciałbym ponownie słuchać ideologicznych haseł typu Żydzi na Madagaskar lub Poeci do piór. A tak na marginesie, przecież to robię, od trzydziestu lat.

   Wierzę, że zakorzeniony w człowieku odruch postępowania etycznego nie ulegnie dalszemu degradowaniu. Zależeć to będzie przede wszystkim od szybkiego i prawidłowego rozwoju społecznego. Od tworzenia ładu prawnego, który będzie bronił nas i naszych pryncypiów demokratycznych, które z taką siłą próbuje wyssać z nas państwo, a przede wszystkim jego przedstawiciele. Wprowadzanie złych obyczajów po woduje rozdrażnienie społeczne i wykształca w narodzie apatię do władzy – wprowadza brak zaufania publicznego. Rozwój tego stanu spowoduje, że ludzie nie zechcą czynnie uczestniczyć w tworzeniu i rozwijaniu systemu demokratycznego. Wiara, że czas leczy rany, nie ma w tym wypadku żadnego zastosowania. Urażona społeczna duma umocni tylko antagonizmy i na trwałe wprowadzi elementy ludzkiej pasywności. A my, przytłoczeni ilością elektronicznych informacji, nie będziemy w stanie znaleźć drogi wyjścia z nienormalności. To woda na młyn dla głosicieli jedynych i niepodważalnych prawd, których – niestety – przybywa wraz z każdą źle zorganizowaną inicjatywą społeczną. Do głosu coraz częściej dochodzą ludzie niewykształceni i w pewnym sensie ograniczeni, przerabiając własne klęski życiowe – w maszynach do ubezwłasnowolnienia rozumu – na frustrację, agresję lub coraz częściej na zwykłe chamstwo i głupotę. A przerażające komunały zaklinaczy jedynie słusznej prawdy mamią biednych i zagubionych łudzi.

   Jak można mieć nadzieję, że młody inteligentny człowiek uszanuje wskazania etyki, które ponoć dyktują nam postępowanie?

   Kilka lat temu napisałem, że chciałbym jak najszybciej uwolnić się od strachu, że kiedykolwiek przyjdzie mi żyć w państwie rządzonym przez pana Macierewicza i jemu podobnych. Broń mnie, Panie Boże, przed nimi. Teraz i w przyszłości...

   Niestety, najgorszy ze snów zmaterializował się i to bardziej, niż wtedy wyobrażałem go sobie...

 



Rozmyślania...

wtorek, 22 marca 2016 14:37

 

   Na  wiosnę życie budzi się na nowo. Niektórzy mówią, że chce się żyć. Na wiosnę mówimy sobie, że trzeba rozpocząć coś od początku. Tej wiosny jest nadspodziewanie wiele niepewności. Większość wierzy, że będzie ona przełomem – ale jakim przełomem?

   Ostatnio mój sąsiad Józek, zakomunikował mi, że podjął z jednym z sąsiadów dyskusję na temat Unii Europejskiej i tego, jaka powinna być nasza w niej rola. Już sam fakt, że ludzie rozmawiają na ten temat jest wydarzeniem wyjątkowym i, muszę to przyznać, napawającym optymizmem.

   Pamiętam jeszcze pół roku temu, również próbowano dyskutować na ten temat, ale było to wszystko jakieś takie nerwowe, podszyte strachem przed ośmieszeniem, bądź możliwością wytykania przez innych palcami. Dzisiaj nie ma śladu po strachu ośmieszenia, jest raczej starach egzystencjalno-wolnościowy. Myślę, że jest objaw zdroworozsądkowego podejścia do sprawy i dojrzałości ludzi, którzy doszli do wniosku, że w końcu trzeba wziąć swoje życie w swoje ręce, bo chyba jednak nie dzieje się zbyt dobrze.

   Spodobało mi się to, że w ogóle dyskutowano. Choć większość dyskutantów była za Unią, to jednak nikt nie przejawił zbytniego hurraoptymizmu – każdy zdawał sobie sprawę, że to duża szansa dla Polski, ale były też i obawy.

   Muszę przyznać, że to zachowanie przywróciło mi na moment wiarę w to, że może jeszcze nie jest aż tak źle z naszym społeczeństwem. Może to jednak efekt ogromnej samotności wielu ludzi, bezustannej gonitwy w celu zdobycia pieniędzy. Może w końcu zaczynamy dostrzegać, że w życiu liczą się również i inne wartości. Może potrzebujemy więcej spokoju i przewidywalności. A to może nam zagwarantować bycie w rodzinie państw europejskich.

   Myślę, że powoli dojrzewamy do tego, abyśmy stawali się społeczeństwem rozumnym – z jednej strony oczekującym od swoich elit przykładnego postępowania, a z drugiej – eliminującym te wszystkie patologie, zagrażające naszemu krajowi. Ludzie zaczynają dostrzegać wagę i siłę kartki do głosowania, wierzą, że od nich samych zależy bardzo wiele. Przykładem jest rozmowa z jednym z sąsiadów, który „dorwał” mnie na ulicy i pyta:

   – Panie Andrzeju, pan tak ciągle jeździ po świecie, czyta i pisze te mądre książki, to jak to ma być. Opłacało nam się to wejście do Europy?

   Ja mu na to odpowiadam, że do końca nigdy nie będzie wiadomo, ale czy wolałby, żeby było tak jak do tej pory: kłopoty z wyjazdami za granicę, puste sklepy, brak perspektyw dla jego dzieci i wnuków, w końcu czy chciałby żyć w kraju takim, jak np. Białoruś.

   – Ano, nie bardzo – odparł. – Tam to dopiero musi być straszna bieda.

   – No właśnie – dopowiedziałem.

   Następnego dnia spotykają mnie dwaj inni sąsiedzi, już po konsultacjach w tym, rozmawiającym ze mną dzień wcześniej.

   – Panie Andrzeju, pan to tak mądrze tłumaczył wczoraj Heniowi, niech nam pan też opowie, o tej Europie – jak tam jest? Bo my to nigdzie nie jeździmy. Do Bełchatowa czasami, rzadziej do wielkiej Łodzi... A na tej Ukrainie, Białorusi, czy na Litwie to naprawdę jest gorzej niż u nas, w Polsce?

   – Ano, widzicie, jest źle, ale najgorsze jest to, że na takiej Białorusi czy Ukrainie nie zanosi się na razie, że będzie lepiej. Litwa to już zupełnie inny kraj, ale te setki tysięcy hektarów ziemi leżącej odłogiem... To robi wrażenie...

   Sąsiedzi zamyślili się, pokiwali głowami, poklepali mnie po ramieniu i poszli w swoją stronę...

   Nazajutrz, w sklepie, o krok od mojego domu, mówiło się tylko o Unii Europejskiej. Dominowały argumenty, że my do tej Europy to musieliśmy wejść i nawet ci, który nie byli dotąd zdecydowani, stali się gorącymi orędownikami naszej integracji z państwami Zachodu.

   Wracam więc do domu, w torbie niosę gorący jeszcze i pachnący chleb. W uszach słyszę, te wszystkie rozmowy, może trochę nieudolne i bardzo rozentuzjazmowane, ale niezwykle szczere. Słońce pięknie przygrzewa, ludzie spokojnie podążają do swoich obowiązków, a ja myślę, że siła rozmowy jest ogromna Przecież dzięki niej zdołałem przekonać i rozbudzić w tych ludziach potrzebę dyskusji. Jakież byłoby nasze życie gdybyśmy nie rozmawiali ze sobą, a idąc rano do sklepu, nie zapytalibyśmy:

   – Co tam dobrego, sąsiedzie?

   Siła natury jest zadziwiająca. Już wydawało się, że znowu zabraknie czasu na dojrzewanie wiosennych posiewów, że słońce wypali resztki wilgoci z zeschłej od ubiegłego, suchego roku ziemi, a tu nagłe deszcze przywracają nadzieję... Potem znowu słońce i kolejne deszcze... by wszystko wróciło do normy.

   Życie małomiasteczkowe ma tę dobrą stronę, że wszystko widać jak na dłoni. Mieszkańcy z okolic, gdzie stoi mój stary, ale jakże kochany dom, w którym coraz bardziej chce mi się mieszkać... Może jednak jest jakaś nadzieja?

 



Rozmyślania...

poniedziałek, 11 stycznia 2016 15:20

 

   Współczesny świat coraz bardziej brutalizuje się. Dziś znacznie częściej, niż przed laty możemy zostać napadnięci na ulicy i obrabowani lub zabici. W pracy nas poniewierają, w życiu publicznym zniewalają, oszukują i upokarzają. Oszuści i kryminaliści wygodnie usadowili się już nawet na najwyższych urzędach, a pospolici bandyci, mordercy i terroryści – nie tylko dorośli, ale już dzieci – są coraz odważniejsi, ponieważ bywają bezkarni. Wszystko – co porządne – legło w gruzach, bo już nawet przyzwoitość jest przez większość uważana za naiwność, a krętactwo i złodziejstwo stało się powszechne. Bycie nieprzyzwoitym jest postrzegane jako coś niesamowitego – młodzi nazywają to trendy, bądź „cool”.

 

   Jak więc dzisiaj tworzyć (upowszechniać) kulturę o wartościach nieprzemijalnych, którą jednocześnie chciałaby oglądać publiczność masowa? Mówienie o takiej kulturze jest dziś szczególnie trudne, gdyż rozrywkowa sztuka i kultura wprowadzają do powszechnego obiegu jakości wynikające nie z wartości prezentowanych treści, lecz np. z doskonałości technicznej urządzeń tej rozrywce służących. Niestety, funkcjonują one jako wartości zastępcze. Na przykład, przeciętny słuchacz muzyki młodzieżowej nie ocenia już samej muzyki – on słucha sprzętu. Sztuczna rzeczywistość wydaje się spełnieniem marzeń o lepszym świecie.

   Okres wczesnego lata, to doskonały moment na różne działania kulturalne, dlatego też wiele samorządów organizuje wtedy różnego rodzaju imprezy, typu „Dni jakiegoś miasta”, „Święto kiszonego ogórka” czy „Zbutwiałej przydrożnej brzozy”. Imprezy te mają np. zapewnić „doskonałą rozrywkę” czy zintegrować środowisko. Niestety, dochodzi do integracji, ale najczęściej miejscowego tzw. elementu społecznego. Kiedy czytałem, ile to publicznych pieniędzy zainwestowano w te imprezy, to żal ściska duszę.

   Często bywa tak, że marni artyści za wielkie pieniądze, rozbawiają miejscową ludność. I trzeba uczciwie powiedzieć, że udają się te imprezy znakomicie. Bywa na nich po kilka lub nawet po kilkanaście tysięcy spragnionych rozrywki widzów. A opinie? Takie, jak zwykle: – No, wreszcie coś dla ludzi zrobili. Szkoda tylko, że tak krótko było piwo...

   W tym miejscu należy zadać pytanie, dlaczego tak się dzieje?... Odpowiedź wydaje się prosta...

   Uwielbiam chodzić na targi i odpusty, i podglądać ludzi, gdzie wkoło pełno tandetnych produktów. Czapeczek, butów, sztucznych ubrań, kolorowych, plastikowych wiatraczków, pierścionków, wisiorków, pistoletów i mnóstwo innych szalenie „interesujących” rzeczy. Spacerując między straganami, mam przed oczyma cały przekrój społeczny – od dystyngowanych pań wybrzydzających niemal wszystko, ale jednak całymi godzinami przebierającymi w „tandetnych, wiklinowych wiankach”, po poszukiwaczy skarbów leżących w stosie szmelcu zbieranego na niemieckich śmietnikach... I co dziwniejsze – nikt nie wychodzi z pustymi rękami... To jest właśnie ta odpowiedź na wcześniej postawione pytanie.

   Życie duchowe przeciętnego obywatela zostało zastąpione rynkiem towarowym, a doskonalenie się wewnętrzne – bogaceniem się oraz coraz większą obojętnością na rzeczywiste problemy stojące przed nami. Tylko kultura wyrafinowana jest prawdziwą kulturą, szczytowym osiągnięciem ludzkiego ducha w tej dziedzinie; kultura masowa jest obniżeniem życia duchowego do bardzo niskiego poziomu banału i przeważnie głupiej, jeżeli nie wulgarnej, rozrywki.

 



Rozmyślania...

środa, 14 października 2015 15:28

 

   10 października dostałem taki oto smutny e-mail...

   „Drogi Panie Dębkowski... Czuje się w obowiązku zawiadomić Pana, że 30 września 2015 roku umarł we śnie wspaniały człowiek, wspaniały poeta, mój mąż Adam Szyper. Pan – chyba jako jeden z nielicznych w Polsce – bardzo dobrze rozumiał i cenił Adama i jego poezję, dlatego uważałam za mój obowiązek zawiadomić Pana o Adama śmierci. Życzę wszystkiego najlepszego Panu i Pańskiej rodzinie...

Mira Szyper

Nowy Jork, 10 października 2015 roku”.

 

   Dla mnie to nieprawdopodobnie przykra wiadomość, bo odszedł człowiek, z którym związany byłem w sposób szczególny. Adam należał do tej grupy przyjaciół wyjątkowych, takich jak: Tadeusz Kwiatkowski-Cugow, Henryk Cyganik, Tadeusz Chróścielewski czy Jerzy Tomaszkiewicz...

   19 września 2009 roku dokonałem takiego wpisu w moim „Dzienniku”: To był wyjątkowy dzień. Po trzech latach spotkałem się z moim przyjacielem, Adamem Szyperem. Adam mieszka w Nowym Jorku, do którego wyprowadził się po latach życia w Polsce i Izraelu. Tam pracował, tam ma rodzinę i tam spędzi resztę ze swoich dni... Tak, resztę życia spędzi tam... Myślał o starości w Łodzi. Chciał tutaj sprowadzić swoją żonę, ale życie układa swoje własne scenariusze. Choroby własne i syna nie pozwalają mu na spełnienie marzeń. Nie spocznie obok swoich rodziców, na łódzkim cmentarzu. Przyjechał żegnać się z Polską! Przyjechał żegnać się z tymi, „z którymi warto to zrobić” – jak ciągle mi powtarzał. Spędziliśmy razem całą sobotę. Na rozmowach i na wspomnieniach. Najbardziej żałował wielu polskich znajomości, jak został skrzywdzony i wykorzystany, ale nie chce już więcej o tym mówić, chce zapomnieć, a  zabrać ze sobą tylko dobre wspomnienia...

   Teraz sprzedaje swoje mieszkanie, pozbywa swoich „skarbów”, rozdaje książki i obrazy. Księgozbiór postanowił przekazać mnie, bo – jak stwierdził – „niech książki idą w najlepsze ręce”. Zrobiło się gorąco, a ciarki przeszły mi po plecach. Przecież nie mogłem się tego spodziewać. Przejęcie od kogoś jego własnych książek, które zbierał całymi latami, to coś takiego, jakby przejąć czyjąś duszę, jakby poznać myśli przyjaciela, którego zna się od ponad piętnastu lat. A łączy nas przecież tak wiele – wspólnych podróży literackich, setki godzin rozmów o literaturze, filozofii, historii, polityce i jakieś takie wzajemne zrozumienie. Od samego początku naszej znajomości (a poznaliśmy się w Lublinie, u nieodżałowanego Tadzia Kwiatkowskiego-Cugowa) zawsze mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Tak pozostało do dzisiaj...

   Adam wyjeżdża za ocean i – jak mówił – będzie tu jeszcze wpadał, bo ukochał tę swoją Łódź i polubił mój Zelów, do którego tak zawsze chętnie przyjeżdżał...

 

Szyper.jpg

 

Ja z Adamem w jego jeszcze łódzkim mieszkaniu. 19 września 2009 roku.

 

   Adam Szyper był człowiekiem wyjątkowym. Bez przerwy mówił o sobie: jestem „Diabeł-Żyd”. Był niezwykle otwarty na drugiego człowieka. Uwielbiał polemizować, a był przy tym rozmówcą bardzo wymagającym – elokwentnym, oczytanym i niezamkniętym tylko na swoje poglądy. Pamiętam wiele takich polemik – czy to u mnie w Zelowie podczas Ogólnopolskich Konfrontacji Literackich, czy to w Poznaniu w barze KFC, gdzie dość mocno starł się w Hatifem Janabi o stosunki izraelsko-arabskie. A świadkami tego sporu byłem i ja, i Józef Baran. Jednak wszystko odbywało się z wielką kulturą, bez wzajemnego obrażania, tak, jak powinni to robić cywilizowani ludzie.

   Miał wielu przyjaciół, ale i byli wokół niego ludzie mu niechętni, tacy wyzyskiwacze. To go chyba jednak najbardziej bolało i w rzeczywistości doprowadziło do tego, że po raz drugi wyjechał z Polski.

   Adam Szyper po prawie czterdziestu latach życia za oceanem  marzył o tym, aby wrócić do Polski, tu spotykać się ze swoimi kolegami po piórze, aby tu wydawać. Ażeby znowu być wolnym, wolnym od pędu cywilizacji, która tak naprawdę nie pozwala mu się realizować. Napisałem w jednym ze swoich wierszy – jemu dedykowanemu – że „dobrze że piszesz o murzyńskich gettach na ulicach Manhattanu / i że nie zapominasz o nieznośnym powietrzu na Piotrkowskiej”. W Łodzi, oczywiście... Rzeczywistość okazała się okrutna. Po kilku latach pobytu w Polsce poeta ponownie wyjechał za ocean, tym razem bezpowrotnie... Szkoda, wielka szkoda Adamie...

   Był tłumaczem poetów amerykańskich (Stanley Barkan, Stanley Kunitz, Gerald Stern). To on przybliżył polskiemu czytelnikowi twórczość wybitnego arabskiego poety Rumiego („Wszystkie głosy w jednym” – Wydawnictwo Nowy Świat). Był jednym z głównych sprawców spotkania polskich poetów w siedzibie ONZ, gdzie oprócz wybitnych poetów amerykańskich: Kunitza, Taylora i Sterna, występowali ze strony polskiej: Bogusław Żurakowski, Dariusz Tomasz Lebioda i Józef Baran.

   Adam Szyper urodził się 6 grudnia 1939 roku w Łodzi w rodzinie żydowskiej. W 1940 roku wraz z rodzicami został przesiedlony do łódzkiego getta, gdzie spędził cztery lata. Przeżył pobyt w pięciu niemieckich obozach koncentracyjnych, w tym Auschwitz. Po zakończeniu wojny powrócił do Łodzi. W 1957 roku wyemigrował do Izraela, a w 1962 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych i osiadł w Nowym Jorku.

   Publikował swoje wiersze w języku polskim i angielskim. Znał również język hebrajski, rosyjski i esperanto, z których tłumaczył na język polski. Jego wiersze publikowane były w licznych antologiach i magazynach literackich. Był współpracownikiem miesięcznika „Tygiel Kultury”. Wydał wiele książek, w tym: Życie pod prąd (2001), Wygnanie (1998), Wiersze wybrane (1996), Diabeł Żyd (1993), Nowy Jork – strach w raju (1992), Z poddasza snów (1991).

 

 

Andrzej Dębkowski

 

Wiersz o człowieku

 

                                            Adamowi Szyperowi

 

przez ile obozowych bram

przenosiła cię matka

ile baraków

ile prycz i tragedii...

 

ufałeś w mleko w proszku od polskiej kobiety

i w ciepło matczynego ciała

kiedy Bóg krzepił w niej męstwo

 

przekleństwa rzucane na pastwę rozpaczy

łączyły ludzi

 

dobrze że piszesz wiersze

o murzyńskich gettach

i wietnamskich emigrantach

szukających pracy na ulicach Manhattanu

i że nie zapominasz

o nieznośnym powietrzu na Piotrkowskiej

 

Przyjacielu z Kendall Parku

już więcej nie musisz

usprawiedliwiać swojego istnienia

 

Zelów, styczeń 1998 r.

 



Rozmyślania...

piątek, 25 września 2015 13:39

 

   48 lat temu – 25 września 1967 roku – w Londynie zmarł Stanisław Sosabowski, generał brygady Wojska Polskiego, organizator i dowódca słynnej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, na czele której walczył w 1944 roku w bitwie pod Arnhem. Był jednym z najlepszych polskich dowódców podczas II wojny światowej...

   Po wojnie został magazynierem... Tak – za jego walkę i bohaterstwo – „podziękowali” mu alianci...

 

 

Sosabowski.jpg

 



Rozmyślania...

środa, 23 września 2015 14:22

 

   Każda wspólnota na przestrzeni lat i wieków wypracowuje specyficzne dla siebie sposoby zapamiętywania, ale też zapominania niewygodnych faktów. »Ars memoriae« i »ars oblivionis« stanowią nierozłączną parę. Wspólna pamięć jest sferą, którą codziennie na nowo konstruujemy, mimo że ludzie twierdzą, iż istota ich tożsamości jest niezmienna. O ile historia stanowi zamkniętą strukturę, o tyle pamięć jest otwarta zarówno dla jednostek, jak i dla zbiorowości. Pamięć zbiorowa bardziej rekonstruuje, niż rejestruje przeszłość. Przy czym pamięć w odróżnieniu od historii nie musi być jednoznaczna!

   Mamy dzisiaj do czynienia nie tylko z odzyskiwaniem pamięci, lecz także – a może przede wszystkim – z konfliktami pamięci, z pamięcią „naszą i waszą”, z pamięcią kłopotliwą, z manipulacją pamięcią, z jej sakralizacją, zawłaszczaniem i instrumentalizacją.

   Przeszłość to wszystko to, co kształtuje naszą świadomość na poziomie myśli, a nawet odczuć wywoływanych przez te myśli w formie wspomnień. Są to też wszystkie rzeczy jakie pamiętamy i dzięki którym nabieramy doświadczenia życiowego, które kształtuje nasz charakter. Ponadto istnieje coś w rodzaju świata astralnego, w którym nasze myśli w formie odczuć lub wspomnień tworzą główny trzon rzeczywistości.

   Współcześnie problem pamięci stał się jeszcze bardziej palący – jak wspominać przeszłość, jak mówić o wydarzeniach, które chciałaby ze swej pamięci wymazać, dokonać tzw. wyparcia, a których pozbyć się nie można i chyba nigdy nie będzie można? Jak pamięć jednostkowa, opowieść każdego człowieka ma się odnosić do pamięci zbiorowej, historycznej?

   W Zelowie z pamięcią jest różnie. Jedni chcą pamiętać, inni nie. Jedni wybierają sobie te fragmenty przeszłości, które akurat im odpowiadają, o innych nie chcą pamiętać, jakby nic takiego nie miało miejsca, jakby była jakaś czarna dziura. Amnezja jest podobno straszną chorobą...

   Kilka miesięcy temu zlikwidowano jedną z byłych zelowskich fabryk. Tak zwaną „Centralę”. W okresie międzywojennym była to fabryka Józefa Mantyna Jersaka, po wojnie znacjonalizowana i przejęta przez państwo, jako jeden z oddziałów Zelowskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego, a od 1976 roku FANAR. Rok 1989, rok przemian społeczno-politycznych spowodował, że kiedy upadł przemysł lekki w Polsce, nie ominęło to także Zelowa. Próbowano wskrzesić zakład, ale nic nie pomogło. Zakład niszczał, zapadały się dachy, w końcu trzeba było go rozebrać. Obok pozostał tylko niewielki obelisk upamiętniający to miejsce jako przejściowy obóz pracy dla ludzi w nim więzionych podczas II wojny światowej.

   Nieopodal „Centrali” stał zabytkowy dom (Pałacyk, jak mówili o nim zelowianie) właściciela fabryki Jersaka. Ostatnio w budynku mieszkali lokatorzy do momentu aż budynek płonął. Nie pierwszy zresztą raz. Jednak teraz okazało się, że nie nadaje się już do żadnego użytkowania i należy go rozebrać. A przecież mogło znajdować się w nim np. Muzeum, czy choćby izba tradycji miasta.

   Internautka na jednym z portali społecznościowych napisała: Ogólnie rzecz biorąc, to szkoda, że Zelowa jest już co raz mniej i mniej... Zawsze lubiłam i lubię to miasto, ale jest tam coraz smutniej... Szczególnie ten widok radością nie napawa, bo zakłady dawały wielu ludziom pracę, a teraz pozostała czarna folia i blacha okalająca teren byłych zakładów...

   Inna kobieta na tym samym forum: [...] tak budynki teraz straszyły, ale w tych budynkach był pot ludzi, którzy tam pracowali... w kurzu, w hałasie, w nocy... To pot moich Rodziców, mojego męża i mój też, a ten zielony dom, to Pałacyk – tak na niego zelowianie mówili – i mnie osobiście szkoda, że tak niszczał, a mógł służyć nam np. jako muzeum tkactwa...

   Czasami jednak pamięć o czymś jest tak bolesna i uciążliwa, że nie pozwala zupełnie skupić się na teraźniejszości, staje się balastem nie pozwalającym normalnie funkcjonować.

   Wszystko jednak lepsze jest od całkowitego zapomnienia. I nie chodzi tu tylko o patetyczne Naród, który traci swoją pamięć, przestaje być narodem, choć to piękne słowa podkreślające rolę pamięci w utrzymaniu wspólnoty. Człowiek, który odcina się od swoich korzeni, wyrzeka własnego pochodzenia, rodowodu traci także cząstkę siebie. To, co zapomniane, tak jak i to, co niewypowiedziane, nie istnieje.

   Dużo było zamieszania wokół pomnika Tadeusza Kościuszki w centrum miasta. A wszystko za sprawą Eugeniusza Biskupskiego, inicjatora budowy pomnika pod koniec lat sześćdziesiątych. Biskupski wiele swojej energii i czasu poświęcił, żeby przywrócić dawną tablicę, nie wiadomo czemu zdjętą w latach 2000, a zamienioną na inną, przekłamującą historię.

   W końcu się udało, ale po co było ruszać coś, co było częścią prawdy historycznej, odmiennej od dzisiejszych standardów, ale jednak prawdy. Nie wystarczyło zamontować informacji o tamtych czasach, żeby wyjaśnić kolejnym, młodym pokoleniom Polaków, czym był tamten, miniony system?

   Tablicę zmieniono, ale i teraz okazało się, że tak do końca nie wszystko można. Nie można było jednak napisać, że pomnik odsłonięto 22 lipca 1969 roku, musi nam wystarczyć – lipiec 1969. Tak zdecydowano w Łodzi...

   Żadna pamiątka nie równa się jednak ludzkiej pamięci, która, niedokładna i fantazjująca, jest mimo wszystko najtrwalszym tworzywem świata. Przypominanie nigdy nie będzie łatwe, ale życie bez pamięci nigdy nie będzie prawdziwe.

   Ja nie godzę się na to, że są tacy, którzy mówią, że tworzymy skansen historyczny, że zamiast patrzeć w przyszłość, patrzymy w przeszłość. A ja mówię: żeby patrzeć w przyszłość, trzeba pamiętać o przeszłości. A kto tego nie rozumie, niech popatrzy na naszych sąsiadów z Zachodu i ze Wschodu, jak oni o pamięć historyczną dbają...

 



Rozmyślania...

czwartek, 06 sierpnia 2015 15:48

 

   Andrzej Duda został nowym prezydentem Najjaśniejszej Rzeczpospolitej... Przed Zgromadzeniem Narodowym złożył przysięgę i... zaczęło się... Komentarzy nie ma końca – a to, jakim będzie wspaniałym przywódcą narodu, a to, jakim to prezydentem być nie może i nie będzie... Ja nie wiem, jakim będzie prezydentem, czas dopiero pokaże. Nie jestem jasnowidzem, jak 99% komentujących...

 



Rozmyślania...

wtorek, 04 sierpnia 2015 18:32

 

   Dlaczego w nas – Polakach – jest tyle złości, tyle zazdrości, tyle nienawiści, tyle zła? Do zadania takiego pytania skłoniła mnie śmierć Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka. Nie chcę się rozwodzić kim był. Czy był uczciwy, dobry czy też zły... Niech rozliczy go Bóg i historia, jeżeli jest taka potrzeba. Chcę powiedzieć o czymś innym. O tym, jak bardzo lubujemy się w ocenianiu innych ludzi, jak łatwo ferujemy wyroki, jak oceniamy, jak oskarżamy. I jak bardzo zazdrościmy. Tak, jesteśmy narodem zawistników!

   Po śmierci biznesmena liczba negatywnych komentarzy w internecie była tak wielka, że nawet trudno byłoby zliczyć wszystkie głosy. Najwięcej było takich: „cwaniaczek”, „złodziej”, „synalek esbeka”, „moczymorda”, „bandyta” itp. Portale społecznościowe prześcigały się w opluwaniu zmarłego.

   To nie pierwszy raz, kiedy po śmierci znanej osoby pojawia się fala negatywnych komentarzy. Komentatorzy prześcigają się w obrażaniu. A większość epitetów nadaje się do podjęcia kroków prawnych przeciwko ich autorom.

   Jednak śmierć Kulczyka nie jest czymś odosobnionym. Niedawno szerokim echem odbiła się sprawa gigantycznej fali hejtu po śmierci blogerki modowej o pseudonimie Maddinka. Na Facebooku zakładano nawet specjalne grupy, w których prześcigano się w zawodach na najbardziej nienawistne komentarze pod jej adresem, a trzeba powiedzieć, że skoro mamy w kraju 95% katolików, to skąd biorą się takie epitety, jak: „w końcu zdechła”, „widocznie zasłużyła na śmierć”, „puste dziewuszysko, nie jest mi jej żal”, „no i jeszcze ten plebejski gust”.

   Wydaje się, że współcześnie nikt nie jest w stanie uniknąć internetowych hejtów. Nawet lubiana w showbiznesie aktorka Anna Przybylska po śmierci w październiku zeszłego roku padła ofiarą obraźliwych komentarzy.

   Dlaczego tak się dzieje? Dr Mirosław Pęczak twierdzi, że wielu ludziom wydaje się, że internecie jesteśmy bezkarni i anonimowi. Dochodzi do tego zwykłe tchórzostwo, bo przecież w normalnych warunkach nikt nie zgodziłby się pisać tak odrażające rzeczy. Są jeszcze inne przyczyny. Wylewając żółć w wirtualu człowiek myśli, że coś sobie załatwi To forma rekompensaty niepowodzeń w życiu – leczenie kompleksów.

   Wiele do zrobienia mają w tym względzie duchowni, ale – niestety – sami nie grzeszą dobrocią. Przykład? Ostatnie (1 sierpnia) kazanie arcybiskupa Jędraszewskiego, który stwierdził, że jesteśmy „(...) morderczą czerwoną zarazą. Że my wszyscy – walczący z biciem kobiet, popierający prawa transseksualistów i niepłodnych małżeństw – jesteśmy jak stalinowcy. Że chcemy, by Polacy »legli pokotem«”. A później niektórzy zastanawiają się skąd bierze się język nienawiści?

   Warto o tym pamiętać, gdy następnym razem zaleje nas fala hejtu, kiedy kolejny festiwal polskiej politycznej głupoty jeszcze bardziej połączy się z polską, społeczną, narodową nienawiścią.

 



Rozmyślania...

piątek, 24 lipca 2015 17:05

 

   13 lipca minęła piętnasta rocznica śmierci, Jana Karskiego. Przy grobie tego zasłużonego dla ojczyzny Polaka, na waszyngtońskim Cmentarzu Góry Oliwnej, zebrali się jego przyjaciele, przedstawiciele rodziny i Towarzystwa Jana Karskiego.

   Dyrektor Ligi Przeciw Zniesławianiu (ADL) Abraham Foxman zmówił żydowską modlitwę za zmarłych i położył na tablicy nagrobnej kamień – znak pamięci o tych, którzy odeszli. W imieniu Towarzystwa Jana Karskiego krótkie słowo o bohaterze wygłosił profesor Michael Szporer z University of Maryland. Czyli byli prawie wszyscy... I słowo „prawie” ma tym przypadku znaczenie kluczowe, bo zgromadzeni, z wielkim zdumieniem nie dostrzegli śladów obecności ambasady RP w Waszyngtonie, chociaż jeszcze niedawno placówka ta intensywnie angażowała się w zdejmowanie nagrobka wybranego przez Jana Karskiego za życia i zastępowanie go jakimś innym, bez wiedzy i zgody rodziny.

   To nie były jedyne akcenty związane z tą rocznicą. Uniwersytet w Georgetown i ambasada Izraela zorganizowali sesję, w której uczestniczyli dyplomaci, pracownicy nauki, duchowni, studenci, bliscy bohatera. Głównym oratorem wieczoru był Abraham Foxman. Referował on dzieło Jana Karskiego, przypominając jego sens: Świat o tym, co się dzieje z Żydami, wiedział. Zawiodły państwa, ich instytucje, Kościoły i organizacje międzynarodowe. Nie zawiedli zwykli ludzie, którzy w swoim imieniu decydowali się ryzykować życiem własnym dla ocalania życia przeznaczonych na zagładę.

   Niestety, w tamtych, okrutnych czasach, misja Jana Karskiego nie powiodła się. Przywódcy antyhitlerowskiej koalicji nie zrobili nic, by temu przeciwdziałać. Kilkakrotnie jako kurier-emisariusz dostarczał informacji rządowi na uchodźstwie. W listopadzie 1942 roku przedostał się do Londynu i przekazał doniesienia o sytuacji w okupowanej Polsce, a zwłaszcza informacje o eksterminacji Żydów, które zdobył, docierając w przebraniu do obozu zagłady w Bełżcu i do getta warszawskiego. W 1943 roku złożył raport prezydentowi Franklinowi Rooseveltowi, ale ten jakby tego nie chciał zauważyć. Wolał skupiać się na relacjach ze Stalinem. Wszystko na nic...

   Po wojnie przebywał na emigracji w USA, od 1952 był wykładowcą Uniwersytetu Georgetown w Waszyngtonie.

   Jan Karski został uhonorowany najwyższym polski odznaczeniem Orderem Orła Białego, otrzymał także amerykański Medal Eisenhowera. W 1982 roku przyznano mu tytuł „Sprawiedliwy Wśród Narodów świata” i honorowe obywatelstwo Izraela. Pośmiertnie został odznaczony Prezydenckim Medalem Wolności – najwyższym odznaczeniem cywilnym Stanów Zjednoczonych, chociaż i wtedy nie obyło się bez wpadki Baracka Obamy, bredzącego coś o „polskich obozach zagłady”.

   Czemu piszę o tym jubileuszu? Bo prawie w tym samym czasie prezydent Komorowski czcił w Berlinie niemieckiego nazistę, barona, pułkownika Clausa von Stauffenberga! A kto to taki, ten Stauffenberg, że aż głowa państwa musiała brać udział w uroczystościach honorujących niemieckiego oprawcę? Był nazistowskim oficerem. I choć stał za zamachem na Hitlera w 1944 roku, to jego życiorysu nie można uznać za moralnie nieskazitelny. Popierał narodowy socjalizm, był rasistą, Polaków nazywał „głupim motłochem, który dobrze czuje się pod batem” i brał udział w kampanii przeciwko Polsce. Zresztą, nawet gdy podkładał bombę w Wilczym Szańcu, miał nadzieje, że po śmierci Hitlera dogada się z aliantami, by Rzesza zachowała swe granice sprzed I wojny światowej.

   Poirytowanie może budzić także tłumaczenie decyzji prezydenta przez jego doradcę, prof. Tomasza Nałęcza, który nie widzi w tym nic niestosownego. Szacunek należy się każdej osobie, która chciała walczyć z Hitlerem i czynnie walczyła. (...) Wydaje mi się, że brak szacunku dla takiej osoby jest brakiem szacunku także dla nas wszystkich, także tych Polaków, którzy w walce z Hitlerem zginęli.

   Stauffenberg brał udział w ludobójczej wojnie wywołanej przez Niemcy przeciwko Narodowi Polskiemu i przeciw Żydom, obywatelom Rzeczypospolitej. Uczczenie przez prezydenta tej ponurej postaci jest uwiarygodnieniem niemieckiej polityki historycznej, a w oczach świata, nie znającego prawdy, kolejnym dowodem na to jakoby w Niemczech okresu II Wojny Światowej istniał znaczący antyhitlerowski ruch oporu, co jest oczywistym kłamstwem...

   Trzeba przyznać, że źle się dzieje w polskiej polityce historycznej. Nie ma jednego, spójnego programu działań, ani jego zakresu, a tym bardziej priorytetów tej polityki. – Każdy sobie rzepkę skrobie – można byłoby powiedzieć. Liczą się jakieś drobne i żenujące w swej wymowie poczynania władz. Trwa jakaś dziwna, nieustanna walk o to, kto jest większym patriotą i kto ma na polski patriotyzm monopol. A wszytko to dla jakichś nieistotnych celów...

 

* * *

 

   Zaplanowana przez rząd akcja likwidacji PIW – czołowego polskiego wydawnictwa humanistycznego o ogromnym dorobku, wydawnictwa wciąż działającego i odnoszącego sukcesy – wkroczyła w drastyczną fazę: pod nieobecność przebywającego na urlopie dyrektora oplombowano jego gabinet i rządy rozpoczął przysłany przez ministra skarbu likwidator. 
   Oznacza to próbę przejęcia kamienicy przy Foksal 17 – siedziby PIW, cennej biblioteki, archiwum (także z dokumentami noblistów), teki z umowami wydawniczymi.
    Oznacza to przerwanie prac wydawniczych, ważnych dla polskiej kultury (obecnie edycja dzieł Witkacego i Leśmiana). W interesie kultury polskiej, nowych pokoleń Polaków jest, by PIW działał nadal, kontynuując swój wartościowy program wydawniczy i reprezentując wysoki standard polskiego edytorstwa.

 



Rozmyślania...

wtorek, 23 czerwca 2015 18:37

 

In vino veritas...

 

   Co leczy choroby krążenia, wspomaga funkcjonowanie serca i chroni przed nowotworami? Jakiś nowy specyfik chemiczny? Nie, to nie żaden nowy, cudowny lek, który właśnie wynaleźli naukowcy – to wino...

   Już w starożytności kwestia zdrowotnych walorów wina była tematem częstych rozważań. Wypowiadali się o nim filozofowie, pisali zarówno poeci, medycy jak i duchowni.

   Temat wina poruszył także bawarski bibliotekarz i kaznodzieja Aegidus Albertinus (1560-1620), autor traktatu O żarciu i chlaniu, który piętnował szerzące się w wielu środowiskach nadmierne picie wina i obżarstwo. W swoim dziele krytykował uleganie rozkoszom stołu. Jednak na temat wina zamieścił wręcz pochwałę, widząc w nim dwanaście cnót: Pisał, że wino poprawia trawienie, pędzi mocz, bladym przywraca zdrowe kolory, daje dobry zapach, wzmacnia naturę rodzenia, raduje usposobienie i krew, gasi wrodzoną gorączkę i rozwiązuje języki milczkom, pozwala żywić nadzieję, człowieka w niebezpieczeństwie czyni śmiałym i zdecydowanym, pozwala zapomnieć o nędzy i rozpaczy, ujmuje ludziom skąpstwo i pozwala być hojnym, odmładza starych mężczyzn i kobiety. Jednym słowem: dobre wino, to jak pół życia. A współcześnie, badaniami nad wpływem wina na nasze zdrowie prowadzą naukowcy w laboratoriach wyposażonych w najnowocześniejsze urządzenia.

    „In vino veritas” – mawiali starożytni, darząc winorośl i jej owoce wyjątkowym szacunkiem i urządzając na jej cześć Bachanalia. Później powstała nawet specjalna nauka poświęcona winu – enologia, której nazwa pochodzi od greckich słów oinos – wino i logos – nauka.

   Dziś wiemy, że wino zawiera ponad tysiąc różnych związków chemicznych o większym lub mniejszym stopniu oddziaływania na zdrowie – w większości pozytywne.

   Ostatnio odkryto na przykład, że wino zawiera polifenole i resweratrol – związki działające chemoprewencyjnie, a więc zapobiegające rozwojowi nowotworów i chorób układu sercowo-naczyniowego.

   Dlatego właśnie Francuzi czy długowieczni Gruzini nie mają zawałów serca, rzadziej zapadają na chorobę Alzheimera i nie mają także parodontozy, ponieważ polifenole działają także antypróchniczo.

   Ale to nie wszystko jedno, jakie wino się pije. Najlepiej na nasze zdrowie wpływa wino czerwone i najlepiej wytrawne. Bo resweratrol, związek zapobiegający nowotworom i obecnie najbardziej „na topie” występuje w skórce winogron, a technologia produkcji wina czerwonego sprawia, że jest w nim więcej resweratrolu niż w winie białym.

   Pewnie niektórzy zastanowią się czemu piszę o winie... Niedawno moi przyjaciele, Monika i Witek, planujący otworzyć sklep z winami gruzińskimi, zaprosili mnie na degustację takich win.

   – Andrzej, ale to nie będzie zwykła degustacja, to będzie ciężka praca – przestrzegali mnie przed spotkaniem.

   Na stole 12 gatunków gruzińskiego trunku – Mtsvane, Besini premium wbite, Saperavi Rose, Kisi kvevri, Saperavi, Mukuzani, Kindzmaruauli, Besini Kindzmaruauli, Saprevani premium, Moscato, Besini premium red. Do tego kartka i długopis. Próbowaliśmy, próbowaliśmy, próbowaliśmy... Zaznaczaliśmy w odpowiednich rubrykach smak, zapach, klarowność... Cudowna praca. Wszyscy zaproszeni pytali gospodarzy, że chcieliby taką pracę wykonywać codziennie. Do tego sery, wędliny, no i hit – sałatka gospodarza, przebijająca nawet najlepsze wina...

   Osobiście najlepiej smakowało mi Besini Kindzmaruauli, wino o delikatnym smaku oraz Saperavi Rose, może nie najlepsze w smaku, za to o niebiańskim zapachu.

 

Besini kandz.JPG

 

   Pamiętam, że przy winie numer dziewięć, zaczęliśmy się głośno zastanawiać, czy gospodarze zechcą nam zafundować wszystko jeszcze raz od początku, gdyż nie pamiętaliśmy już smaku tych z początku degustacji...

   Piszę o tym trochę humorystycznie, ale wydaje mi się, że powinniśmy więcej zwracać się w stronę picia wina, niż ciężkich alkoholi, nie bardzo pozytywnie działających na nasze organizmy, szczególnie wtedy, kiedy mamy problemy z umiarem. Lepiej więc sięgać po wino czerwone. Oczywiście nie należy z tych danych wyciągać przedwczesnych wniosków, że jeśli w Polsce zacznie się masowo produkować wino, to ze względu na klimat będzie ono prawdziwą bombą antynowotworową.

   Niestety – i tu jest ta zła wiadomość dla miłośników wina – nie należy go wypijać więcej niż dwa kieliszki dziennie. I najlepiej pić je do posiłku zawierającego witaminę C. Ta kombinacja składników dodatkowo pomaga jeszcze oczyścić krew ze złego cholesterolu.

   W tym miejscu zwracam się do wszystkich moich znajomych czy nie ma takich, którzy myślą o otwarciu sklepu z whisky. Ten trunek, choć może bardziej szkodliwy dla zdrowia, działa o wiele intensywniej na moją wyobraźnię...

   Tak więc niniejszym zgłaszam swój akces do tej ciężkiej roboty, zgodnie z zasadą, że żadnej pracy się nie boję...

 



Rozmyślania...

środa, 10 czerwca 2015 19:05

 

   25 lat po obaleniu komunizmu przystąpiliśmy do kolejnych wyborów. Tym razem wybieraliśmy pierwszego obywatela Rzeczpospolitej. Niektórzy twierdzą, że kampania była nudna i trwała za długo. Co musiałby się stać, żeby można było nazwać ją atrakcyjną? Któryś z kandydatów musiałbym zasztyletować przeciwnika?

   Wygrał Andrzej Duda pozostawiając za sobą obecnego prezydenta i dziewięcioro innych kandydatów, nie wiedząc po co uczestniczących w tym wyścigu do Pałacu Namiestnikowskiego. Teraz prezydent-elekt będzie musiał nie tylko tłumaczyć, co mu się w Polsce nie podoba, ale też po raz pierwszy w życiu przedstawić program pozytywny, za który weźmie pełną odpowiedzialność.

   Śledziłem te wybory dość dobrze, bez emocji, nie myśląc jaki wynik osiągnie „mój” kandydat, bo ja nigdy takiego nie mam. Dla mnie liczy się to, jak będzie się żyło nam, Polakom, a nie to, kto będzie rządził. Może to trochę nie na czasie, ale jest mi z tym dobrze. Nigdy nigdzie nie przynależałem, więc cieszę się, że udało mi być ponad tym wszystkim.

   Sztaby wyborcze wszystkich kandydatów przygotowały broszury programowe, które następnie wykorzystywały w kampanii. Ale kiedy wczytałem się dokładnie w owe publikacje, to odniosłem tylko jedno wrażenie, że były one przede wszystkim przeciw Platformie Obywatelskiej. Nie było tam nic o reformach państwa, o bezrobociu, w gospodarce, o służbie zdrowia, oświacie, o kulturze nie wspominając. Niestety, tylko jakieś banały i zdawkowe informacje o tym, jak to będzie cudownie. Nie doczytałem się tylko, jak to zostanie zrobione i skąd weźmie się na to wszytko pieniądze?

   Były to głownie obietnice, które musiały podobać się wyborcom. Wynotowałem sobie co lepsze „kawałki”: dłuższe zasiłki macierzyńskie, współfinansowanie przez państwo budowy mieszkań dla mniej zamożnych obywateli, oddłużenie PKP, rozwój nauki, oświaty i nowych technologii, specjalny program dla ściany wschodniej, całkowite wycofanie się z reformy systemu świadczeń zdrowotnych, gwarancje socjalne dla najuboższych, pobudzenie gospodarki przez obniżenie stóp procentowych, szybsze emerytury itp. W sumie – ogólną poprawę wszystkich obszarów życia społecznego.

   Każdy z kandydatów, w zależności od tego, w jakim regionie, województwie, czy powiecie się znalazł, obiecywał praktycznie wszystko to, co spowodowałoby, że miejscowa  ludność, przeleje swoje wymarzone potrzeby na karty do głosowania, stawiając odpowiedni znak przy nazwisku „obiecywacza”. Toteż obiecywali: masowy dostęp do szerokopasmowego internetu, wsparcie wycieczek szkolnych do miast, podniesienie znaczenia praktyk studenckich, rozwój agroenergetyki, a nawet promocję młodych utalentowanych sportowców. Było w tych programach też wiele rzeczy miłych dla przedsiębiorców – większa dostępność kredytów, szybsze egzekwowanie długów, ulgi podatkowe. Nie ma natomiast żadnych informacji o kosztach programu i o źródłach jego sfinansowania – poza zapewnieniem, że każdy z kandydatów wszystko będzie robił lepiej i taniej niż poprzednicy, dzięki czemu powstaną oszczędności. Niestety, to wszystko mieściło się w ramach kampanii do parlamentu, a nie na najwyższy urząd w państwie, gdyż każdy zdrowo myślący człowiek wie, że kompetencje prezydenta RP są bardzo ograniczone, głównie do roli strażnika konstytucji, a nie super premiera o nieograniczonych możliwościach wykonawczych.

   W całej kampanii politycy nie dali odpowiedzi na ważne pytanie: czy ich program był przede wszystkim narzędziem wyborczym, czy też ktokolwiek podejmie się próby jego realizacji? Jedno jest pewne – ktokolwiek wygrałby te wybory będzie krytykowany przez konkurencję za to, że albo kontynuuje politykę poprzedników, albo nic nie robi.

   Niska frekwencja wyborów prezydenckich, choć i tak znacznie większa, niż parlamentarnych, odzwierciedla i potwierdza panującą w kraju atmosferę zniechęcenia, marazmu, stagnacji, nieufności. Choć w ubiegłym roku działające w Polsce przedsiębiorstwa osiągnęły całkiem dobre zyski, wstrzymują się z ich inwestowaniem i zatrudnianiem nowych pracowników. Społeczeństwo i gospodarka potrzebują ożywczych impulsów. Wiadomo już, że nie dostarczy ich radykalna obniżka podatków.

   Optymistyczne jest natomiast to, że poparcie dla populistów i radykałów nie wzrosło. Zmalała więc groźba, że po ewentualnym fiasku rządów PO, a być może od jesieni rządu PiS, władzę przejmie ktoś nieodpowiedzialny. W związku z zaistniałą sytuacją na naszym rynku politycznym ciekawe jest to, co się stanie z SLD i PSL, partiami, które najwyraźniej są w największym kryzysie od 1989 roku. Czy pojawi się ktoś, kto mocno przebuduje naszą scenę polityczną na tyle, że pojawi się nowa wartość, a przede wszystkim nowa jakość? Ostatni, wyborczy sukces rockmana Kukiza takiej pewności nie daje, ponieważ na razie powstał tylko zwykły bunt, przeciwko temu, co było do tej pory. To jednak trochę za mało, jak na prawie 40-milionowy kraj. Dlaczego tak się dzieje? To proste, ponieważ program żadnej z partii nie może być realizowany w całości i w czystej postaci, lecz wymaga zrównoważenia koncepcjami koalicyjnego partnera, a więc program rządu musi być kompromisowy. Nie ma przyzwolenia na autorski gabinet i silne przywództwo przyszłego prezydenta i premiera, żaden polityk nie został na tę funkcję wskazany jednoznacznie, a triumfalistyczne deklaracje niektórych polityków, że zwyciężył taki, a nie inny program, są wynikiem kompletnego niezrozumienia intencji obywateli lub próbą propagandowego ich zakrzyczenia.

   Tak czy inaczej perspektywa dla Polski nie jest wcale tak optymistyczna, jakbyśmy mogli sobie wymarzyć. Należy również wziąć pod uwagę i to, że przecież jesteśmy już w Unii Europejskiej, a więc nie wszystko, co może mogłoby Polsce pomóc, będzie tak szybko i łatwo przyjmowane przez inne kraje. W prasie zachodniej już pojawiły się artykuły omawiające sytuację w naszym kraju po wyborach prezydenckich. Trzeba przyznać, że nie są one wcale pozytywne. Na pierwszych stronach tych gazet dominuje sceptycyzm i ogólne zaniepokojenie sytuacją w Polsce. Można przeczytać m.in. takie fragmenty, że Polska przestanie służyć jako forum dochodzenia do kompromisów, a protesty, będące wynikiem społecznych napięć, będą szukały ujścia w strajkach i demonstracjach. Wiele gazet podkreśla, że Polacy korzystają z dobrodziejstw Unii, nie czują się jednak zobowiązani do okazywania wzajemności...

   Jak będzie w rzeczywistości przekonamy się wkrótce. Mamy w tej chwili tak, jak chcieliśmy – oddając swój głos. Na tym między innymi polega demokracja, o którą tak walczyliśmy...

 



Rozmyślania...

środa, 29 kwietnia 2015 19:41

 

   Mamy w Polsce bardzo gorący okres – za pasem wybory prezydenckie, a za kilka miesięcy – parlamentarne. Praktycznie całe obecne życie społeczne kraju podporządkowane jest wyścigowi, którego meta znajduje się w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie. W natłoku informacji kto, kiedy, z kim, dlaczego, po co, za ile, umykają wiadomości z innych dziedzin. I tak, prawie niezauważone, umknęły nam informacje, że zmarli dwaj nobliści – Tomas Gösta Tranströmer i Günter Grass... Cóż, takie czasy, czasy okropne... 

 



Rozmyślania...

piątek, 03 kwietnia 2015 15:24

 

10 lat bez Jana Pawła II

 

   W wielu katolickich krajach już za życia mówiono o nim „Wielki”. Bilans jego życia i jego pontyfikatu jest imponujący. Ocalił Kościół katolicki przed wyprzedażą na rzecz nowoczesnej dowolności pozbawionej hamulców. Dzisiaj, gdy wszelkie treści adresowane do młodzieży rozmywają się w ironii, przesłanie papieża odznaczało się mistyczną stałością, choć niektórzy twierdzili, że przez jego konserwatyzm zaprzepaszczone zostało wiele spraw... Właśnie mija 10 lat od jego śmierci...

 

   Pontyfikat Jana Pawła II rozpoczął się w starym świecie mroźnego podziału na dwa polityczne bloki, dogasał zaś w przegrzanym świecie kapitalizmu bez alternatywy, funkcjonującego na wysokich obrotach.

   Był biskupem całego świata. Odwiedził 129 krajów, wygłaszał homilie do milionów, łączył wiernych w jedną wspólnotę. Nawet w ostatnich godzinach śmierci i w dniach następnych miał potężnego sprzymierzeńca: opinię publiczną.

   Prawie każdy zna jego życiorys, przynajmniej w hagiograficznym skrócie. W 1946 roku Karol Wojtyła otrzymuje święcenia kapłańskie, w 1958 zostaje biskupem, w 1967 – kardynałem, w 1978 – papieżem. Co dekadę nowy szczebel w karierze, i to nie przez przypadek. Złożyła się na to wielka konsekwencja w dążeniu do celu i wręcz niewiarygodna pracowitość. Coś takiego nie wydaje się możliwe bez poczucia posłannictwa. Zawsze wyczuwało się w nim swego rodzaju boską żarliwość, która udzielała się innym. Jego epoka przypadła na okres schyłku ideologii, bezradności i odrazy do życia, zredukowanego do wymiany towarowej.

   Całe swoje życie starał się być bezkompromisowym. Żądał bezwarunkowego posłuszeństwa. Jego teologia moralna zawsze oburzała krytyków. Znamienny jest przy tym fakt, że obecnie to właśnie apele o czystość i monogamię wywołują największe oburzenie. Szczególnie w krajach Pierwszego Świata.

   Przy okazji swojego srebrnego jubileuszu papież raz jeszcze sprecyzował swe stanowisko w sprawie celibatu: Dla Kościoła i dzisiejszego świata świadectwo czystej miłości stanowi z jednej strony swego rodzaju terapię duchową dla ludzkości, a z drugiej – protest przeciw czynieniu idola z popędu seksualnego. Nie trzeba dodawać, że nakazywał postępować jak najsurowiej z winnymi pedofilii we własnych szeregach, choć niektórzy twierdzą, że było akurat odwrotnie.

   Stosunek Jana Pawła II do aborcji był wręcz szokująco anachroniczny – ale też nigdy nie uważał się za egzekutora ducha epoki. Nie, ten papież wymagał zawsze sporo wyrzeczenia się samego siebie, całkiem nie w duchu oświecenia – ale właśnie to trafiało do ludzi.

   Odczuwał szczególną więź z młodzieżą – a młodzież z nim. Był popularniejszy niż Rolling Stones, występował dłużej niż Madonna... Młodzież czuła, że on ją traktuje poważnie – także wtedy, gdy wygłaszał reprymendy. Kochała go – gdy umierał – wielu nastolatków biwakowało w śpiworach pod jego oknem na placu św. Piotra – na ostatniej warcie. Karol Wojtyła pokazywał się z Bobem Dylanem, medytował, przemawiał do religijnych uczuć nastolatków, zawsze (od czasów śpiewającego i płaczącego św. Augustyna) tak bliskich ekstazy.

   Myślę, że jeszcze przez wiele latach będą trwały spory to, czy Jan Paweł II był papieżem integracji, czy podziału. Na pewno szukał pojednania z Żydami i wielkimi religiami świata. Kościołowi katolickiemu podnosił poprzeczkę, zamiast ją opuszczać. On, któremu zarzucano popularyzację i trywializację wiary, wygłaszał zawsze gorące kazania przeciwko nadużywaniu krucyfiksu jako modnego rekwizytu, przeciwko krzyżykowi z brylantów u Beckhama, Liz Hurley, czy Catherine Zeta Jones.

   Trzeba więc ten pontyfikat widzieć jako kontrofensywę. Chociażby tych 1300 dokonanych przez niego beatyfikacji i 500 kanonizacji – więcej niż za czasów wszystkich poprzednich papieży razem wziętych. To trochę tak, jakby przeciw całemu chocholemu cyrkowi idoli i ikon kultury masowej postanowił wystawić swoja katolicką armię. A opowieściom o absurdalnym bogactwie, blichtrze i basenach kąpielowych, chciał przeciwstawić innych bohaterów. Takich na naszą miarę i możliwości. Takich o niezachwianej moralności, którzy potrafili żyć, ofiarowując innym siebie i swoje cierpienie – jak na przykład Matka Teresa.

   Media do tego stopnia kochały papieża, że praktycznie do końca puszczały mimo uszu jego radykalizm w kwestiach socjalnych. W rzeczywistości jednak papież Jan Paweł II w swoich encyklikach konsekwentnie wypowiadał się przeciw bogatym i potężnym. Jego walka przeciwko syrenim śpiewom rynku była znacznie bardziej zażarta niż niegdyś walka z komunizmem. Ale pod tym względem rozumiała go młodzież, uznając niemalże za sprzymierzeńca-wywrotowca, jako że właśnie młodzi ludzie – przy całym swym zafascynowaniu konsumpcją – zawsze otwarcie są na hasła wyrzeczenia się jej złudnego uroku.

   Niestety, pod koniec życia Jan Paweł II z coraz większa goryczą obserwował wielkie triumfy systemu kapitalistycznego i nihilizmu. W świętym roku 2000 piętnował odwrócenie wartości. Być może prawda jest tak, że Ojciec Święty triumfował właśnie w swoich klęskach. Nie doszło do spotkania z Patriarchą Moskwy Aleksym II. Nie był w stanie zapobiec wojnie w Iraku, jednak jego sprzeciw wobec niej przyniósł mu podziw i miłość. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej wzruszającego niż modlitwy o pokój, wygłaszane przez papieża w wózku inwalidzkim, bezwładnie przechylonego na bok, jak obalone drzewo. I to jak pielgrzymowali do niego najpotężniejsi tego świata, a on ich bez wahania upominał.

   Ten chłopak z Polski – jak mawiała o nim niemal cała prasa zachodnia – przeszedł swoją drogę imponująco, bez zachwiania. Za jego lwią odwagę i miłość, za wszystkie batalie i bezkompromisowość, które uchroniły wiarę od trywializacji i pozostawiły spuściznę dla Kościoła, jesteśmy winni mu wdzięczność.

   Po śmierci Jana Pawła II polski Kościół katolicki stanął na skraju wielkiej czarnej dziury. Nie tylko powodu szacunku dla papieża w Niestety, w Polsce nigdy nie dyskutowano nad skutkami jego odejścia. Tabu, jakim otoczono śmierć papieża, wynikało nie tylko z popularności byłego arcybiskupa Krakowa, lecz także z obawy przed skutkami jego zgonu. Ten stan letargu trwa do dzisiaj.

   Po raz pierwszy słowo „śmierć” w zawiązku z choroba papieża pojawiło się w polskich środkach masowego przekazu w przedostatnim dniu jego życia. Podczas, gdy media zachodnie już od dawna spekulowały o bliskim zgonie następcy św. Piotra.

   Wiele osób tę jego wielkość nazywa świętością, świętością, która przez cały pontyfikat miała ciało Jana Pawła II. Dawało się to wyczuć przez ostatnie dwa dni życia naszego wielkiego rodaka. Jego śmierć stałą się miarą człowieka, która znacznie wykraczała poza to, co naturalne i nawet najpiękniej ludzkie. Szkoda tylko, że to wskazanie z taką bezdusznością, odartą z wszelkiej tajemnicy, psuły media, urządzając festiwal „śmierci papieża”.

   Jan Paweł II umarł tak, jak żył: odważnie, wciąż świadomy odpowiedzialności za świat. Niechajże tej odpowiedzialności i nam nie zabraknie, szczególnie wtedy, gdy ...brakuje nam słów, brakuje gestu i znaku...

 



Rozmyślania...

poniedziałek, 16 marca 2015 13:49

 

   Coraz częściej słyszymy, że we współczesnym świecie brakuje nam bohaterów. Zdarza się, że próbujemy ich szukać na siłę, a czasami do roli bohaterów powołujemy tych, którzy na to po prostu nie zasługują.

   Jakiś czas temu – zupełnie przypadkowo, dzięki Ryszardowi Wróblowi z Łasku – udało mi się odkryć człowieka, który bohaterem był już za życia, ale dziwnym trafem, jakoś nikt nie wpadł na to, aby głośno mówić o nim, który swoją postawą zasłużył nie tylko na pamięć, ale może i na coś więcej. Mowa o Wacławie Giermerze, urodzonym w podzelowskiej Weronice pilocie, bohaterze słynnego dywizjonu 303. Trzeba było aż tylu lat, żeby wygrzebać go z annałów niepamięci, tym bardziej, że w tym roku przypada 10. rocznica śmierci pilota.

   Kapitan Wacław Giermer urodził się 3 lutego 1916 roku. Wojenna epopeja Wacława Giermera była podobna do wielu takich historii żołnierzy-tułaczy. Wyróżnia ją przedwojenny epizod, który sprawił, że Wacław Giermer trafił do elitarnego dywizjonu.

 

 

1.JPG

 

Wacław Giermer

 

   Urodził się we wsi Weronika pod Zelowem, ale ojciec sprzedał majątek i przeprowadził się do Łodzi. Tutaj skończył trzyletnią szkołę handlową. Od początku jednak fascynowali go chodzący po ulicach Łodzi chłopcy w beretach z szachownicą, członkowie Przysposobienia Wojskowego Lotniczego. Giermer przeszedł ostrą selekcję i dostał powołanie na Lublinek, gdzie odbywały się zajęcia PWL. Jakimś cudem autorowi udało się ocalić zdjęcia z tych czasów: adepci lotnictwa podczas zajęć z PWL na Lublinku, mycie samolotu po zajęciach, samoloty Fokker i Henriot 28 na łódzkim lotnisku.

   W 1935 roku Wacław Giermer wstąpił na ochotnika do wojska. Wojenna opowieść toczy się przez kampanię wrześniową, walki we Francji, wreszcie walki powietrzne w Dywizjonie 303. Do Polski już nie wrócił, kiedy dowiedział się, jak PRL potraktowała lotników z Zachodu. Po 1989 roku wielokrotnie bywał w kraju.

   W latach 1934-1939 służył jako pilot w Siłach Powietrznych w Polsce. W 1936 roku został pilotem myśliwca. Brał udział w akcjach, kiedy  radzieckie samoloty rozpoznawcze naruszają przestrzeń powietrzną Polski w 1938 roku. Wybuch wojny zastał go w Dęblinie, gdzie pracował jako instruktor latania. 1 września 1939 roku w czasie bombardowania lotniska w Dęblinie dokonał pierwszego ataku na niemiecki He 111 nad Dęblinem. Po klęsce armii polskiej we wrześniu 1939 roku próbował samolotem przedostać się do Rumunii, ale w wyniku awarii maszyny dalszą drogę pokonał ciężarówką, a samą granicę przekroczył już na piechotę. Dalej próbował przedostać się do Francji. W Rumunii spotkał się z byłymi towarzyszami polskich eskadr i wspólnie, na pokładzie greckiego statku „Patrius”, przez Maltę, dostają się do Francji (Lyon).

 

 

 

11.JPG

 

   W latach 1939-1940 służył jako pilot myśliwca we francuskich siłach powietrznych. W maju 1940 roku brał udział w walkach powietrznych z samolotami 111s He w obronie fabryki samolotów w Bourges. W samotnym ataku zestrzelił niemiecki bombowiec.

   W lipcu 1940 roku uciekł – poprzez Algierię – do Wielkiej Brytanii. Trafił do Szkocji i został pilotem na samolotach Hurricane, a następnie Spitfire. W końcu trafił do dywizjonu 303 RAF w Northolt.

   Brał udział w Bitwie o Anglię. Odniósł kilka zwycięstw w operacjach normandzkich i walkach o Londyn. 15 maja 1941 roku podczas operacji Mosquito sierżant Wacław Giermer i porucznik Jerzy Jankiewicz wspólnie zestrzelili samolot Ju 52, pilotowany przez generała Ulricha Grauerta. Cała załoga samolotu zginęła.

   Ranny w następnych walkach trafił do szpitala w Margate i przebywał tam w okresie od lipca do listopada 1941 roku. 

   W sierpniu 1942 roku brał udział w operacjach i działaniach wojennych w Dieppe. Następnie został oddelegowany do szkolenia instruktorskiego w RAF – Montrose.

 

 

13.JPG

 

Generał Władysław Sikorski dekoruje Wacława Giermera Krzyżem Walecznych.

 

   Został odznaczony m.in.: Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, brytyjskim Distinguished Flying Medal.

   Po zakończeniu wojny został w Anglii i pracował jako instruktor.

   Po 1989 roku Wacław Giermer wielokrotnie odwiedzał Polskę, uczestniczył w zjazdach pilotów-weteranów.

   Wacław Giermer umiera 25 kwietnia 2005 roku w Nottingham w Wielkiej Brytanii.

 



Rozmyślania...

piątek, 13 marca 2015 11:22

 

   Znowu przychodzi mi pisać o Muzeum Polskim w szwajcarskim Rapperswilu. Dlaczego? Bo teraz już na dobre traci swoją siedzibę. Po niemal 140 latach musi się wyprowadzić ze średniowiecznego zamku. W roku 2008 pisałem wielokrotnie, że nasze władze muszą wreszcie coś zrobić, bo w przeciwnym razie muzeum przestanie istnieć i zostanie wyrzucone z XIII-wiecznego zamku nad Jeziorem Zuryskim. Na nic się zdały interwencje podejmowane przez polskie władze u Szwajcarów.

   Kilkanaście dni temu na temat przyszłości tej jedynej w swoim rodzaju placówki rozmawiał Grzegorz Schetyna, szef polskiej dyplomacji ze swoim szwajcarskim odpowiednikiem Didierem Burkhalter.

   Z oficjalnego komunikatu MSZ wynika, że polska dyplomacja podejmuje działania ratunkowe tej placówki. „Mam świadomość, że ta sprawa nie zależy od władz federalnych, ale liczę, że wspólnie z władzami lokalnymi rozwiążemy problem miejsca symbolicznego i bliskiego sercu każdego Polaka” – mówił szef polskiej dyplomacji. Działania takie prowadziło też Ministerstwo Kultury.

   Rzeczywistość nie jest jednak różowa. Anna Buchmann, dyrektorka placówki, przyznaje, że w ciągu ostatnich miesięcy sytuacja zmieniła się na naszą niekorzyść. Odbyły się rozmowy z przedstawicielem szwajcarskiego MSZ, które nic nie przyniosły. Jej zdaniem jest to kolejna klęska polskiej dyplomacji. „Mała Szwajcaria w wielu przypadkach uzależniona od Polski umie swoje stanowisko i partykularne interesy małej gminy bronić, my natomiast nie jesteśmy w stanie przepchać małej sprawy”.

   Tracimy jedno z najstarszych polskich muzeów poza granicami kraju, bo władze miejskie Rapperswilu zdecydowały o zmianie charakteru średniowiecznego zamku, w którym od lat mieści się ta placówka. Plan zagospodarowania zamku przewiduje jego modernizację i stopniową prywatyzację. Zostanie tam zlokalizowane muzeum gminne. W pomieszczeniach, które dzisiaj zajmujemy znajdzie się zaś restauracja.

   Muzeum Polskie musi wyprowadzić się z zamku w ciągu dwóch lat. Na razie nie wiadomo gdzie zostaną przeniesione zbiory.

   Jak podkreślają przedstawiciele szwajcarskiej Polonii na zamku nie pozostaną prawie żadne ślady obecności Polaków. To co nam proponują to kilka metrów kwadratowych w ciemnej i wilgotnej wieży”.

   Decyzję o wyrzuceniu polskiego muzeum z zamku poprzedziła „bezprecedensowa kampania nienawiści skierowana przeciwko obecności Polaków w Rapperswil, organizowana przez lokalnych polityków. Wyrzucenia muzeum z zamku od 2008 roku domagało się prywatne zrzeszenie „Pro Schloss”, które wystąpiło z propozycją przeniesienia do niego miejskiego, szwajcarskiego muzeum. Pomysł ten wspierał Bruno Hug, wydawca lokalnej gazety „Obersee Nachrichten”, na łamach której krytykowano obecność polskiej placówki na zamku.

   W 2012 roku miało dojść do podpisana nowej umowy z władzami Rapperswilu na dzierżawę przez Muzeum Polskie pomieszczeń w zamku przez 25 lat. Przewidywała ona modernizację muzeum i zmianę ekspozycji, którą miało sfinansować polskie ministerstwo kultury. Nowoczesna ekspozycja miała przedstawić polską historię i współczesność na tle relacji z Szwajcarią. Propozycja ta nie spodobała się jednak miejscowym władzom.

   Muzeum Polskie na zamku w Rapperswilu jest obecne, z krótkimi przerwami, od ponad 140 lat. Miejsce to od lat kojarzone jest z polską emigracją. Placówka ta została założona w 1870 roku przez Władysława hr. Broel-Platera, przez lata gromadzone były tam dzieła sztuki. W zamku mieszkali znani Polacy, m.in. przez cztery lata tworzył tam pisarz Stefan Żeromski.

   W zbiorach muzeum znajduje się m.in. malarstwo (m.in. obrazy Józefa Brandta, Józefa Chełmońskiego, Teodora Axentowicza, Jacka Malczewskiego), zbiór medali, starych map, rzeźb, militariów, tabakierek związanych z wojnami napoleońskimi. Są też unikalne pamiątki historyczne np. medalion z włosami Tadeusza Kościuszki, jego zegarek, fotel Henryka Sienkiewicza, czy tzw. niema klawiatura służąca do ćwiczeń Jana I. Paderewskiego. Są też pamiątki związane z internowanymi w Szwajcarii w czasie II wojny światowej żołnierzami 2 Dywizji Strzelców Pieszych. Ponadto liczne archiwa i biblioteka.

   W tym miejscu ciśnie się na usta pytanie: – Czy jest coś, co nasze władze są w stanie pozytywnie załatwić?

 



Rozmyślania...

poniedziałek, 16 lutego 2015 19:40

 

   Na stronie internetowej Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego czytamy m.in., że jednym z priorytetów resortu jest promocja czytelnictwa i wspieranie czasopism: „Celem priorytetu jest wspieranie najbardziej znaczących ogólnopolskich czasopism kulturalnych, zarówno tych o wieloletnim dorobku i ugruntowanej pozycji, jak i tych, które uzyskały status opiniotwórczych w ostatnich latach”. Jak to się ma do rzeczywistości? Nijak, bo jak się okazało, „Migotania” i portal „pisarze.pl” nie zostały w ogóle uwzględnione przy podziale pieniędzy na ten rok.

   Dziwne to, bo przecież oba podmioty literackie, to nie jakieś efemerydy, jakieś raczkujące pisemka, które dopiero co zaistniały na literackiej mapie Polski.

   Gdański kwartalnik „Migotania”, zdaniem wielu profesjonalnych uczestników kultury, to jedno z najciekawszych pism literackich w Polsce. Istnieje od 13 lat, co w latach nieustannych przemian już zasługuje na podziw, bo potwierdza konsekwencję i determinację twórców kwartalnika. Łączy wysoki poziom artystyczny z różnorodnością tematyczną i gatunkową. Jest tu miejsce na reportaż, na filozoficzne eseje, na wiersze debiutantów i klasyków. „Migotania” to około 900 autorów, którzy honorowo przez te wszystkie lata publikowali w piśmie.

   Portal „pisarze.pl” jest jedną z najstarszych i najbardziej dynamicznych tego typu przedsięwzięć, łącząc funkcję internetowego pisma literackiego i informatora współczesnego życia literackiego w Polsce. Portal umieszcza twórczość zarówno renomowanych autorów, jak tych, stawiających pierwsze kroki z literaturze.  Publikuje nowe, nigdzie dotąd niespotykane eseje, szkice krytycznoliterackie, felietony, wywiady. Informuje o wszelkich wydarzenia życia kulturalnego i artystycznego.

   Okazało się jednak, że dla urzędników MKiDZN to za mało, że znacznie lepiej dać pieniądze na jakieś działania mało związane z kulturą. Można by powiedzieć: „niech opaczność czuwa!”. Stąd też coraz częściej  w środowiska kulturalnych pojawiają się głosy, że może lepiej będzie, kiedy kolejny minister sam będzie organizował sobie imprezy kulturalne przy pomocy swoich wszechwiedzących urzędników. Jednak tak się składa, że jednak ci urzędnicy nie mają zielonego pojęcia, co tak naprawdę dzieje się w terenie, jakie kulturotwórcze przedsięwzięcia są potrzebne, a które już nie.

   A jest tych imprez naprawdę dużo, sam w wielu uczestniczyłem i mogłem naocznie zobaczyć jak wiele trudu muszą włożyć organizatorzy, żeby one w ogóle mogły się odbyć. Wiadomym jest, że na zorganizowanie kilkudniowego festiwalu literackiego dla kilkudziesięciu osób naprawdę potrzeba dużo  pieniędzy. Wiem, że tylko dzięki osobistemu zaangażowaniu tych lokalnych działaczy mogą odbywać się tak znaczące imprezy, jak: Warszawska Jesień Poezji, Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu, Międzynarodowy Festiwal Poezji – Poeci bez granic w Polanicy Zdroju, Ogrody Poetyckie w Limanowej czy wskrzeszona dwa lata temu przez Marię, żonę nieżyjącego poety Tadeusza Kwiatkowskiego-Cugowa – Wigilia Poetów i Ułanów. A przecież oprócz tych wymienionych są jeszcze dziesiątki innych festiwali i imprez literackich, setki konkursów mniej bądź bardziej znanych. Wszyscy ci organizatorzy przechodzą corocznie przez przysłowiowy czyściec organizacyjny, żeby zdobyć fundusze na swoją imprezę. Więc chodzą po ministerstwach, wydziałach kultury w województwach, urzędach miast i gmin, i proszą prywatnych sponsorów, donatorów... Piszą...

   Kiedy rozmawiałem z Pawłem Kuszczyńskim (Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu), czy Andrzejem Bartyńskim i Kazimierzem Burnatem (Międzynarodowy Festiwal Poezji – Poeci bez granic w Polanicy Zdroju) przyznali, że jest coraz gorzej. Nasze władze nie są zainteresowane dotowaniem tego typu imprez. Jak twierdzą, „komu jest to potrzebne”, albo że „przecież są inne, ważniejsze wydatki”. Przeraża ten typ myślenia decydentów, bo przecież nic bardziej strasznego nie może nas spotkać niż znieczulica, krótkowzroczność, by nie powiedzieć, że zwykła głupota. Jak prawidłowo mają rozwijać się kolejne pokolenia Polaków... Nie ma i nie będzie prawidłowego rozwoju społecznego, gospodarczego, bez rozwoju nauki czy kultury. Te stare jak świat prawidła znają wszyscy na świecie – nie znają ich tylko decydenci polscy. Imprezy literackie wymienione przeze mnie wyżej, to przedsięwzięcia kulturalne aktywujące nie tylko samych uczestników, ale przede wszystkim społeczności lokalne; angażują ludzi poszukujących nowych wartości, jakże innych od tych, które codziennie spływają z ekranów telewizorów. Festiwale literackie w Poznaniu, Polanicy Zdroju, Warszawie czy Limanowej pokazują przede wszystkim, jak wielka jest potrzeba obcowania ze współczesną literaturą piękną, niekoniecznie tą prezentowaną i finansowaną przez wielkie koncerny medialne, prasowe, stacje telewizyjne, wielkie, komercyjne wydawnictwa. Tam rzadko liczy się jakość, tam obowiązuje zasada, że „produkt” ma się dobrze sprzedać, nieważne, dobry, czy zły. Dlatego tak wiele jest na rynku wydawniczym książek złych, niedobrych, często takich, które tak naprawdę nigdy nie powinny się ukazać. Ale są one świetne opakowane w piękne, kolorowe okładki, dobrze zareklamowane, natomiast w środku nie ma nic, żadnej wartości, ani przesłania. Gdyby Paweł Kuszczyński, Andrzej Bartyński, Marek J. Stępień czy inni organizowali festiwale, na których można byłoby zarobić, pewnie dostaliby niezłe pieniądze na tzw. „rozruch”. A jak jest już rynek, to i telewizja się pojawi, i decydenci chętnie przyjdą się pokazać w telewizji, jacy to oni wspaniali, jak bardzo dbają o tę naszą biedną kulturę. A tak pozostaje ciągłe użeranie się, wydeptywanie kolejnych ścieżek do urzędniczych gabinetów, w których – czasem, oprócz służbowej herbatki i zapewnieniu, że „jesteśmy z wami”, tak naprawdę nic nie wynika. A kiedy wychodzimy z ich gabinetów, czasem słychać przez niedomknięte jeszcze drzwi oddech urzędniczej ulgi, że oto nareszcie pozbyli się „kłopotu”. Smutne to, ale jakże prawdziwe i – niestety – coraz częstsze...

   Nie wiem, na ile jeszcze starczy sił, tym współczesnym „literackim judymom”, aby dalej ciągnęli swoje wozy z napisem „literackie festiwale”, ale wiem, że gdyby nie oni, nie było przekazywania młodzieży wiedzy o tej najbardziej współczesnej literaturze polskiej. To tylko dzięki wielkiej społecznej pasji, trwa wymiana myśli, poglądów, podczas sesji naukowych czy spotkań autorskich...

   Wszystkie te przedstawione przeze mnie przykłady świadczą dobitnie o tym, że jeżeli już odbywają się te imprezy, ukazują pisma, funkcjonują portale kulturalne i artystyczne, może się to dziać tylko dzięki ludziom dobrej woli. Przecież pomimo ministerialnych środków polanicki festiwal trwa, bo władze miasta dostrzegają w tej cennej inicjatywie coś wartościowego. To samo dotyczy Limanowej.

   Czy naprawdę jednak o to chodzi? Czy państwu już naprawdę nie zależy, żeby pokazać choć odrobinę dobrej woli ludziom, którzy społeczną i zawodową pasję przelewają na innych, żeby próbować jeszcze coś zrobić, w tym mocno sfatygowanym kraju?

 



Rozmyślania...

piątek, 12 grudnia 2014 14:51

 

   Co jest największym paradoksem XXI wieku? To, że najświętszym Bogiem na Zachodzie – tym, którego nigdy się nie tyka – jest Allach. Z Jezusa i jego Ojca można się naśmiewać do woli. Allacha i Mahometa nie wolno ruszać... Demokracja i prawo satyry, które za nią idzie, zatrzymuje się w obliczu islamu. Jeśli ktoś urazi Proroka, to natychmiast muzułmanie go potępiają. Kraje Maghrebu mnożą zakazy. Muzułmanie afrykańscy niewiernych ścinają i kamienują. Gdzie indziej cisną w twarz bombą. Przez to właśnie niektórzy muzułmanie i ci, którzy ich reprezentują, dają niezbity dowód na to, że obce są im podstawowe reguły demokracji.

   Coraz trudniej jest funkcjonować w świecie zdominowanym przez różne układy religijne, oddziałujące na całe społeczeństwa. Od czasu Oświecenia, gdy w Europie ukształtowało się społeczeństwo obywatelskie, bluźnierstwo – przynajmniej w kołach świeckich – bywa oceniane jako zjawisko pozytywne. Wolter i spółka posługiwali się nim jako pochodnią wolności, ostrym mieczem w walce z Kościołem. Kościół dawał się w ten sposób prowokować, reagował histerycznie, co pozwalało zdemaskować go jako nieprzyjaciela wolności. „To bluźnierstwo uczyniło nas wolnymi” – głosili pisarze amerykańscy, solidaryzując się z Salmanem Rushdiem. Sam Rushdie zresztą także uważał, że mieści się ze swymi „Szatańskimi wersetami” w tej oświeceniowej tradycji. Ukazał w bluźnierczy sposób Mahometa, chcąc zaatakować polityczny i religijny rygoryzm panujący w świecie islamu. Niestety, bluźniercze wersety Rushdiego nie zostały bowiem uznane przez muzułmanów za wyzwalający akt buntu, lecz jedynie za kolejną próbę profanacji islamu, jakich Zachód podejmował już wiele od czasu wypraw krzyżowych. Trudno się więc dziwić, że reakcja była znów taka sama.

   Drukowane w prasie duńskiej i norweskiej karykatury proroka Mahometa spowodowały niemal w całym muzułmańskim świecie liczne protesty, a w niektórych państwach przekształciły się one w histeryczne wystąpienia, połączone z niszczeniem ambasad tych krajów, które uczestniczyły w „światowym spisku przeciwko Mahomentowi” – jak nazwała to jedna z arabskich gazet. Lżenie jakiegokolwiek Boga jest czynnością jak najbardziej naganną, ale wydaje mi się, że w krajach arabskich problem ten wynika raczej z politycznych układów panujących tam z racji systemu religijnego, jako systemu państwowego. Kiedy zastanawiam się nad rysunkami, które przedrukowała także i nasza „Rzeczpospolita”, to mam coraz więcej wątpliwości, czy rzeczywiście przekroczono granice religijnego tabu, których przekraczać nie wolno? Myślę, że jednoznacznej odpowiedzi nie będzie. Przecież mamy dziś do czynienia z otwartą konfrontacją między światem Zachodu i cywilizacją wyrosłą z chrześcijaństwa. Tak było od zawsze i tak zapewne będzie jeszcze długo. Obecna debata, która toczy się w mediach całej Europy, tak naprawdę ogniskuje się wokół pytań o wolność słowa, nie zaś o to, czy zostały obrażone czyjeś uczucia. Całej sprawie rozgłosu przysporzył charakter tego typu prezentacji. Gdyby nawet bardzo źle opisano Mahometa, tak naprawdę nic by się nie stało. Jednak czym innym jest wolność słowa, a czy innym wolność obrazu. Twierdzenie, że chrześcijaństwo, to jedyna wielka religia monoteistyczna, która dopuszcza obrazowanie w obszarze »sacrum«, jest zapewne uproszczeniem, nie mniej jednak coś w tym jest. Jednak w islamie i judaizmie obrazy w obszarze »sacrum« są niedopuszczalne. Inaczej jest w chrześcijaństwie, które dzięki swojemu podłożu greckiemu i helleńskiemu, od początku było otwarte na uwidacznianie swoich bogów przy pomocy obrazów. Tradycję tę zanegowała Reformacja, jednak była wtedy już zbyt głęboko przesiąknięta kulturą wczesnochrześcijańską, by odcisnąć swe piętno zbyt mocno.

   Obrazy religijne, które pojawiają się we wszelkich publikacjach zawsze będą budzić wielkie emocje, ponieważ obraz działa bardziej emocjonalnie niż słowo, gdyż odwołuje się bezpośrednio do naszych zmysłów. Coraz częściej zdarza się, że dyskutuje się na temat takiego, czy innego obrazu tylko dlatego, że próbuje się prawie każde przedstawienie obrazu Boga uznać za bluźnierstwo. Oczywiście zdarzają się prezentacje obrazoburcze, ale czy wszystkie? Czym jest w ogóle bluźnierstwo i kiedy uczucia religijne mogą być rzeczywiście zranione? Myślę, że są takie trzy podstawowe elementy wiary religijnej. Po pierwsze jest to coś, w co się wierzy, a więc treść wiary, po drugie – jak się wierzy, czyli liturgia, modlitwa, i wreszcie po trzecie – osobista relacja z Bogiem.

   Krytykując akty religijne, nie wyszydzamy istoty wiary, ale rozchodzenie się wyznawanych wartości z życiową praktyką. Bardzo podobnie jest także w przypadku krytyki tego, w co się wierzy, a najdelikatniejszą kwestią jest stosunek do Boga. Krytykując np. Mahometa prawdopodobnie chciano wyśmiać tych muzułmanów, którzy tak opacznie rozumieją swoją wiarę, że wysadzają w powietrze siebie i niewinnych ludzi. Należało to jednak zrobić, nawet bardzo gwałtownie, ale bez rysowania proroka. Szyderstwo z jakiejkolwiek religii, w której tkwią głębokie pokłady uczuć i tożsamości jest niegodziwe. Z drugiej jednak strony trudno się godzić na poczynania wyznawców religii Mahometa, który z taką agresją niszczą budynki ambasad i „polują” na obywateli krajów zachodniej Europy. Na tego typu zachowania zgody także nie ma. Protestuję przeciwko tego typu metodom, nawet jeśli zostały urażone czyjeś uczucia. Są inne metody tzw. kontrofensywy... Zamieszki, w których uczestniczyło najwięcej ludzi i popełniono najwięcej aktów przemocy, miały miejsce w państwach niedemokratycznych. Sądzę, że było na nie przyzwolenie władzy, bądź wręcz inspiracja. Nie jest przypadkiem, że chodzi o Afganistan, Syrię, Jordanię, całą Strefę Gazy. Obszar ten jest miejscem dynamicznie rozwijającej się obecności państw europejskich, które zastąpiły tam Stany Zjednoczone. Ujawniły się więc wszystkie antagonizmy wynikające z różnic tych dwóch światów. A świat Zachodu przegrywa ostatnio wszelkie spory o wartości, nie walczy o prawa chrześcijan deptane w krajach muzułmańskich. Kiedy muzułmanie mordują chrześcijan, nie ma żadnej reakcji. Chrześcijanie coraz częściej przegrywają, kiedy akceptują muzułmańskie argumenty, że u nich jest teokracja, dlatego nie mogą mieć praw, a jednocześnie przyznają coraz większe prawa muzułmanom w krajach chrześcijańskich. Powinno się o tym otwarcie mówić i pisać, zadawać muzułmanom pytania, często kłopotliwe, także w Polsce. Z drugiej strony Europa powinna mieć więcej pokory, zważywszy własne dzieje i setki lat nietolerancji ze strony chrześcijaństwa dla innych wyznań. Kultura zachodu ma bardzo bogatą kronikę przemocy, przymusowego nawracania, antysemityzmu itp. Problemy profanacji są więc niesamowicie skomplikowane i powinniśmy o tym pamiętać, abyśmy stronili od wysuwania jednolitych sądów w tej sprawie.

   Prasa w demokratycznych krajach jest niezależna, dlatego jeżeli ktokolwiek z członków rządów kieruje swoją wypowiedź do świata, który nie oddziela »sacrum« od »profanum«, a władzy politycznej od głosu niezależnej opinii publicznej, przyczynia się tylko do pomieszania pojęć i utrwalania stereotypów. Najprawdopodobniej uznano, że islamski odwet nie dotyczy poszczególnych krajów Unii, tylko całej Wspólnoty. Nie były one podyktowane oburzeniem moralnym, tylko względami politycznymi.

   Świat w jakim żyjemy – świat popkultury – komercjalizuje wszystkie wartości. Tworzy coś takiego, co odsącza i spłaszcza ważne dla ludzi wartości. Wulgaryzowanie i komercjalizowanie wszelkich rozpoznawalnych wizerunków, wartości i symboli są gorsze niż świadome szyderstwo lub bluźnierstwo. Wolność człowieka, to jedna z podstawowych wartości demokracji, ale nie upoważnia ona do tego, aby jednych obrażać, a drugich mordować – w imię Najwyższego, bądź z jego imieniem na ustach...

 



List do Ojca

piątek, 31 października 2014 18:35

 

List do Ojca

 

Ojcze,

Dobrze, że tego nie widzisz.

Dużo nienawiści.

Nasze głowy – pełne pustki.

Nasze ręce – brudne i chude.

Nasze serca – milczący upadek.

Śniło mi się, że tam gdzie jesteś,

Wiatr budzi w ludziach

Niewidzialną potęgę,

A Twój "dzwon"

Zieje strugą ciepłych oddechów.

 

Pytasz czy zmieniło się odkąd ostatni raz do mnie mówiłeś?

 

Tak.

Tłumy odwołują się do wyrwanej ciszy,

Cała ufność to cios zmąconej powagi,

A poniżenie staje pod każdym oknem

I nie chce zawisnąć na krzyżu.

 

Pozwól, że przerwę na chwilę.

Zgasła świeca, muszę ją zapalić –

Ale za rok przyjdę znowu...

 



Rozmyślania...

środa, 24 września 2014 21:19

 

   24 września... Są daty, których nigdy się nie zapomina...



Rozmyślania...

piątek, 01 sierpnia 2014 11:19

 

   1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie – największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie. Przez 63 dni żołnierze Armii Krajowej prowadzili heroiczną i osamotnioną walkę, której celem była niepodległa Polska, wolna od niemieckiej okupacji i dominacji sowieckiej. Mija właśnie 70 lat od tych heroicznych i jednocześnie tragicznych wydarzeń.

    Nie chcę opisywać jak przebiegało samo powstanie, jak do niego doszło, czy było potrzebne, czy też nie. Jakie błędy popełnili polscy ówcześni politycy i dowódcy wojskowi, siedzący głównie w Londynie i którzy nie mieli praktycznie żadnego rozeznania w sytuacji w kraju, w Warszawie? Że znikąd nie otrzymaliśmy skutecznej pomocy, że potraktowano nas gorzej niż sprzymierzeńców Hitlera: Italię, Rumunię, Finlandię. (...) Sierpniowe Powstanie Warszawskie z powodu braku skutecznej pomocy upada w tej samej chwili, gdy armia nasza pomaga wyzwolić się Francji, Belgii i Holandii. Powstrzymujemy się dziś od sądzenia tej tragicznej sprawy. Niech Bóg sprawiedliwy oceni straszliwą krzywdę...

   Na ten temat ukazało się setki książek, więc kto zechce, sięgnie po nie, dokona szczegółowych analiz. Mnie zastanowiło natomiast coś zupełnie innego. Tuż przed rocznicą narodowego zrywu, ukazało się wiele tekstów na ten temat. Wszystkie komentowane nie tylko przez znawców, historyków, profesorów, ale także i zwykłych obywateli. Ciekawa to lektura i wielce pouczająca. Postanowiłem więc dokonać niewielkiego wyboru z morza (a w zasadzie z oceanu komentarzy) zalewających internet. Naprawdę komentarze te dają do myślenia. Często więcej, niż dziesiątki przeczytanych książek...

 

etos:

Mikołajczyk powinien być rozstrzelany za idiotyczną decyzję, za niepotrzebną śmierć i gehennę tysięcy ludzi, za zniszczenie Warszawy! Dzisiaj też politycy szastają głupimi słowami, straszą, eskalują wrogość i niepotrzebne napięcie między państwami!

 

zdziwiony:

OK, AK chciało powstania. Dążyło do jego wybuchu. Oni chcieli, ale co z ludnością cywilną. To cywile zapłacili największą cenę za mrzonki generałów z AK. Żaden z głównodowodzących nie zginał w powstaniu. Siedzieli w piwnicach. I stamtąd „bohatersko” wysyłali dzieci na czołgi.

 

obserwator:

Przywódcy powstania generałowie Komorowski (Bór) i Okulicki (Niedźwiadek) powinni stanąć przed sądem wojskowym za tą straszną zbrodnie na narodzie polskim, jakim było powstanie. 220 tysięcy ofiar, miasto stołeczne całkowicie zniszczone. To była gehenna narodu polskiego. Dopuszczenie dzieci do walki nie mieści się w jakichkolwiek annałach wojennych. Dla powstańców chwała po wszystkie czasy, dla przywódców żądnych władzy politycznej, kara śmierci.

 

Aleg:

Gdyby to haniebne powstanie nie wybuchło to Warszawa nie byłaby obrócona w popiół. Wiele europejskich stolic ocalało, nie wiem tylko dlaczego „polskie” media oraz „ polska” ciemnota urzędnicza uparcie honorują ten haniebny dzień?

 

myślący:

Ma w 100% rację Zybertowicz („Obłęd 44”), to powstanie nie miało sensu, a było zbrodnią spowodowaną przez decyzje polityczne naszych polityków którzy nie troszczyli się o naród. Najważniejsza dla nich była polityka (tak jak i dziś). Liczyli się z tym, jaki będzie skutek, bo wiedzieli o dysproporcji sił. Jego przywódców, którzy podjęli decyzję o wybuchu powinno się postawić przed sądem, a nie czcić (tak mówił nawet Anders). Idioci siedzący w rządzie londyńskim, oderwani od rzeczywistości skazali na rzeź 200000 ludzi i zagładę miasta, tylko dlatego, że oni chcieli po wyzwoleniu Warszawy powitać w niej Rosjan jako gospodarzy. Rosjanie by mieli ich w d... i tak by aresztowali akowców. Ale ci głupcy zrobili przysługę Stalinowi, wyrżnęli ich Niemcy i powinien im Stalin za to dać medale. Podobno potem po klęsce cywile, którzy przeżyli, pluli nawet na idących do niewoli powstańców za niepotrzebną walkę skutkującą zagładą miasta i ludzi.

 

Sisi:

Wy wszyscy, którzy opluwacie i oskarżacie tych, którzy się nie wahali oddać własne życie, którym najdroższa była wolność kraju, wy wszyscy, którzy jesteście wychowankami tych, których nazywacie głupkami, zdrajcami, agentami – kim wy jesteście, jak smakuje wam ich życie, które poświecili dla was?

 

prawda o powstaniu:

Burżuazja w obronie własnych majątków, zakładów, rzuciła na RZEŹ polską młodzież... Wykorzystano w imię walki z okupantem nieświadomą prawdziwych celów młodzież... dla organizatorów powstania powstańcy byli zwykłym mięsem armatnim, liczył się cel główny... obóz londyński cel osiągnął dopiero po dojściu do władzy solidarności... i jeszcze jedna uwaga: rząd w czasie wybuchu wojny zachował się jak włoski kapitan jachtu, czyli spieprzył pierwszy i jak Rosjanie prowadzili ofensywę i wyzwalali już tereny Polski, nagle burżuazja postanowiła przejąć władzę w kraju... KOSZTY NIE MIAŁY ZNACZENIA!!! Pierwsi uciekli z kraju, ale... i pierwsi byli już w wyzwolonej Polsce...

 

ujjjjj:

I poszła fala krytyki od wszechwiedzących internautów, tak jakby tutaj każdy z Was miał wtedy broń w łapie i doświadczał mordu bliskich każdego dnia, bez kromki chleba w buzi. Wasza krytyka jest idiotyczna. Bo co można powiedzieć o czasach, w których się nie żyło i o sytuacji, której się nie doświadczyło? Czy uważacie, że ci ludzie, którzy wznieśli powstanie chcieli dobić mieszkańców Warszawy?

 

tan:

Jestem Ślązakiem urodzonym przed II wojną światową. Urodzony w suwerennym państwie wiem, że Śląsk nigdy nie był objęty akcją zaborczą Polski, bo Polska zrzekła się Śląska w 1335 roku w Układzie Trenczyńskim i to przez króla polskiego nazwanego Wielkim (Kazimierz) z klauzulą Układu: POLSKA ZRZEKA SIĘ PRAWA DO ŚLĄSKA PO WSZE CZASY. Na tymże Śląsku po I wojnie światowej raz po raz wybuchały tak zwane tutaj „powstania śląskie”. Kiedy wspominam Powstanie Warszawskie, kto i kogo miał za wroga – uzbrojonego w artylerię, działa, czołgi, broń maszynową, lotnictwo i zaplecze, to mam łzy w oczach na przeogromne bohaterstwo powstańców warszawskich. Za obraźliwe uznaję, nazywanie „burd śląskich” – na równi z Warszawą. Obrażani są bohaterowie Warszawy!!! Tutaj na Śląsku obraża się także Warszawę przez wybudowanie muzeum „burd śląskich” nazywając je „muzeum czynu powstańczego”. Ja znam nie tylko kulisy powstań, ale także atmosferę tysięcy domów i rodziców śląskich, którzy mieli dosyć śmierci, bólu i żałoby wynikającej ze skutków I wojny światowej. Na burdach śląskich zależało komu innemu aniżeli Ślązakom! Udział Ślązaków był marginalny, wysługiwano się jedynie kilkoma nazwiskami, a kadra oficerska i dowództwo rzeczywiste to obcokrajowcy. Niestety owe burdy sławi się jako ZRYW (dodając: „ludu ślaskiego”). Tymczasem ZRYW patriotyczny Ludu Warszawy do walki z potężnym agresorem kwestionowany jest liczne rzesze Polaków. Gdzie my jesteśmy!!!!!!

 

Aragon:

Jeśli macie za głupich waszych przodków i wasze korzenie, ludzi którzy was wychowali, a ich sukcesy, sławiące dobre imię Polski, macie za nic – to kim wy jesteście?

 

Setran:

Do wszystkich profesorów, znawców, forumowiczów i krytykantów Powstania Warszawskiego. Lepiej umrzeć za ojczyznę podczas walki z karabinem w ręku, niż iść na rzeź potulnie, jak barany.

 

William:

No i po co było to powstanie? Kolejne zakończone klęską i okupione niepotrzebna śmiercią wielu ludzi... A wygrała i tak polityka ponad głowami umierających Polaków... Chylę czoła przed bohaterstwem tych ludzi, którzy pewnie do dziś nie rozumieją, że ich patriotyzm został cynicznie wykorzystany dla celów politycznych!

 

Pol 72:

Bezsensowne straty w imię nierealnych celów politycznych. Zdrada Francuzów i Anglików była oczywista, już w 1939 roku, a Amerykanie poświęcili nas, jak to oni, w imię swoich interesów, standardowo w Teheranie w 1943 roku. Nauczka na przyszłość – licz tylko na siebie, a nie na sojuszników. No i kwestia kadry dowódczej powstania – jak można wydać rozkaz ataku nie posiadając zapasów broni i amunicji. Dla zainteresowanych – polecam film „12 ton. Oni tam wszyscy są” – o konsekwencjach powstania dla ludności cywilnej.

 

Numer 7:

USA i Unia Europejska chcą nas wepchnąć do podobnej samozagłady. Pragną abyśmy zaatakowali Rosję. Ludzie pamiętajcie o Powstaniu Warszawskim, to największa klęska Polski.

 

Urodzony Warszawiak:

Masz dom. W tym domu mieszka cała twoja rodzina – ty, twoja żona, trójka dzieci. Pewnego dnia wprasza się do ciebie sąsiad. Wali mocno do drzwi, każe otworzyć. Ty nie chcesz go wpuścić bo jest agresywny. Barykadujesz więc drzwi. Naciskasz na nie z całych sił. W tym czasie drugi twój sąsiad wyłamuje twoje tylne drzwi, dostaje się do środka i sprzedaje ci konkretnego kopa w tyłek tak, że musisz odpuścić blokowanie drzwi i pierwszy sąsiad wbija się do domu. Drugi sąsiad wychodzi sobie na podwórko, a pierwszy rozsiada się w domu. Ma strzelbę więc przywłaszcza sobie twoje rzeczy, ubranie, zjada twoje jedzenie, wypija drogie trunki, niszczy meble, sra na środku pokoju, albo leje w kącie, od czasu do czasu zgwałci ci żonę, dzieciaki bije – jedno nawet już zatłukł na śmierć – pozostałym każe pracować na polu w strasznych warunkach nie dając praktycznie nic do jedzenia. Ty też od czasu do czasu zostajesz pobity, nigdy nie wiesz, kiedy zabije ci żonę, pozostałe dzieci albo ciebie, ale cierpliwie to znosisz bo masz nadzieję, że wreszcie sobie pójdzie albo pomaga ci inni sąsiedzi, z którymi on też ma na pieńku, bo ich domy też „splondrował”.  I tak mija pięć miesięcy... Wtedy okazuje się też, że ten drugi sąsiad, który wcześniej wyważył twoje drzwi pokłócił się z pierwszym sąsiadem i chce go przegonić... pozostali sąsiedzi też wzięli się w garść i słychać, że będą się buntować, słyszysz już kroki na podwórku. Sąsiad, który na ciebie napadł ma strzelbę jest duży i silny, chociaż zauważyłeś, że jest już trochę tym wszystkim zmęczony, waha się i słyszy nadchodzących sąsiadów z obu stron... Odwraca się plecami i wygląda przez okno... Na stole w dużym pokoju leży nóż, niezbyt ostry, zwykły nóż do smarowania chleba masłem... Jest na wyciągnięcie ręki... Co robisz?

 



Rozmyślania...

wtorek, 24 czerwca 2014 19:39

 

   Stosunki polsko-rosyjskie czy polsko-radzieckie nigdy nie były przykładem dobrosąsiedzkiego współżycia między narodami. Prawie zawsze na szalę przetargową kładziono naszą wspólną historię, a ta – jak wiemy – nigdy nie była dla nas dobra... Kilka lat temu pisałem o Rosji w aspekcie obchodów 60. rocznicy zakończenia wojny w Europie, zwanej powszechnie jako Dzień Zwycięstwa. Pamiętam, że ten dzień dostarczył nam wielu wrażeń. Niestety, nie były to wrażenia miłe, a po przemówieniu Putina można było odnieść wrażenie, że czas zatrzymał się w latach przynajmniej sześćdziesiątych.

   Doskonale pamiętam relacje telewizyjne z Moskwy – przystrojonej czerwonymi sztandarami – w ten uroczysty dla niej dzień. Na niektórych widniały gwiazdy bądź sierpy i młoty – dokładnie takie, jak w czasach II wojny światowej. Często widać były portrety i obrazy Józefa Stalina, jako Wielkiego Wodza, czczonego – jak się okazuje – do dzisiaj.

   Przemiany demokratyczne w Rosji, którymi tak często szczyci się Putin, tak naprawdę nie mają nic wspólnego z prawdziwą demokracją. Jest tylko nieistotną fasadą potrzebną do rozgrywania swoich gier na szachownicy świata. Czy się to komuś podoba czy nie, trzeba sobie zdać sprawę, że Rosja będzie zawsze mocarstwowa, bo tak ukształtowała ten wielki kraj historia, a kolejni jej przywódcy zdają się tę tezę ciągle potwierdzać. Wieczny sen Rosji o jej potędze doskonale unaocznia, że Władimir Putin doskonale wie, jak zachowywać się w świecie, w którym nieznajomość przeszłości (historii) jest ułomnością taką samą, jak jej przesadna nadinterpretacja.

   Pamiętam doskonale, że podczas uroczystości jubileuszowych rosyjskie stacje telewizyjne pokazywały bardzo długie zbliżenia Putina i siedzącego wtedy obok niego prezydenta USA George’a Busha. Kamerom nie umknęła żadna rozmowa czy serdeczne uśmiechy obu prezydentów. Sama obecność amerykańskiego prezydenta miała uświadomić Rosjanom – szczególnie tym wątpiącym), że ich głowa państwa jest nadal silnym szefem supermocarstwa. Na trybunie honorowej obok dwóch wyżej wymienionych zasiedli w pierwszym rzędzie przywódcy Francji, Chin, Niemiec i Japonii, a więc w większości krajów, które przyczyniły się do wybuchu II wojny światowej. W dalszych rzędach, ale blisko Putina – siedzieli lojalni wobec niego prezydenci Azerbejdżanu oraz Kazachstanu. Natomiast Polsce i Ukrainie przypadły dalekie miejsca, a więc takie, jakie te kraje posiadają w obecnej polityce Moskwy. Kreml tłumaczył, że najlepszymi miejscami honorowano głównych koalicjantów ZSRR podczas II wojny światowej oraz spadkobierców mocarstw, przeciw którym walczyli Rosjanie. Cała ta sytuacja w Moskwie jasno pokazała, że dalekie miejsca Juszczenki i Kwaśniewskiego to kara demokratyczne przemiany na Ukrainie, w których spory udział mieliśmy także i my. Tak postępuje się z sąsiadami nielojalnymi! – pisały wówczas niektóre dzienniki w Moskwie.

 

   Można byłoby zapytać, czy coś się zmieniło od tamtego czasu? Oczywiście, że nic, a nawet można śmiało powiedzieć, że w wyniku obecnej ukraińskiej wojny domowej jest jeszcze gorzej, bo nasze zaangażowanie w sprawy Ukrainy spowodowały jeszcze dalsze eskalacje Polski. Tak naprawdę stajemy się jakąś samotną wyspą, którą tak naprawdę mało kto się interesuje. Jesteśmy uzależnieni od naszego wielkiego sąsiada. Ropa, rolnictwo, przemysł... Rzekome sankcje, które miały ograniczyć ekspansję Rosji na Ukrainę, a może i na dalsze kraje nic nie dały. Putn z Ławrowem śmieją się wszystkim w twarz, bo doskonale wiedzą, że Europa Zachodnia musi korzystać z ich ropy, więc to wszystko blaga i blef. Cóż to zresztą za sankcje, skoro poszczególne kraje i tak po cichu zawierają umowy z Gaspromem. A my, jak zwykle honorowi, i zbawcy świata, okazujemy się pośmiewiskiem, wierząc, że ktoś poważny słucha polskich zachcianek. Zresztą nasze wielkomocarstwowe aspiracje runęły jak przysłowiowy domek z kart, kiedy się okazało, że obecnie rządzący to zgraja oszustów, kłamców i chamów, którzy bawią się w „wielką politykę” w knajpach i jadłodajniach. Robią to przy okazji tak nieudolnie, że może ich nagrać byle kto... Jakim trzeba być dyletantem, a może nieukiem, żeby nie wiedzieć, że jak się piastuje tak wysokie stanowiska, to trzeba zachować odrobinę przyzwoitości, pokory i honoru.

   Faktem jest, że nagrywanie kogokolwiek bez pozwolenia to przestępstwo, ale jaki kraj, tacy agenci kontrwywiadu. Zresztą skąd teraz kolejne rządy mają mieć wysoko szkolonych fachowców od wywiadu i kontrwywiadu, skoro Macierewicz tych najlepszych rozgonił niepotrzebnie na cztery wiatry. Wywiadu nigdy się nie rusza... ale to tylko takie moje aktualne wtrącenie, do sytuacji sprzed dziewięciu lat...

 

   Uroczystości rocznicowe dalej wyglądały tak: Najwięcej rozczarowania przyniosło jednak samo przemówienie Putina. Za udział w pokonaniu faszystów dziękował i USA, i Francji, i Wielkiej Brytanii, a nawet niemieckim i włoskim antyfaszystom. Zabrakło tylko w tej koalicji Polski, gdyż zdaniem Putina sześć milionów Polaków poległych na frontach II wojny światowej to za mało, by o tym mówić. Tylko obywateli ówczesnego ZSRR zginęło więcej, a ludności Francji i Wielkiej Brytanii razem wziętych zginęło ponad dziesięciokrotnie mniej niż Polaków. W przeliczeniu na tysiąc mieszkańców to Polaków zginęło najwięcej – bo prawie 240. To my wystawiliśmy czwartą (pod względem liczebności) armię świat, to my stworzyliśmy największe państwo podziemne, niespotykanie nigdzie indziej, to Polacy przelewali krew na wszystkich frontach tej najstraszniejszej z wojen. Niestety, według Putina dzisiaj te fakty nie mają dla niego żadnego znaczenia. Liczy się albo wielka potęga gospodarcza, bądź zachowania wiernopoddańcze.

   Polska w wizji Putina nie mieści się w żadnej z tych płaszczyzn, bo dla niego lepszym partnerem są spadkobiercy włoskich i niemieckich antyfaszystów.

   Moskiewskie uroczystości 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej pokazały tak naprawdę, gdzie jest nasze miejsce w polityce światowej. Szczycenie się o naszym udziale w demokratycznych przemianach na Ukrainie jest po części niepoważne, tak samo jak mówienie o naszej wielkiej roli w wojnie w Iraku, gdzie jak do tej pory, to tylko straciliśmy ponad 6 mld dolarów i wyśmienite kontakty z krajami arabskimi. Nie lepiej wyglądają nasze stosunki z Białorusią, gdzie zaczyna dochodzić do wielkich antypolskich demonstracji.

   Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały jak wielką klęskę ponieśliśmy na arenie międzynarodowej i jak słaba jest nasza dyplomacja. To przecież głównie przez jej fatalne rozeznanie doszło do tych gorzkich lekcji dla Polski. Czy zostaną wyciągnięte z tego jakieś wnioski? Nie wiem, ale boje się również o to, że po zmianie układu sił w naszym kraju, odezwą się nacjonalistyczne głosy, co do naszej polityki i ponownie zaczniemy pobrzękiwać szabelką, jak to miało już niejednokrotnie miejsce w naszej historii. Ktoś powiedziałby, że tak źle i tak niedobrze, ale jak powiedział Lech Wałęsa: „nie spodziewajmy się niczego, bo jak ktoś nas nie zauważał do tej pory, to na pewno nie zrobi tego w przyszłości”. Mnie nasuwa się również inne powiedzenie, „że Polak przed szkodą i po szkodzie…”. I w tym – niestety – nic się nie zmieniło.

 



Rozmyślania...

niedziela, 25 maja 2014 23:16

 

   Zmarł dzisiaj generał Wojciech Jaruzelski... Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w polskiej historii. Na jednym z portali przeczytałem taki oto wpis „Prawdziwego Katolika”, jak sam się podpisał: „Niech go piekło pochłonie”...

 



Rozmyślania...

piątek, 09 maja 2014 15:05

 

   Stare, chińskie przysłowie mówi: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Zastanawiam się, czy jest ono czymś pozytywnym, czy może dość poważnym  przekleństwem, pasującym jak ulał do tego, co dzieje się w ostatnim czasie na świecie... A czasy rzeczywiście mamy ciekawe.

   Mój sąsiad, Józek, powiedział kiedyś, że po wojnie, nic już nie może być tak ważne i zajmujące...

   Czy jest tak w rzeczywistości? Nie wiem. Czasy mamy takie, jakie są społeczeństwa! Ważne jest chyba to, czy potrafimy jeszcze przyjaźnie patrzeć na drugiego człowieka, dać sobie i jemu jakąś nadzieję na przyszłość. Myślę, że mamy teraz czasy próby człowieczeństwa dla nas wszystkich. Ale czy tak nie było od zawsze? Chyba tak, a ciągłe powtarzanie, że są to czasy, jeśli nie ostateczne, to dla współczesnej cywilizacji przełomowe, jest chyba lekkim nadużyciem. Przełomy były zawsze...

   Konflikt ukraiński pokazuje, jak kruche są umowy, postanowienia i pakty. Do miast i wsi we wschodniej Ukrainie wjechały rosyjskie czołgi i transportery opancerzone. Oznacza to przecież, że Rosjanie przestali się maskować. Zdjęli maski i kominiarki, i najechali Ukrainę otwarcie.

   Rosyjska agresja i aneksja Krymu nie spowodowała jakieś szczególnie wielkiego oburzenia krajów Zachodu. Ktoś coś powiedział, ktoś zaprotestował, ktoś pojechał zrobić sobie kolejne zdjęcie do swojej biografii, ale tak naprawdę nie zrobiono nic. Coś mówiono o sankcjach, ale to tylko słowa... Usłyszałem komentarze, że „skoro Stany Zjednoczone mogą, to dlaczego nie może Rosja?”. Chyba jest w tym trochę racji, bo przecież oba mocarstwa w jednakowy sposób próbują rozszerzyć swoje wpływy. Z tym, że jedni rozprawiają coś o demokracji, a drudzy bronią podobno swoich obywateli. Niemcy, ustami swojej kanclerz – Merkel – niby protestują, a tak naprawdę martwią się o rurę pod dnem Bałtyku, którą płynie do nich rosyjski gaz. Prezydent Francji zaprasza Putina na rocznicę lądowania w Normandii i jakoś nie przeszkadza mu to, że separatyści za chwilę oderwą kolejny kawał Ukrainy, a Putin „łaskawie” stanie w obronie prześladowanych Rosjan, mieszkających na tamtych terenach. Anglicy, jak zwykle milczą, a Obama rozgrywa własną „partię szachów”, próbując przy okazji odzyskać od Chińczyków obligacje amerykańskich funduszy walutowych...

   Czy kogoś tak naprawdę obchodzi Ukraina? Trochę nas, Polaków, ale pewnie bardziej robimy to z przekory, bo po wejściu do Unii Europejskiej i w struktury NATO, chcemy być bardziej „święci od papieża”. Zresztą cała ta sytuacja z Ukrainą przypomina nam wydarzenia z 1938-1939 roku, kiedy to Hitler anektował najpierw Austrię i Czechy, a następnie napadł na Polskę. Pomimo podpisanych układów, ani Francja, ani Anglia nie ruszyły palcem w bucie, żeby nam pomóc. Kiedy polski żołnierz przelewał krew w kampanii wrześniowej, żołnierze francuscy leżeli w okopach na Linii Maginota i grali w karty, a Anglicy popijali o piątej po południu ulubionego Earl Grey’a, Podobnie dzieje się teraz – Ukraina spływa krwią, i coraz bardziej oplatają ją macki Kremla, ale co tam, wystarczy, że Zachód jest razem z nią – mentalnie...

   Wojna domowa na Ukrainie spowodowała, że tak naprawdę wszystkie inne wydarzenia zeszły na dalszy plan. Może poza kanonizacją Jana Pawła II i Jana XXIII. Trudno zresztą, żeby było inaczej, wszak to nasz rodak, ale i tak nie obyło się bez głosów krytycznych, zawistnych, czy wręcz skandalicznych. Jak to mówią: Polak potrafi!

   W ten oto sposób umknęła nam gdzieś sprawa dwóch śmierci wybitnych pisarzy XX i XXI wieku – Gabriela Garcii Márqueza (17 kwietnia) i Tadeusza Różewicza (24 kwietnia).

   Marquez to kolumbijski powieściopisarz, dziennikarz i działacz społeczny, jeden z najwybitniejszych twórców tzw. realizmu magicznego, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1982) za powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty świata.

   Z kolei Tadeusz Różewicz, to wielki poeta i dramaturg, jeden z najbardziej znanych w świecie polskich twórców. Julian Przyboś i Czesław Miłosz ogłosili jego debiutancki tom poezji (1947) najważniejszym tomem polskiej poezji po Auschwitz, ukazujący świat spustoszony... Po Holokauście...

   Jakże znamienne jest to, że przesłanie tych wielkich twórców, bardzo pasujące do obecnych wojen i konfliktów światowych, nie znalazło właściwego odnotowania w mediach. Wyparł je interesy polityczne, gospodarcze i militarne, z ukraińskim konflikcie w tle.

 



Rozmyślania...

poniedziałek, 05 maja 2014 12:01

 

   Polki chcą być takie same jak mężczyźni. To znaczy chcą tyle samo zarabiać, zajmować takie same stanowiska kierownicze, jak my – wredni, męscy szowiniści. Niedługo zaczną, się też golić, pić jak przysłowiowi „szewcy” – nie mylić z bohaterami dramatu Wit­kacego – młode kobietki zaczną, na meczach piłkarskich demolo­wać siedzenia... Aha, zaczną, też bluźnić i... – przepraszam – w tym nie ustępują już nam – face­tom. Nie chcą tylko jednego – nie chcą już być kobietami, które się szanuje, uwielbia, chociaż czasem i traktuje źle, jednak naprawdę kocha... Ale skoro tak chcą, to trzeba rozdać im po łopacie i do kopania... rowów – jak równo­uprawnienie, to równoupraw­nienie...

   Oczywiście trochę przesadzam, ażeby uzmysłowić zasięg pewnego boomu, jaki za pośrednictwem kilku, a może kilkunastu pań z pierwszych stron gazet, czasopism i ekranów telewizorów, wylewa się na znudzoną brakiem czegokolwiek, społeczność. Gdziekolwiek by nie spojrzeć i nie przeczytać, Panie: Kazimiera Szczuka, Kinga Dunin, czy posłanki – Beata Kępa, Krystyna Pawłowicz, Julia Pitera, Anna Sobecka czy Marzena Wróbel, że wymienię tylko najbardziej „wpływową elitę”.

   Szanuję kobiety, darzę je szcze­gólną estymą, jednak kiedy czytani felietony Kingi Dunin trudno mi po­jąć, dlaczego pisarka-dziennikarka nie podetnie sobie żył, skoro ci wred­ni mężczyźni nic nie robią tylko piją, palą i biją. Nie wiem jakie doświad­czenia w swoim życia miała, ale na litość boską nie generalizujmy. Wiem, mamy demokrację, więc wol­no! W porządku, nie mam nic prze­ciwko, jednak ośmieszanie się stało naczelną zasadą działalności pisarki-dziennikarki.

   Panie posłanki również mają „wspa­niałe momenty”, kiedy z takim prze­konaniem głoszą swoje racje. Najczęściej w swoich poglądach zapędzają się tak daleko, że już nawet nie zważają na to, że ktoś podsunął im te wszystkie głupstwa, a one o nich rozprawiają... Kiedy się słucha i ich wystąpień, to nie wiem, czy śmiać się, czy po prostu zapłakać... Jad, zaciekłość, arogancja i po prostu zwykłe chamstwo. W tej działalności one biją na łeb, na szyję mężczyzn. A jeszcze do niedawna wydawało mi się, że to „słaba płeć”...

   Niekwestionowaną liderką „ru­chu wyzwolenia” spod „ucisku męż­czyzn” jest Kazimiera Szczuka – zna­na kiedyś najbardziej z programu telewizyjnego „Dobre książki”. Już sam podział uczestników programu na dwóch „zwierzaków” (Bereś, Łubieński, a później Dunin-Wąsowicz) i ona jedna – kru­cha, historyk literatury – był dla niej szowinistyczny. Lubiłem ten pro­gram, ale nie ze względu na wartości merytoryczne, tylko z powodu ekwilibrystyki słownej krytyczki. Oceniane przez nią książki były dobre tylko wtedy, kiedy autorką była kobieta. Książki złe, to oczywiście te spod znaku „męskiego pióra”. Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego ko­bieta, w końcu wykształcona, jest tak bardzo ograniczona w swoich sądach, a więc według moich prawideł będącą po prostu złym historykiem literac­kim, gdyż nie może ona w sposób właściwy analizować dzieła. Oczywi­ście, że może jej się jakaś książka nie podobać, i dobrze, ale wszystkie ksią­żki napisane przez mężczyzn?... Tu chciałbym przypomnieć, pani Kazi­mierze, że gdybyśmy spojrzeli na historię literatury powszechnej, to jakoś tam mało dostrzegam kobiet. Pewnie ten zestaw też tworzyli męż­czyźni! Oczywiście, żartuję, ale fakt jest faktem, że największe nazwiska literatury, historii czy filozofii, to niestety, faceci. Najgorsze jest jednak to, że Pani Kazi nie daje się przeko­nać, nawet w sytuacji, kiedy pozostali uczestnicy programu, mają wspólne zdanie na jakiś temat. Dziwny to przypadek równouprawnienia madę in Kazimiera Szczuka.

   Całe życie przebywam wśród ko­biet żyjących intensywnie, więc bardzo trudno jest mi przecho­dzić wobec ich wszelkich poczynań obojętnie. Poza tym lubię na nie pa­trzeć, słuchać kiedy mówią (wychwy­tywać „niuanse” tembru ich głosu), dotykać, kiedy pozwalają na to. Ich tajemniczość często powoduje, że nie czuję się w ich towarzystwie spokoj­ny. Rozczarowują mnie jednak cza­sami, kiedy są nie dość emocjonalne i mało konkretne. A inteligencja? O tym się nie wypowiadam. Jednak głosy niepochlebne dotykają mnie równie mocne co i „je”. Kiedy spoty­kam się z taką opinią, jestem zawie­dziony, bo w moim odczuciu zada­niem krytyka jest zrozumienie, a potem nazwanie tego, z czym się spotkał. A raczej z kim! Dlatego więc spotykam się jak mogę, poznaję, rozszyfrowuję i – jak wcześniej po­wiedziałem – dotykam. Również roz­mawiamy, wyrażamy swoje obawy, lęki, wątpliwości. Potem przechodzi­my do bardziej radykalnych zagad­nień i w ten oto sposób mamy zary­sowaną sytuację. Trwa to do momen­tu, kiedy czujemy, że to jest to. Albo kiedy wiemy, że lepiej się już tego nie zrobi. To, co powstaje musi być przej­mujące, prawdziwe i intensywne. Jednak przez cały czas trzeba być czujnym, ufać przede wszystkim sobie i stwarzać poczucie bezpieczeń­stwa, aby ona była przede wszyst­kim otwarta, szczera i odważna. Za­danie to trudne i męczące, ale jakże przyjemne...

   Poza tym, jakże nudnym byłby świat bez tej kobiecej wrażliwości, bez „puchu marnego”. My, faceci, zawsze chcemy rządzić, wygłaszać swoje dytyramby, pouczać, zachowy­wać się jak „macho”, leżąc w łóżku trzymając w jednej ręce butelkę piwa, w drugiej zaś zapalonego papierosa.

   Dlatego przerażony tym faktem apeluję do Was – kobiety – nie zatra­cajcie tego, co jest najpiękniejsze – ducha kobiecości – i nie słuchajcie waszych koleżanek, którym zachciało się zostać „wrednymi, kobiecymi szowinistkami”. Wystarczy, że mamy takich facetów.

 



Rozmyślania...

wtorek, 15 kwietnia 2014 19:43

 

   W „Gazecie Wyborczej” świetny wywiad Grzegorza Sroczyńskiego z filozofem, Andrzejem Lederem. Oto mały fragment: [...] Havel kiedyś powiedział, że aby zrozumieć, co się dzieje w polityce, trzeba słuchać piosenek w piwiarniach. A ja bym dołożył, że trzeba pa­trzeć na to, co się dzieje na murach miast. Niech pan zwróci uwagę, że w latach 90. to były inne rzeczy. Dziś są o wiele bardziej ustrukturyzowane. „Żołnierze wyklęci”. NSZ. Powstanie war­szawskie. „Pamiętamy!”. „Pomścimy!”. To nie jest już „Żydzi, won” i „Legia pany”. To jest jasny przekaz, że wiemy, skąd przychodzimy i dokąd idziemy, budujemy instrument polityczny. Czy to jest silne, tego nie wiem. W wyborach naro­dowcy pewnie nie mają szans zwyciężyć, ale nie o to tutaj chodzi. Kiedyś Giertych, jak był jesz­cze narodowcem, mądrze powiedział: „My nie wygramy wyborów, ale narzucimy naszą nar­rację”. I to jest coś, co moim zdaniem w Polsce właśnie się dzieje — oni narzucają narrację, choć nie wchodzą do parlamentu. [...]

 



Rozmyślania...

niedziela, 30 marca 2014 16:15

 

   Czas pędzi nieubłaganie – wskazówki zegara przesuwają się nieustannie po cyferblacie. Jeszcze niedawno były dwa tygodnie ostrego mrozu, a dzisiaj prawie lato. Fakt, że zima w tym roku odpuściła sobie – i całe szczęście, nie kocham zimna – ale taka pogoda o tej porze roku to rzeczywiście coś niesamowitego. Nie myślałem, że w marcu mogę kosić trawę – a tak, wczoraj, po raz pierwszy, wyciągnąłem kosiarkę, bo trwa w ogrodzie pod oknem, od południowej strony, miała już około 20 centymetrów. Nóż kosiarki śmigał z prędkością czterech tysięcy obrotów na minutę, a ja – chodząc – zastanawiałem się, że na Krymie pewnie teraz nikt nie myśli o koszeniu trawy...

   Jeszcze niedawno odbyła się kolejna rewolucja na Ukrainie. Majdanowcy przez kilka tygodni protestowali przeciwko rządzącym, polała się nawet krew, wiele osób straciło życie, a prezydent Janukowycz uciekł z kraju zostawiając nieprzebrane bogactwa, których przeciętny człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić...

   Jeszcze niedawno nikt nie zdawał sobie sprawy, że Rosja złamie wszelkie międzynarodowe układy i konwencje, że zdecyduje się wkroczyć na teren Ukrainy. Szarża Putina na Krym okazała się wyjątkowo skuteczna i szybka. Cały cywilizowany świat przyglądał się temu bezprawiu i nawet nie protestował. Nikt nie zauważył, a może raczej nie chciał zauważyć, że kiedy prezydent Rosji święcił tryumf na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi, jego wojska stały już u bram Ukrainy. Zachód jak zwykle popierał oddolną rewolucję w Kijowie, ale tak naprawdę politykom bardziej zależało na robieniu sobie zdjęć na barykadach Majdanu...

   Jeszcze niedawno wydawało się, że w XXI wieku Unia Europejska jest silnym związkiem państw, dbającym o interesy swoich członków, a okazało się – nie po raz pierwszy – że liczy się tylko kapitał i dochody wielkich koncernów – sentymenty międzynarodowe nie istniały i nie istnieją...

   Jeszcze niedawno wydawało się, że polska demokracja po 1989 roku zaczyna powoli krzepnąć, że polskie elity władzy zaczynają dbać o interesy naszego kraju, a tu znowu chcemy być pępkiem świata i zbawcą narodów...

   Jeszcze niedawno miałem nadzieję, że być może najważniejszy dla Polaków jest nasz piękny kraj, ale to wszystko było złudne...

   Jeszcze niedawno wydawało mi się, że jestem mądrzejszy...

 



Rozmyślania...

czwartek, 06 marca 2014 12:14

 

   Kiedy wywalczyliśmy wolność i od­zyskaliśmy niepodległość, wydawało się, że teraz już tylko będziemy podą­żać w stronę świetlanej przyszłości, w stronę krainy mlekiem i miodem pły­nącej. Jednakże znacznie szybciej, niż tego oczekiwali różni znawcy, okazało się, że tradycyjnie od wielu wieków, wychodzą z nas w takich momentach wszystkie najgorsze narodowe cechy. Co więc na to wpłynęło?

   Obecne realia życia społecznego są, niestety takie, że znowu mamy wiele powodów do narzekań i frustracji. Afera ściga aferę, zaczyna brakować autorytetów moralnych, a w zasadzie ich nie ma, poziom sprawo­wanej władzy sięgnął dna. Ten typ myślenia, odruchów i zachowań cha­rakteryzuje już całe środowiska i gru­py społeczne, które czują się skrzyw­dzone. Swoje negatywne odczucia i swoje pretensje mają i chłopi, i ro­botnicy, i inteligenci. Mają mieszkań­cy małych miasteczek, akademików i blokowisk, mają inżynierowie, na­uczyciele, pracownicy naukowi, taksówkarze, górnicy, hutnicy, policjanci, żołnierze... Jednym sło­wem prawie wszyscy. Coraz bardziej zaryso­wuje się podział na „my” i „oni”, cho­ciaż z drugiej strony niełatwo dzisiaj odróżnić kto jest tym „onym”.

   I tak zaczyna kształtować się obraz Polski w szerokim świecie: kraj pora­żających kontrastów – brudu i nędzy, wystawnego przepychu i bogactwa, kościołów i nietolerancji, przesadnej pobożności i zabobonów, zadufania we własną wszechmoc i wszechwiedzę, a także niedorozwoju państwa, przywią­zania do wolności i niechęci do reform uszczuplających przywileje kastowe – zauważa trafnie Adam Szostkiewicz.

   Nostalgia taka, bardzo charakte­rystyczna dla Polaków, wyraża się na przykład w tęsknocie za minionym systemem. Mniej chodzi o politykę, a bardziej o tzw. swojskość Polski Lu­dowej z jej pozorną stabilizacją i sa­mowystarczalnością oraz powszech­nie tolerowanymi układami. Ta no­stalgia jest momentami tak wielka, że grupy społeczne bez względu na swój kolor partyjny podtrzymują koleżeń­skie układy, które momentami prze­kształcają się w układy przestępcze. W tej chwili społeczeństwo w zasa­dzie nie jest w stanie odróżnić kto jest tym dobrym, a kto złym. Na do­datek coraz mniejsza wiara w to, że Polacy są narodem „wybranym” po­woduje dodatkowe „urazy psychicz­ne”.

   Na plan pierwszy wysuwają się zachowania typu zawiść. Polak za­zdrości swoim rodakom niemal wszystkiego, nawet optymizmu ce­chującego tych, którym się w życiu udało. Zawiść w Polsce stała się formą społecznej frustracji do tego stopnia, że chętnie dokopiemy takie­mu, który odniósł sukces, bo choć nam się od tego nie poprawi, to może przez chwilę poczujemy się lepiej. Całej sprawie pewnego rodzaju smaczku dodaje fakt, że polski zawistnik to nie człowiek znajdujący się w bez­nadziejnej sytuacji, na granicy spo­łecznej i materialnej degradacji. Jest nim zazwyczaj ktoś, kto osiągnął pewien poziom bezpiecznego życia, tylko nie potrafi go już przekroczyć.

   Ewa Nowakowska pisze, że jeśli rywalizację w społeczeństwie wolnej konkurencji można porównać do wspi­naczki po drabinie, to w Polsce ci, któ­rzy znaleźli się na górze, wyłamują szczeble, chcąc powstrzymać pościg. Ci z dołu łapią ich za nogawki, żeby ścią­gnąć do swojego poziomu. A towarzy­szą temu okrzyki i gesty wyrażające pogardę, wrogość, zawziętość.

   Wygrani gardzą przegranymi jako nieudacznikami, którzy nie umieli chwycić swojej szansy. Przegrani gar­dzą wygranymi, ponieważ są przeko­nani, że ich drogi do sukcesu były kręte i nieuczciwe. Konieczność sta­wania do rywalizacji w społeczeń­stwie wolnej konkurencji zagraża po­czuciu własnej wartości wielu ludzi. Czują się oni niepewni i bezradni. Ani sposób wychowania, ani dotych­czasowe doświadczenia życiowe nie podpowiadają im prostych, skutecz­nych, a zarazem przyzwoitych dróg do osiągnięcia pożądanego celu. No­we sytuacje wyzwalają nowe nega­tywne emocje i wzmacniają stare na­rodowe przywary, z których na plan pierwszy wysuwa się pycha. Przywara ta ma niestety charakter demokra­tyczny. U źródeł pychy leży niepoparte dowodami przekonanie o własnej wyjątkowości. Taki sposób myślenia o interesach grupowych zrobił w nowej Polsce zawrotną karierę. Nie zawsze dobry przykład dawali dawni opozycjoniści, teraz tworzący elity władzy. Szczytem próżności było żą­danie od nowego państwa odszkodo­wań materialnych za niegdysiejsze krzywdy, wyrządzone im przez reżim, który zwalczali. I niektórzy byli boha­terowie wzięli bezwstydnie taką za­płatę.

   Polityków mamy lepszych i gor­szych, postępowych i zacofanych, przy czym tych pierwszych, jest nie­stety zbyt mało – jak na przysłowiowe lekarstwo. W ich gorących kłótniach, których wciąż jesteśmy świadkami, rzadko chodzi o programy, częściej o to, żeby zniszczyć rywala. Uprawianie polityki za pomocą telewizyjnych wy­stępów – niekoniecznie wtedy, kiedy ma się coś ważnego do powiedzenia – to też symptom niepohamowanej próżności.

   Obyczaj samochwalstwa zapano­wał także w kulturze. Dowody znaj­dujemy w licznych wywiadach. Każdy jest najlepszy i zasługuje na najwyż­sze laury, tylko to beznadziejne i nie­kompetentne jury i zawiść środowiska stanęła mi na przeszkodzie w osią­gnięciu sukcesu – mówi w jednym z kolorowych pisemek pewna niedoce­niona artystka.

   Polak prawie zawsze miał do czy­nienia we własnym kraju z nieprzy­jaznym i obcym państwem. Ale pań­stwo to „konstruował” sobie od wie­ków sam. Dzisiaj wykształtowała się klasa postsocjalistycznych menedże­rów tworzących pozorne potęgi go­spodarcze. Trwający od kilku lat kryzys nie tylko gospodarczy, ale przede wszystkim społeczny spowo­dował, że stopień intensywności pracy i zaangażowania znacznie się obniżył, co wpływa na całokształt życia narodu.

  Jednym słowem – szczerze niena­widzimy, nie zgadzamy się, protestu­jemy, pomawiamy i... czekamy przy tym na wielkiego mędrca z twardą ręką, który przyjdzie z jasno­ści i wyzwoli nas od głupców i niego­dziwców, wypalając zło świętym pło­mieniem. Nie są to dobrotliwe i umiarkowane oczekiwania, ale ist­nieją jednak dowody na to, że potra­fimy się zatrzymać we właściwym miejscu jeszcze przed przeszkodą.

 



Henio...

środa, 05 lutego 2014 16:58

 

   Kiedy zbliża się marzec, zawsze wspominam dzień 1. marca 2005 roku, kiedy przy ponad dwudziestostopniowym mrozie jechałem moim starym maluchem do Krakowa, ale nie na spotkanie autorskie, tylko pogrzeb Henia Cyganika, który zmarł kilka dni wcześniej – 23 lutego. Takie to czasy nastały, że coraz mniej ludzi interesuje się kulturą i sztuką. W pogoni za dobrami materialnymi współczesnego świata zapominamy o drugim człowieku, a słowa miłość, przyjaźń czy bezinteresowność coraz częściej są postrzegane jako coś śmiesznego - a używając języka młodzieżowego - jako rodzaj „obciachu”... Dlatego tak istotnym jest to, aby nie zapominać o ludziach, którzy przez całe swoje życie dawali dowód na to, że te jakże ważne znaczeniowo słowa, mają dzisiaj wielką moc, jakże są potrzebne, jak ich zaczyna brakować... Do nielicznych orędowników tych wielkich i nieprzemijalnych wartości należał właśnie Henryk Cyganik, wspaniały bard krakowskiej bohemy artystycznej...

   Z Heniem poznałem się dziesięć lat wcześniej... Podczas imprezy literackiej u Andrzeja Grabowskiego w Ciężkowicach - a dokładnie „U Martusiowej”, gdzie mieliśmy posiłki i noclegi. Widocznie wtedy w powietrzu unosiły się szczególnego rodzaju fluidy, bo jakoś tak spontanicznie i nieskrępowanie wzajemnie przypadliśmy sobie do gustu, szybko znaleźliśmy wspólny język. Może to dzięki górom, bo Henio przecież był góralem z urodzenia, a ja - pomimo że tylko ceprem - to jednak jestem wielkim miłośnikiem gór... Poza tym wspólnie kochaliśmy ponad wszystko jedną rzecz - święty spokój. Nie spieszyło nam się do niczego i do nikogo. Małe chwile ciszy dawały nam wiele radości. A gdzież to można było tego doświadczyć, jak nie w górach, z dala od ludzkiego zgiełku, ludzkiej nienawiści i ludzkiej głupoty. Właśnie te przymioty były Heniowi obce. Nienawidził ich, bo nie potrzebował kłamliwego i obłudnego poklasku.

   Henryk Cyganik to była wielka osobowość. Był znany w całym krakowskim środowisku artystycznym: w teatrze, kabarecie, radiu, telewizji, był znanym felietonistą i poetą. Ale znany był również w wielu mniejszych środowiskach artystycznych, gdzie często realizował widowiska plenerowe, reżyserował spektakle wiejskich teatrów... Realizował się więc w nieskończonej ilości działań. Mówił o sobie skromnie – człowiek do wynajęcia, wyrobnik pióra. Właśnie słowo było dla niego największym żywiołem, było jego życiem... Sposobem kontaktowania się światem, z drugim człowiekiem.

   Za swoją twórczość Henio dostawał liczne nagrody, ale przyjmował je z przymrużeniem oka. Skomentował to kiedyś tak: – Andrzeju, powiem Ci szczerze. Mnie to lata, czy dostanę jakąś nagrodę, czy też jej nie dostanę. Kto będzie o tym pamiętał za pięćdziesiąt czy sto lat. Ważne jest to, żeby za pięćdziesiąt lat miał kto odmówić modlitwę na moim grobie... Albo żeby chociaż ktoś o mnie kiedyś pomyślał...

   Henio nie lubił także rozmawiać o swojej twórczości, wolał konwersacje o pisaniu innych, ale jeśli już udało się od niego wyciągnąć cokolwiek, to robił to niezwykle zajmująco...

   Był człowiekiem, dla którego ważniejsza była troska o drugiego człowieka, niż dbanie o własną twórczość. Trzeba było wiele starań, aby zgodził się wreszcie wydać swoje utwory literackie. Coś na ten temat może powiedzieć Andrzej Grabowski, który – odkąd pamiętam – ciągle Heniowi „zawracał głowę”, aby przygotował materiały do książek. I czasem to się udawało. Dzięki temu możemy dzisiaj czytać tę poezję, która jest mieszanką niepowtarzalnych liryków, powiastek filozoficznych czy niekiedy wręcz wykładów mędrca..., który stoi gdzieś z boku i przygląda się całemu światu, i dziwi się wszystkiemu, jakby nie mógł pogodzić się z tym, co tak bardzo dewaluuje współczesnego człowieka.

   Henio całe swoje bogate życie szukał spokoju, szukał miejsca, gdzie mógłby siebie realizować. Takie miejsce znalazł pod koniec swojego życia. Pisał mi o tym wiele razy w swoich niesamowitych listach. Marzył, planował, cieszył się każdą chwilą daną mu spędzać w gronie kochających go osób. Pamiętam ten jego ogień w oczach, kiedy – spacerując ostatniej swojej wiosny ulicami Zelowa – opowiadał o swojej córce, Kai, młodej, utalentowanej poetce. Cieszył się jej sukcesami... Wreszcie podczas naszych ostatnich, październikowych eskapad poetyckich po Pogórzu i Podkarpaciu, z takim namaszczeniem opowiadał mi o azylu, który nareszcie dała mu ukochana kobieta...

   W swoim ostatnim liście do mnie napisał: – Andrzeju, marzyłem o takim życiu, jakie mam teraz, na koniec mojego ziemskiego życia... Mam wreszcie spokój, mogę pisać ile chcę, no i mam przy sobie dwie, kochane kobiety... Na kolanach jeden z nich zmarł...

   Jak ważne były dla niego spokój i niezależność, niech świadczy to, że nawet swoją ostatnią książkę poetycką Henio zatytułował Święty azyl. Teraz już go na pewno ma... Jest znacznie wyżej niż wtedy, kiedy włóczyliśmy się razem po Parchowatce w Beskidzie Sądeckim, kiedy chodziliśmy na Halę Łabowską na naleśniki z bitą śmietaną (to były nasze jedyne ciepłe posiłki, podczas wielodniowych „turnusów twórczych”), a wolnych chwilach - wieczorami - patrzyliśmy w rozgwieżdżone niebo i piliśmy spirytus dobrany miętą... Góry i prawdziwi przyjaciele – jak często powtarzał – były całym jego życiem. Dla nich mógł zrobić wszystko. W wywiadzie, który mi udzielił w 1998 roku, powiedział: (...) Nigdy nie miałem nabożeństwa do swojej twórczości, a więc właściwie nie interesuje mnie czy się spełniłem, czy dopiero się spełnię. Ważne jest w końcu to, że jestem szczęśliwy z tymi, którzy są ze mną – z krajobrazem, z przyjaciółmi, których mogę na palcach jednej ręki policzyć. Oczywiście, że życie nie jest sielanką. Często bywam wkurzony, wątpiący, mały... jednak wystarczy, że poczuję zapach ogniska pod niebem nad moją górą. Mieć swoją górę – to chyba w życiu najważniejsze...

 

 

Henryk Cyganik

 

Hiob

 

Panie galaktyk drogi mgławic

co siejesz suszę i urodzaj

nie wiem dlaczego tak Cię bawi

to że wciąż bierzesz mnie za Hioba

 

pełne rachunków mam szuflady

niezapłacone grzechy słowa

kiedyś kwiatuszek dzisiaj badyl

bo Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

 

dogasam w ciszy beznadziejnej

czas mi zapętla sens na drogach

kornik dojada sęki w więźbie

i Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

 

rak się przyczepił jak brat łata

do siostry biedy – mać skarbowa

z taka rodziną tylko płakać

a Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

 

miłość pobiegła za tym trzecim

na wódkę wściekła się wątroba

świat na mnie warczy pyszczą dzieci

i Ty co bierzesz mnie za Hioba

 

bełkot w poezji w sztuce knoty

naród się zbiesił rząd sfiksował

mrozi głupoty śliski dotyk

i Ty co bierzesz mnie za Hioba

 

ksiądz już mnie przeklął bank wydukał

a perspektywa – czerń i groza

pies zjadł mi dyplom ( z byczka skóra)

bo Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

 

wiem że poczucie masz humoru

mistrzem groteski bies Cię zowie

lecz ze mnie Panie już nie dworuj

– być nie chcę i nie jestem Hiobem

 

chcesz mi dołożyć to dokładaj

jeśli już musisz – światłem dowal

niech w saldzie będzie równowaga

– gdy Hiob koniecznie...

 to pół Hioba

 



Rozmyślania...

czwartek, 02 stycznia 2014 12:37

 

   Jostein Gaarder, norweski pisarz, autor książek filozoficznych i literatury pięknej napisał w „Przepowiedni dżokera”, że „czas dopadnie nas wszędzie, bo wszystko, co nas otacza, zanurzone jest w tym niespokojnym żywiole”.

   Przemijanie kojarzymy raczej negatywnie. To, co przemija, nie wróci. To, że przemijamy, również nie wywołuje pozytywnych myśli. Byliśmy jacyś, doświadczyliśmy czegoś, i tego nie ma, i nie będzie. Ale czy rzeczywiście jest tak do końca?

   Minął kolejny rok, przed nami nowe zadania i nowe wyzwania. W takich momentach najczęściej zastanawiamy się, nie tylko nad tym, co przed nami, ale i co zostawiliśmy za sobą. To jest właśnie nasza rzeczywistość. Owa ulotność życia, poczucie słabości i braku znaczenia nasuwają nam się w czasie i z czasem. Świat sobie bez nas poradzi. Może nawet nie zauważy, gdy nas zabraknie.

   Miniony rok – jak jeden z wielu – znowu pokazał nam, że przemijanie jest wędrówką po nieznanym ku nienamacalnemu. Jest dla nas jakimś niewyobrażalnym obiektem westchnień i tęsknoty za czymś, co trudno sobie nawet wyobrazić.

   Człowiek potrzebuje transcendencji. Wartości przekraczających jego samego i to, co sam potrafi dokonać. Ale gdzie i jak można odnaleźć to nasze „wychodzenie na zewnątrz”, to odkrywanie siebie na nowo?

   Dużo podróżowałem w 2013 roku. Przemierzałem setki, tysiące kilometrów w poszukiwaniu czegoś niezwykłego. Szukałem niemożliwego, tajemniczego, czegoś, co być może zbliżyłoby mnie do znalezienia odpowiedzi. Udział w festiwalach literackich jest dla mnie taką płaszczyzną poszukiwania, próbą odnajdywania siebie, wiary, że trzeba coś zmienić w naszym życiu, przekuć w nowe, lepsze coś; przepracować, wyciągnąć wnioski, naprawić, zostawić za sobą i pójść wreszcie we właściwym kierunku.

   Trzy imprezy w ubiegłym roku powodowały, że warto, że trzeba, że należy... X Międzynarodowe Ogrody Poezji w Limanowej, XXXVI Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu i X Festiwal Poezji – Poeci bez granic w Polanicy Zdroju. Dlaczego tylko te? To proste! Bo to miejsca, gdzie człowiek czuje się dobrze, bezpiecznie i co najważniejsze rodzinnie.

   Festiwal w Limanowej organizuje Marek Jerzy Stępień, poeta, prozaik, działacz kulturalny. To dzięki jego determinacji, udaje się w Limanowej organizować święto literatury, na które zjeżdżają pisarze nie tylko z Małopolski. Dlaczego Stępniowi udaje się zbierać wokół siebie ludzi? To proste, bo jak powiedział o nim inny poeta, ks. Eligiusz Dymowski: Marek Jerzy Stępień swoją wrażliwość buduje na silnych przeżyciach osobistych i emocjonalnych, a także obserwacji tego, co go otacza. To poeta kochający słowo, które jest pewnym dynamizmem w odczytywaniu świata.

   Inny charakter mają poznańskie Listopady Poetyckie. Impreza duża, prestiżowa, wiekowa, o Międzynarodowym zasięgu. Dotychczasowe trzydzieści sześć edycji festiwalu pokazało, jak ważne i potrzebne to wydarzenie na kulturalnej mapie Polski. A wszystko to dzieje się głównie dzięki ludziom, dla których poezja, literatura, zajmują poczesne miejsce w ich codziennej, artystycznej wędrówce. To przecież niedawno zmarły Ryszard Danecki był jednym z tych, co zapoczątkowali ten festiwal, później, przez wiele, wiele lat prowadził go Nikos Chadzinikolau, a po nim Zbigniew Gordziej i teraz Paweł Kuszczyński. Ale ten festiwal to przecież nie tylko jedna osoba, to cały sztab ludzi z poznańskiego oddziału Związku Literatów Polskich, dzięki którym kilkudziesięciu pisarzy z Polski i zagranicy mogą się corocznie spotykać na swoim święcie.

   Poznański festiwal poezji to impreza poważna, w którą zaangażowanych jest wiele czynników społecznych. Wielkopolska słynie zresztą z „dobrej roboty” i pracy organicznej. Nie na darmo zresztą poznański oddział ZLP blisko współpracuje z Towarzystwem im. Hipolita Cegielskiego. Ta wzorcowa współpraca owocuje doskonałymi efektami. Podobnie jest z Radiem Emaus, na falach którego można często usłyszeć wiersze poetów, uczestników Listopadów Poetyckich.

    Takie kulturalne i artystyczne wydarzenia zaświadczają, że nasze codzienne życie staje się lepsze. Mamy czas na refleksję, żebyśmy pamiętali, że wszyscy jesteśmy zawieszeni pomiędzy doświadczaniem przemijania i stawania się. Pytanie tylko, co będzie w naszym życiu dominować?

   W listopadzie byłem także w mojej ukochanej Polanicy Zdroju. Międzynarodowy Festiwal Poezji „Poeci bez granic”, organizowany przez niezmordowanego Andrzeja Bartyńskiego i Kazimierza Burnata, to najbardziej rodzinna impreza literacka w Polsce. Tutaj nikt nikogo nie goni, tutaj ma się czas na wszystko. Wielka gościnność mieszkańców Polanicy powoduje, że czujemy się dosłownie jak u siebie w domu. Wielki w tym udział ma żona Andrzeja, Krzysia, dobry duch festiwalu. Trudno sobie wyobrazić ten festiwal bez niej. Polanickie spotkania są dla mnie tym wydarzeniem, na które czeka się niecierpliwie cały rok. To miejsce, do którego warto jechać trzysta kilometrów, żeby ponownie spotkać się z ludźmi i miejscami, gdzie jest miejsce na niezapomniane rozmowy – te o życiu codziennym i te o literaturze – żeby przeczytać wiersze, poprowadzić warsztaty, czy wygłosić prelekcję. Ważne jest to, że ktoś tego słucha, że jest ktoś, kto z zapałem przychodzi na te imprezy...

   Zauważyłem także, że w całym regionie, nikt nikogo nie pogania, życie płynie sobie spokojnym strumieniem, ale bardzo przemyślanym. Nie ma tego wielkomiejskiego gwaru, pędu do nadmiernego gromadzenia materialnych „aspektów” naszego życia. Bardzo mi to odpowiada, wciąga, powoduje zadumę i nastraja do przemyśleń...

   Takie miejsca przewartościowują nasze życie, nasze zachowania, nasze poglądy na świat. One powodują, że stajemy się spokojniejsi, a przez to lepsi i bardziej odpowiedzialni. Świat bez nerwowości jest lepszy. On nas umacnia w naszych działaniach. On pozwala nam lepiej żyć. Staje się po części nami...

   A bycie poetą? No, cóż. Pomaga mi lepiej zrozumieć intymne zasady, na jakich działają i same wiersze, i sposób, w jaki funkcjonują poeci. Poezja pomaga żyć, bo ma ona zawsze jakieś swoje źródło... Tworzy go życie. U jednych jest to głębokość widzenia i rozumienia, zdolność przeżywania, umiejętność odczuwania cierpienia. Najczęściej – niestety – źródłem jest cierpienie. U wielu z wiekiem źródło poezji wysycha.

   Imprezy, o których powyżej mówiłem charakteryzują się doskonałą ich organizacją. To jeden z najważniejszych elementów, gwarantujących odpowiedni poziom. Dzisiaj, w świecie zdominowanym przez kolorowe obrazki, nie można sobie już pozwolić na organizacyjne i artystyczne fuszerki. Tym bardziej, kiedy chodzi o kulturę wysoką. Kiedy rządzą nami elektroniczne środki masowego komunikowania, kiedy coraz częściej stajemy się niewolnikami telewizyjnych pilotów po prostu nie stać nas na to, nie stać nas na utratę tych odbiorów, w których tli się jeszcze ostatnia iskierka normalności. A wszystko to dzieje się dzięki ogromnej wierze tych, że warto coś robić dla innych.

   Wiara nie zaprzecza przemijaniu. Bo wiara w ogóle rzeczywistości nie zaprzecza. Wiara dostrzega trud i smutek naszej doli. Ale wiara przekracza tę rzeczywistość. Pokazuje, że dzięki niej nasze życie staje się o wiele bardziej wartościowsze, wspanialsze, szersze i pełne...

 



Rozmyślania...

czwartek, 12 grudnia 2013 15:47

 

   Niestety, doszło już do tego, że współczesny człowiek żyje w środowisku, które zostało ukształtowane przez media. Można powiedzieć, że wrosły one już na stałe w naszą codzienność i są integralną część współczesnego świata. To one tworzą naszą rzeczywistość. Dzisiaj praktycznie już nie można się obyć bez monitorów, ekranów, telewizji, internetu, kamer, aparatów fotograficznych, komputerów i różnorodnych elektronicznych gadżetów.

   Przyszło nam żyć w czasach, gdzie najważniejszym dobrem jest informacja. To ona jest najbardziej pożądana, dla informacji ludzie potrafią nawet zabijać. Informacje przenosimy, odtwarzamy, przyswajamy z różnych nośników, od twardych dysków, przestarzałych dyskietek po nowoczesne płyty DVD, przenośne pendrivy. Jak na razie dobrą wiadomością jest to, że te techniczne nowinki nie wyparły dawnych mediów, takich jak gazety, książki, TV, radio itp.

   Trzeba jednak przyznać, że cały ten technologiczny rozwój prowadzi do istotnych zmian jakościowych, do nowych sposobów myślenia. Oczywiście pod warunkiem, że nie staje się jedyną płaszczyzną rozwoju cywilizacyjnego.

   Jak wiadomo, nowoczesny rozwój kultury niesie również ze sobą zmiany społeczne i kulturowe. Zmiany te stają się z czasem procesem upodobniania się do siebie kultury i innych dziedzin życia społecznego. Wynikają one z globalizacji oraz integracji państw narodowych i są charakterystyczne dla społeczeństw wiedzy, w którym zanikają różnice między nadawcą i odbiorcą, konsumentem i producentem. Głównym motorem napędowym tych zmian stały się właśnie media. One też spowodowały to, że zniszczony został tak naprawdę indywidualny sposób tworzenia wiedzy. Nadmiar informacji spowodował, że jedna osoba nie jest już w stanie wiedzieć wszystkiego na dany temat.

   Miejsce prawdziwych fachowców oraz znawców zajmują dzisiaj „superfachowcy” od wszystkiego, czyli tak naprawdę od niczego. Ich wiedza jest powierzchowna. Działają w ściśle określonych warunkach i na szczególne zamówienia. Najczęściej bredzą o niczym i udają, jak wielkimi są erudytami. Wykorzystują do tego globalną sieć internetową, choć tak naprawdę jedynie, co przeczytali, to komentarze na internetowych forach.

   Dzięki nieograniczonej możliwości komunikowania się stworzyli swoisty rodzaj »nowej społeczności«, którą zupełnie nic nie łączy. Niestety, ta społeczność stała się wielkim wyzwaniem dla tradycyjnej hierarchii autorytetów, wartości i podziałów kultury. Sytuacja ta coraz częściej staje się źródłem licznych napięć, problemów i nieporozumień, stanowiąc jednocześnie inspirację dla twórczych rozwiązań i działań.

   Napięcia te polegają przede wszystkim na wyborze dóbr kultury. O ile tradycjonaliści skłaniają się do pogłębiania wiedzy w oparciu o różne systemy kulturowe, to przedstawiciele »nowej społeczności« stawiają na działania z kręgu kultury popularnej, negując wszystko inne. Ten rodzaj działania powoduje, że do naszego życia wprowadzane zostają zmiany jakościowe. Niestety, niepozytywne. Dawny, ambitny rodzaj widowiska został zastąpiony przez banalny i miałki tekst oraz obraz kultury masowej. W telewizji rządzą różne reality show, które przejęły wręcz rolę edukacyjną.

   Te nowe programy wykształciły – a raczej ukształtowały – nową grupa konsumentów, którzy – niestety – konsumują biernie dostarczane im treści i na tej bazie budują własną tożsamość. Na przykład stacje telewizyjne, które bardziej niż kiedykolwiek muszą liczyć się z indywidualnymi gustami odbiorców i wykorzystują jak największą liczbę kanałów medialnych, aby zaangażować odbiorcę emocjonalnie w promowane treści. To powoduje, że u widza zaczyna występować specyficzny rodzaj uzależnienia: tak naprawdę nie liczy się treść przekazywanych programów tylko jego obraz. A obraz, jak wiadomo, o wiele łatwiej wykorzystać do dzielenia się nim z innymi członkami wspólnoty – nowej wspólnoty.

   Treści prezentowane w różnych mediach i przeznaczone dla »nowej społeczności« łączą się ze sobą w różnorodny sposób i na różnych płaszczyznach, ale – niestety – nie są spójne i dotyczą tak naprawdę tylko pewnych, potrzebnych dla nadawców (albo wydawców) fragmentów.  Dlatego też zasadniczej zmianie ulega rola tradycyjnie pojmowanej klasycznej krytyki, a jej rolę przejęli tzw. recenzenci.

   Przecież, aby zrozumieć jakiekolwiek medium, bądź wytwór szeroko rozumianej kultury, należy je badać w całym intermedialnym kontekście. Recenzowanie w nowych mediach nie pozwala na to. Głęboka analiza, według »nowej społeczności«, nie jest nikomu potrzebna. Rozumienie rzeczywistości ma być ograniczone tylko i wyłącznie do zaangażowania się do odbioru kolejnych, zaprogramowanych oddziaływań na odhumanizowane społeczeństwo.

   Ten typ zachowań przyjął się u nas bardzo szybko i zatacza coraz to większe kręgi. W artykule Radosława Bomby „Życie codzienne w Matrixie, czyli rewolucji nie będzie”, będącym recenzją książki Henry Jenkinsa pt. „Kultura konwergencji. Zderzenie starych i nowych mediów”, czytam m.in.: „Hanry Jenkins próbuje określić, jakie perspektywy rysują się dla edukacji i pedagogiki w nowej formacji kulturowej. Autor analizuje tu fenomen popularności wśród dzieci i młodzieży serii książek Harry Potter”. Młodzież po przeczytaniu serii spontanicznie tworzyła (i tworzy) własne fora internetowe, na których zamieszcza swoją twórczość, opowiadania, powieści, komiksy inspirowane przygodami małego czarodzieja.

   Autor widzi w tym zjawisku wzrastająca rolę zabawy i edukacji nieformalnej we współczesnej kulturze. Na Internetowych forach poświęconych Haremu Potterowi, dzieci uczą się nawzajem od siebie, a nie od tradycyjnych, zhierarchizowanych i opartych na autorytetach instytucji”.

   No, cóż! Pewnie można i tak. Taka forma i rodzaj edukacji być może bardziej przystaje do charakteru współczesnej, ulegającej ciągłym przemianom kultury, ale na pewno nie buduje żadnych więzi społecznych, bo cóż to jest za więź, skoro nasz „przyjaciel” siedzi po drugiej stronie „kabla” bądź „fali”. Nie ma tu też żadnej mowy o wiedzy interdyscyplinarnej. Ciągłe pisanie o jednym zubaża. Korzystanie głównie z for internetowych, tworzonych przez fanów różnych portali, są zagrożeniem dla młodzieży, gdyż uczą one tylko umiejętności niezbędnych do życia w kulturze przesyconej informacją. A jak wiadomo „goła” informacja, bez kontekstu i motywów działania, czasami zabija i może być niesprawiedliwa, czego coraz bardziej doświadczamy, bo media nadają współczesnemu życiu nieznany dotąd charakter i możliwości.

 



Odejścia...

czwartek, 05 grudnia 2013 15:00

 

* * *

 

   30 listopada 2013 roku zmarł w Poznaniu Ryszard Danecki, publicysta kultury, krytyk teatralny, dziennikarz, prozaik i poeta. Człowiek niezwykle ciepły i przyjazny ludziom. Znałem się Rysiem ponad 15 lat. Spotykaliśmy w Poznaniu na Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim, Warszawskiej Jesieni Poezji. Bardzo często dzwonił do mnie, żeby zapytać o opinię na temat swoich nowych wierszy. I zawsze pytał: – Jak tam Twoje czeskie piwa w Zelowie? Ty to masz dobrze, masz je u siebie na miejscu! A lubił piwo, jak mało kto. Kiedy spotykaliśmy się, to nigdy nie odmawiał.

   Był legendą Poznania – współzałożycielem Grupy Literackiej „Wierzbak” i Międzynarodowych Listopadów Poetyckich. Przez 40 lat pracował jako publicysta kultury i krytyk teatralny w prasie poznańskiej. Związany twórczo z kabaretem Żółtodziób, sceną operową Pro Musica i Piwnicą Jazzową Browar. Autor kilkudziesięciu książek poetyckich i prozatorskich, utworów scenicznych, librett oper kameralnych i kantat, przekładów poezji z niemieckiego, rosyjskiego i angielskiego. Jego wiersze zostały przetłumaczono na ponad 37 języków.

   Laureat wielu nagród m.in.: Czerwonej Róży, XIV Międzynarodowego Konkursu o Nagrodę Księżnej Agha Khan we Francji, Nagrody Miasta Poznania, trzykrotnie Nagrody Ministra Kultury i Sztuki, Nagrody Literackiej Ministra Obrony Narodowej, Nagrody im. J. Kasprowicza, Nagrody im. Wł. Reymonta i Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Za swoją twórczość i działalność społeczną otrzymał wiele odznaczeń m.in.: ”Zasłużonego Działacza Kultury”, „Złotą Odznakę Honorową Związku Chórów i Orkiestr”, „Zasłużony dla Wielkopolsi”, „Zasłużonego dla Książki”, „Zasłużonego Pracownika Morza”, „Zasłużonego dla Lotnictwa”, statuetkę „Hipolita”– (Lider Pracy Organicznej), „Medal Edwarda Raczyńskiego”, statuetkę „Dobosza Powstania Wielkopolskiego”, „Zasłużonego dla Wielkopolski” oraz Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

   W roku 2011 uhonorowany został przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Miał 82 lata.

 

PB080228.JPG

 

Klub Garnizonowy w Poznaniu. Z Rysiem Daneckim (od lewej) i Stefciem Jurkowskim wspominamy Tadzia Kwiatkowskiego-Cugowa.

 

 

* * *

 

   17 listopada zmarła Doris Lessing. Laureatka literackiej Nagrody Nobla. Po tym, jak w 1973 Nagrodę Nobla w kategorii literatury dostaje Patrick White, Sándor Márai notuje w dzienniku: Literackiej Nagrody Nobla już od jakiegoś czasu nie dostają pisarze, tylko państwa. W tym roku otrzymał ją młodzieńczy, rozwijający się kontynent: Australia. Wcześniej otrzymały ją Gwatemala, Islandia, Chile, Jugosławia i Nelly Sachs. Mauretania i Albania jeszcze czekają na swoją kolej; ale to tylko kwestia alfabetu. Ciekawe, co miałby do powiedzenia o laureatce Doris Lessing? W końcu Lessing nie jest autorką z jakiegoś małego kraju. W końcu nie jest autorką kilku książek, a kilkunastu.

 



Rozmyślania...

wtorek, 26 listopada 2013 22:29

 

   Skandale w sztuce, w kulturze, znane są od dawna. Skandale były zawsze rodzajem „pretekstu”. Często były traktowane, jako przełomy w sztuce, jako rodzaj wprowadzania do niej nowej jakości, nowego wyrazu. Sztuka jest tą dziedziną, która w sposób szczególny ma wpływ na życie społeczne. To twórczość poetów i pisarzy porywała ludzi do walki i umacniała ducha narodowego, obrazy wielkich malarzy pozwalały mieć przed oczami resztki narodowych pejzaży, to w końcu najpierw objazdowe trupy teatralne pokazywały inne światy, nieosiągalne pospolitej gawiedzi, by w wreszcie wspomnieć o teatrach i wybitnych aktorach, którzy słowem, powodowali narodowe powstania. Czas wielkich przemian ustrojowych 1989 roku spowodował nie tylko zniesienie cenzury, a przez to zrzucenie kajdanów, zacieśniających wolność słowa, ale spowodował także i to, że wielu z twórców, nie do końca zrozumiało, co też tak naprawdę się stało.
   „Skandali” w Polsce „poprzemianowej” było wiele. A to Papież przygnieciony meteorytem, a to umierający koń, udręczona kobieta, powieszone dziecko, a to genitalia na krzyżu. Prowokacji artystycznych było wiele. Jedne bardziej udane, inne mnie. Jedno je natomiast łączyło: zawsze wywoływały gorące dyskusje. Ale takiego skandalu, jaki został wywołany w Narodowym Teatrze Starym im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie jeszcze nie było. Po raz pierwszy przerwano spektakl z powodu oburzenia zniesmaczonych widzów. Publiczność, która przyszła obejrzeć sztukę „Do Damaszku” w reżyserii Jana Klaty, nie wytrzymała poziomu obsceny. Wstyd! Hańba! Dość! To jest Teatr Narodowy! – protestowali. Mimo, że na sali znajdowali się głównie ludzie młodzi, kilkadziesiąt osób opuściło salę. Nie mogli patrzeć na Krzysztofa Globisza kopulującego ze scenografią, ani na Dorotę Segdę wulgarnie imitującą akt seksualny.
   Trzeba przyznać, że zdarzyła się rzecz historyczna, chyba pierwszy raz w dziejach Teatru Starego spektakl przerwano. Zaczęła się dyskusja aktorów stojących na scenie i ludzi, którym się to nie podobało. Natomiast reżyser Klata w swoim zarozumialstwie wykrzykiwał: „Wynoście się stąd! Za moje pieniądze – podwójnie moje, bo i z budżetu, i za zapłacony bilet – „wynoście się”. Wydaje mi się, że Klata chyba całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. Publicysta Witold Gadowski napisał: „Ten skandal jest skandalem kryminalnym. Sądzę, że powinniśmy wyciągnąć konsekwencje za zachowanie Klaty i to konsekwencje w postaci jakiejś nagany czy wręcz zdjęcia go z funkcji dyrektora teatru. To jest teatr narodowy. Nie zdarzyło się dotąd, żeby spektakl został w ten sposób przerwany. To świadczy o tym, że granice prowokacji zostały przekroczone i dzieje się coś niesmacznego i niestosownego, skoro ludzie tak reagują”. I dodaje: „Scena Narodowa, dotowana sumą kilkunastu milionów złotych rocznie z mojej kieszeni, jako podatnika, czyli z budżetu państwa, zamieniła się w niezbyt wyszukany cyrk, gdzie każdy z aktorów prześciga się w bardziej prowokacyjnym wygłupie. To był bardziej wygłup, niż dojrzałe aktorstwo, choć zarówno Dorota Segda, jak i Krzysztof Globisz mają dobry poziom warsztatu i potrafią zagrać wszystko. Żal patrzeć na aktorów obdarzonych takim warsztatem, kiedy się deklasują. (...) Obawiam się, że bardzo mało było w tej sztuce Strindberga, a bardzo dużo pana Klaty. To niestety było i grafomańskie, i niestosowne, w jednej z mocnych scen aktor mówi: „pójdziemy w chu...”. Aż przykro było patrzeć na Krzysztofa Globisza, który jest człowiekiem utalentowanym i zasłużonym aktorem, a na scenie zachowywał się w sposób wulgarny, kopulując ze scenografią. (...) Moim zdaniem cała estetyka tego spektaklu to estetyka narkotycznego obłędu. Z estetyką Strindberga nie ma nic wspólnego. Gdyby Strindberg był na sali, to prawdopodobnie mógłby wytrzaskać pana Klatę po twarzy za taką interpretację swojego tekstu. (...) Byłem zaszokowany wieloma scenami. Nie rozumiałem zamysłu artystycznego pana Klaty, ale myślałem, że jestem odosobniony. A tymczasem co najmniej kilkadziesiąt osób na sali zaczęło w pewnym momencie protestować. To wszystko jest niesmaczne. To nie jest awangarda, to nie jest rewolucyjne, odkrywcze zinterpretowanie tekstu czy pokazanie jakiejś nowej estetyki w przestrzeni teatralnej. To jest nastawienie na prymitywne, głupie prowokowanie, przesuwanie granicy prowokacji do obsceny, do niezrozumiałej zupełnie perwersji. I ta perwersja nie ma tu żadnego uzasadnienia. Rozumiem stosowanie tego typu środków i często jestem nimi poruszony, gdy mają artystyczne uzasadnienie, jakieś logiczne, metaforyczne odniesienie do pewnej opowieści. Tutaj nie było żadnej opowieść. Był ciąg, mniej lub bardziej obrzydliwych, scen granych w sposób nienajlepszy.
   Każdy, nawet najbardziej szokujący środek wyrazu się broni w momencie, gdy stoi za nim jakiś zamysł twórczy, pewna inteligencja, która pobudza do myślenia. Tymczasem w tej sztuce jest żenująca pustka intelektualna. Sądzę, że panu Klacie nie staje już intelektu. Skoro intelektu nie staje, to zaczynamy bawić się w cyrk, żeby ukryć pod pseudoartystycznym bełkotem własną niemoc i pustkę”.
   Mocne to słowa, ale jakże dobrze oddające to, co dzieje się obecnie w polskiej kulturze, w polskiej sztuce. Bo przecież ta krakowska „afera” jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, pływającej od jakiegoś czasu po morzu kulturalnym Polski. Już widzę te głosy oburzenia tych wszystkich mentorów, rzucających w ciemno, że przecież tak zawsze bywało, że zawsze młodzi starali się wyprzeć starych, zapomnieć o dokonaniach dziadków i ojców. Tak, tak było i będzie zawsze, ale trzeba umieć to robić z klasą. A z tym ostatnio coraz gorzej.
   Jakby tego było mało okazało się, że wielu aktorów Starego Teatru nie chcę wziąć udziału w następnej premierze Teatru prowadzonego przez Jana Klatę. Nie wiadomo czy odbędzie się premiera „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego w reżyserii Chorwata Oliviera Frljića. Z udziału w spektaklu zrezygnowało 7 z 18 obsadzonych w nim aktorów.
   Anna Polony, wielka polska aktorka tego teatru przyznaje głośno, że nie po drodze jej z wizją teatru Jana Klaty. Mówi: „Nie podoba mi się ten styl teatru, ja się źle w takim teatrze czuję i w związku z tym żegnam się już ze sceną, z którą byłam związana 50 lat. Jest mi potwornie przykro. I tak boleśnie. Boleśnie dlatego, że akurat panowie – chcąc pewnie zrobić trochę sensacji i trochę poruszyć środowisko, widownię, publiczność ściągnąć do teatru – pozwolili sobie wykorzystać do tego osobę Konrada Swinarskiego. I to w taki sposób, moim zdaniem, niegodny”.
   Artyści, którzy złożyli role, nie zgadzają się z wizją reżysera, w której pojawiają się oskarżenia wobec wybitnego reżysera Konrada Swinarskiego o antysemityzm.
   Prawdą jest, że Jan Klata jest prowokatorem. Wiele swoich pomysłów adresuje do chłonnych na sensacje młodych ludzi, którzy nie czytają, nie widzieli nic, nie znają się na niczym; spytać ich o sztukę – nie mają o niej zielonego pojęcia, dla nich sztuka, to muzyka odtwarzana z samplerów. Nikt Klacie nie odbiera tego, żeby robił i prezentował swoją wizję teatru, ale dlaczego akurat ma to robić w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie? Powierzenie właśnie jemu dyrektorskiego stołka w tym teatrze, to tak, jakby powierzyć Comédie-Française np: Janowi Bucquoy czy nawet Michaelowi Haneke. To są ludzie, którzy mają swoją publiczność. Ale Stary Teatr w Krakowie to nie miejsce dla niego.
   Czy sztuka ma służyć do „przemycania” jakiejś ideologii i być zgodna z wolą określonych środowisk? Sztuka ma służyć jej twórcom do przekazywania efektów twórczości ich talentu artystycznego. A już na pewno reżyser nie ma prawa zniekształcać myśli autora tylko dlatego, żeby przypodobać się określonym kręgom ludzi, władzy, czy też religii...
   Przeraża mnie to, w jakim kierunku zmierza młody teatr, młoda polska kultura, ten brak balansu pomiędzy formą a treścią, to pseudo nowoczesne podejście, do sztuki, do życia.
   Czy uprawianie seksu ze scenografią lub wymiotowanie na scenie można nazwać sztuką? Nie jestem z młodych, ale i do pokolenia starych jeszcze mi trochę brakuje, ale brzydzi mnie taki brak szacunku do starszego pokolenia. Nie chodzi o jakieś polityczne, ani społeczne spory. Sztuka rozwija się dzięki temu, że startuje się z jakiegoś pułapu, który został odziedziczony i rozwinięty. Odrzucając przeszłość i burząc ostoję kultury, jaką jest (w tym przypadku) teatr, wkrótce przyjdzie nam oglądać tanią telenowelę po odsłonięciu kurtyny...
   Zniszczyć wszystko co piękne, dobre, polskie. Klasyka zawsze jest klasyką, jak walce Straussa, opera włoska i rosyjski balet – ludzie chcą tego, a Stary Teatr w Krakowie ma wspaniały dorobek oparty właśnie na klasyce, nam jest potrzebna klasyka w dobrym wydaniu, na poziomie najwyższym. Dlatego zastanawiam się dlaczego coraz częściej mamy do czynienia, z kulturą śmietnikową? Mnie nie wzrusza aktor, który stoi na scenie nago z penisem na wierzchu...
   To, co stało się w Starym Teatrze jest jedynie potwierdzeniem długo już trwającego zjawiska w polskiej kulturze, a w szczególności dotyczy to właśnie sztuk teatralnych oraz filmu. Epatowanie golizną oraz wulgaryzmami stało się głównym środkiem wyrazu, pożal się Boże, twórców. Dość już tych pseudoartystycznych wygibasów, które pretendują do miana nowatorskich form wyrazu, a w rzeczywistości są przeniesieniem rynsztokowej codzienności na scenę i ekran.
   Przejrzałem portale internetowe i komentarze, i ogarnęło mnie przerażenie, a jeden z wpisów wręcz zmroził: „Większość młodych, wykształconych Europejczyków, jednak pozostała i nawet nagrodziła reżysera brawami. My, ludzie inteligentni, musimy się razem trzymać!”.
  Tak, ludzie inteligentni? Jeśli tak ma wyglądać współczesna polska, młoda inteligencja, to ja się wypisuję, nie chcę uczestniczyć w czymś takim. I nie pomogą tu żadne utyskiwania różnych domorosłych krytyków, że trzeba iść z duchem czasu. Jedno jest pewne. Nie wiem, czy trzeba iść tą drogą, a jeśli już, to dokąd nas ta droga zaprowadzi? Quo vadis, młoda, polska inteligencjo?



Rozmyślania...

wtorek, 12 listopada 2013 19:42

 

   W Polsce było zawsze coś szczególnego, co wyróżniało nas przez całe wieki spośród innych narodów. Tym czymś była pojęta w swoisty sposób kultura. Nawet przy jej pobieżnym poznaniu rzuca się w oczy jej autentyczność, jak w słynnej kolędzie Franciszka Karpińskiego „Bóg się rodzi”. Skąd więc bierze się to nieudawane angażowanie się całych pokoleń Polaków, w działaniach zmierzających do przekazywania wartości kulturalnych? Myślę, że wzięło się to z pewnych „sprzeczności”... i oczywiście autorytetów...

   Otóż, jeśli współistnienie otwartości i hermetyczności może funkcjonować na zasadach wzajemności, to jest to dowód na to, że wypracowany przez całe pokolenia polski system wartości kulturowych dobrze spełnia swoją rolę. Wiadomo bowiem, że otwartość objawiała się m.in. wielką ciekawością świata, jego łapczywym poznawaniem, natomiast hermetyczność – wielkim szacunkiem dla własnej tradycji i obyczajowości. Przenikające więc do nas obce mody i wzory, poznawane np. podczas podróży, zderzały się zawsze z rodzimą kulturą i były przez nią modyfikowane, przetwarzane, aż zostały przystosowane do polskich norm, których nikt i nic nie potrafiło naruszyć.

   Taki stan rzeczy to wynik wielu czynników. Najtragiczniejsze wydarzenia ostatniego stulecia – hitleryzm i stalinizm – bardzo przetrzebił Polską inteligencję, zawsze nadającą rytm rozwojowy kraju nad Wisłą. A dzisiaj, do głosu dochodzi „pokolenie big brothera”, które z założenia neguje wszelkie wartości. Możemy zapytać, co jest przyczyną sprawiającą, że my, jako naród, absolutnie nie nadajemy się do bycia „wielkim”. To nasze korzenie!

   Polska zawsze miała pecha. To, że znaleźliśmy się między Niemcami a Rosją, było wybitną złośliwością losu. Rozbiory, dwie wojny światowe, stalinizm, to właściwie esencja naszych ostatnich 200 lat. Krótkie okresy, takie jak 20-lecie międzywojenne, czy III RP nie miały szansy nic tu naprawić. Wspólną cechą wymienionych okresów w historii Polski jest śmierć inteligencji. Inteligencji w znaczeniu sfery ludzi, którzy tworzą kulturę, cechują się wyższym statusem społecznym, politycznym, elokwencją, wykształceniem, słowem – elity kulturalnej. Wojny zabijały wszystkich, ale już w Powstaniu Warszawskim, ginęli głównie ludzie, którzy świadomie, rozumiejąc tragedię, szli na nie. Przypuszczam, że w większości była to owa inteligencja. W okresie zaborów, tępiona, lub przynajmniej mocno ograniczana była polskość jako taka, w okresie stalinizmu, inteligencja była wyniszczana, w okresie komunizmu, nielubiana. Czterdzieści lat, to dość czasu, aby wpłynąć na pokolenia, pokolenia, które aby piąć się w górę potrzebowały być towarzyszami, robotnikami i idiotami, a nie pisarzami, filozofami, naukowcami. Na takich kariera nie czekała. Po drugie, poprzez odwrócenie drabiny społecznej, wypychała w górę, zapewniała pracę, mieszkanie w stolicy warstwom wiejskim, najmniej wartościowym pod względem intelektualnym. Nagradzała cały ten motłoch, który nie musiał posiadać ani krzty inteligencji, aby zajmować ważne stanowiska, przenieść się do dużych miast i tworzyć ekosystem państwa. W efekcie, gdy drabina znów się odwróciła w stronę, która utrzymywana jest przez zachodni świat, nagle okazało się, że nasz naród posiada marginalną liczbę osób o doświadczeniu i poziomie intelektualnym pozwalającym im sprawować wysokie funkcje. Resztę obsady trzeba było dobierać z poprzedniego systemu…

   Dodatkowo komunizm uczył nas, jako naród, kombinować, oszukiwać, tworzył wprost idealną glebę dla krętaczy, dla kumoterstwa, nepotyzmu, uczył nas jak oszukiwać o każdy grosz, lenić się i pokazywał wszystko w krzywym zwierciadle.

   Iluż to w ostatnich latach odeszło Wielkich Polaków... Wielkich umysłów, autorytetów. Często zastanawiam się czy to nie jedni z ostatnich: Jan Paweł II, prof. Józef Tischner, Jan Nowak Jeziorański, Czesław Miłosz, Zygmunt Kałużyński, Stanisław Lem. Leszek Kołakowski… Ilu zostało? Nie wiem, trudno mi w tym momencie podać inne nazwiska. Nazwiska ludzi, których zdania nie sposób nie szanować.

   W kraju pozbawionym jakichkolwiek autorytetów, bardzo trudno wytworzyć kulturę wysoką, tzn. taką, która kształtuje umysły całego społeczeństwa. Brak takich autorytetów, szczególnie mocno widoczny jest w dniach, kiedy umierają Wielcy. Wynika to z kompleksów, oraz z pewnego syndromu, który sprawia, że politycznie bliżej nam do Bliskiego Wschodu niż Europy. Brak wielkich autorytetów powoduje, że w społeczeństwie zaczyna brakować elektoratu centrowego. Większość świata Zachodu posiada w gruncie rzeczy podobne podejście do świata. Wychowani w duchu tolerancji, równouprawnienia, szacunku do drugiego człowieka, wolności słowa, demokracji, kapitalizmu, laicyzmu państwa i władzy oraz społeczeństwa obywatelskiego mogą głosować na różne partie, ale gdyby którakolwiek z nich zamachnęła się na pewne pryncypia, nie zdobędzie większości. Oczywiście, na tle nudnego centrum, od czasu do czasu, wyczuwając koniunkturę na chwilę wyskoczy w górę jakiś skrajny ekstremistyczny polityk, ale to tylko chwilowe i pryncypialnym ideom nie zagraża.

   Obecne pokolenie Polaków nie jest wychowane w duchu żadnej z powyższych idei, i tak naprawdę dzielimy się politycznie i społecznie na prawicę, lewicę, i tych, którzy nie angażują się w nic. Prawicy i Lewicy jest więcej niż na Zachodzie, i póki pokolenie naszych rodziców nie wymrze, tak pozostanie. Ludzie, którzy spędzili większość życia w komunizmie, nigdy nie uwolnią się od niego. Natomiast ta rosnąca grupa „olewających”, to właśnie, w normalnym społeczeństwie, elektorat centrum. Ludzie wychowani w poczuciu, że w wyborach należy głosować, że jest to Święto Demokracji, głosują zawsze, a ponieważ nie walczą, to nie głosują na żadne lewice ani prawice, tylko na partie centrowe. To czy dana partia jest bardziej konserwatywna, czy bardziej liberalna, czy bardziej społeczna czy bardziej kapitalistyczna to inna sprawa, ale walka odbywa się między dużymi partiami polityków podzielających pryncypialne idee, i różniących się metodami ich wykonania.

   Kultura dzisiejszej Polski powinna przypominać dawne słynne silva rerum, tzn. rzeczy różne. Ta kultura wysoka, w przeciwieństwie do masowej, daje bardzo wiele. Odpowiada na pytania, albo zadaje pytania z dziedziny egzystencjalnej, eschatologicznej, filozoficznej. Niekiedy pomaga także w dylematach religijnych. To właśnie jest pasjonujące w kulturze wysokiej. Jest nam to po prostu potrzebne jak chleb. Jeśli coraz więcej młodych będzie odczuwać potrzebę dzieł, które sycą, to będzie dobrze. Bo kultura masowa, popularna, nie syci...

   Przypuszczam, że kończy się jakiś czas, a zaczyna się nowy. Oczywiście czas dla kultury wysokiej. Jest nadzieja, że będzie ona trwała, ale chyba się bardzo zmieni, tak jak zmienia się młode pokolenie, z którym coraz trudniej się porozumieć na punkcie wspólnych wartości, przeczytanych książek, obejrzanych filmów, słuchanej muzyki. Tych punktów wspólnych jest coraz mniej. Nie wiem, jaka kultura będzie się rodzić w przyszłości w Internecie. Dzisiaj wszelkie dyskusje prowadzone na blogach, to coś zatrważającego. I nie jest to tylko zwykły niepokój...

   Myślę, że ta tak zwana „kultura wysoka” tym się różni od innych, że pozwala stawiać pytania, a nie podsuwa tylko recepty i gotowe odpowiedzi. Może ciekawym byłoby pytanie: Czy współczesny świat jest potrzebny kulturze wysokiej? Myślę, że to też może jest jakieś pole do odkryć. Od czasu do czasu współczesny świat, wstrzymuje na chwilę oddech. Zagrożenie terroryzmem, globalizacja, zatruwanie środowiska nasuwa refleksje, że oto kolejny raz cała ta kultura, niezależnie od tego czy wysoka, niska, głęboka, masowa, że cała ta kultura we współczesnym świecie staje się śmieszna.

   To, czy dzisiaj powinniśmy się wstydzić, jak się to nam często sugeruje, tej kultury naszych praojców, czy też pielęgnować to dziedzictwo i iskrę ofiarowanej nam dawnej wielkości rozniecić w sobie w wielki płomień – pozostawiam do oceny obywatelom. Zanim jednak podejmie się jakąkolwiek decyzję, trzeba na moment wyłączyć telewizor i jeden zimowy wieczór spędzić na przemyśleniu dziejów narodu, które są przecież także naszą historią, naszymi korzeniami. Skoro nie ma autorytetów, to autorytetem może być każdy. Zacznijmy więc od siebie...

 



Rozmyślania...

wtorek, 29 października 2013 8:24

 

   Jeszcze miesiąc i wszyscy rzucimy się w wir przedświątecznych zakupów. Ale większość sklepów już teraz oferuje bogaty asortyment różnych produktów – od odzieży i artykułów gospodarstwa domowego, aż po książki, kasety i płyty.
   Wybór jest naprawdę imponujący, a wchodząc do sklepu można dostać przysłowiowego oczopląsu. Z jednym jest tylko problem. Nie na wszystko można sobie pozwolić, bo choć od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej upłynęło niewiele lat, to z cenami już dawno tę Europę prześcignęliśmy. O ile nie denerwuję się tak bardzo, gdy nie stać mnie na zakup kolejnej lodówki czy pralki firm Mastercook, Bosch, Amica, kolejnego garnituru od Pierre’a Cardina, choć drugi raz w ciągu roku nie zmieniam samochodu, to bardzo złości mnie fakt, że stojąc przy pełnych półkach księgarskich zastanawiam się: kupić tę książkę, czy odłożyć ją z powrotem na półkę. A przecież czytanie książek jest moją podstawową powinnością i warsztatem pracy, jak, powiedzmy, dla sprzątaczki odkurzacz, wiadro, szczotki, szmaty, środki czystości itp.
   Jak więc mam dobrze wykonywać swoją pracę? Ktoś powie, że mogę skorzystać z biblioteki. Otóż nic bardziej mylnego. Biblioteki w dobie rozwoju gospodarki rynkowej nie mają po prostu pieniędzy na zakup książek, a te książki, które kupują, absolutnie nie nadają się do wykonywania jakiejkolwiek pracy – chyba, że pracą można nazwać popołudniowy wypoczynek przy lekturze Harlekinów.
   Książki są w Polsce za drogie. Dotyczy to również płyt kompaktowych. Ich bardzo wysokie ceny blokują dostęp, zwłaszcza młodym ludziom, do kultury masowej. Proste wyliczenia sugerują, że krociowe zyski zgarniają przy tym wydawnictwa i firmy fonograficzne. Piractwo jest wprawdzie nielegalne, i słusznie, ale w rozumieniu rynkowym uchodzi za „zdrowy” sposób upowszechniania kultury. Niektórzy mówią, że jest to jednak myślenie powierzchowne i schematyczne. Może i tak jest, wcale nie przeczę. Nie popieram również piractwa, ale z drugiej strony chyba nie jest normalne, kiedy w kraju o 60-procentowym wtórnym analfabetyzmie przeciętna powieść współczesna lub płyta kompaktowa k sztuje w granicach 50-60 złotych. Kogo na to stać? Bo mówię tu o 80% Polaków, a nie o tych, którzy w domach zamiast książek, mają na półkach skórzane grzbiety ksiażkopodobne. Wiem, że wyprodukowanie płyty, opłacenie muzyków, studiów, promocja, to ogromne nakłady finansowe. Skoro jednak firmy fonograficzne narzekają, że są okradane, to może pewną przeciwwagą dla piractwa byłoby zmniejszenie o połowę ceny swoich produktów. Gdybym musiał zapłacić za płytę 20, a nie 60 złotych, to na pewno nie kupiłbym pirackiej. A zamiast jednej czy dwóch płyt miesięcznie miałbym ich cztery czy pięć. Sadzę, że byłoby to z pożytkiem i dla mnie, i dla wykonawców, i dla firm fonograficznych. Nikt nikogo nie okradałby.
   Gorzej jest natomiast na rynku księgarskim. Piractwo książkowe nie jest tak bardzo rozpowszechnione, gdyż naród i tak mało czyta, a ta zdrowa część społeczeństwa, która chciałaby czytać, nie może, bo jej na to nie stać. W sytuacji, kiedy życie zalewane jest przez elektroniczne środki masowego przekazu, stosowanie takiej polityki jest tylko przysłowiowym gwoździem do trumny i tak zdegenerowanego społeczeństwa. Zaczynam się zastanawiać nad tym, czy komuś czasami nie zależy na tym, żeby społeczeństwo czytało jak najmniej.
   Kultura i sztuka były zresztą zawsze kulą u nogi wszystkich systemów, więc trudno dziwić się, że jest coraz gorzej. A pytanie o to, czy w najbliższym czasie coś zmieni się na lepsze jest tak samo retoryczne, jak to, czy Witkacy wstąpiłby do partii robotniczej, gdyby przedwcześnie nie zakończył swojego życia i przeżył wojnę? To drugie pytanie jest jednak bardziej prawdopodobne, bo być może Witkacy uznałby ten fakt, jako jeden z ważnych elementów swojego niekonwencjonalnego życia. Międzywojenna bohema artystyczna znana była z tego typu poczynań, więc wyobrażenie sobie Witkacego, jako działacza partyjnego, który na kolejnym plenum, objaśnia swoim współtowarzyszom znaczenie dramatu „Wariat i zakonnica” jest czymś zupełnie normalnym. Zresztą jeżeli ktoś ma szerokie horyzonty może i wyobrazić sobie to, że po nowym roku wchodzi do księgarni i widzi oprawione w skórę powieści współczesnej literatury polskiej i obcej po np. 5 złotych lub niepirackie płyty kompaktowe po 20 złotych.
   Wszystko to może się stać za sprawą naszej wyobraźni, co chcielibyśmy dostać od Świętego Mikołaja pod choinkę. Ja chciałbym dostać od naszych polityków i parlamentarzystów ustawę, która raz na zawsze załatwiłaby wszystkie sprawy kultury, żeby nie była ona kartą przetargową do wystawienia inkrustowanej polichromii jakiegokolwiek przymusu bądź udawania, że przecież nie jest aż tak źle. A tak na marginesie, książki mają być nawet po 5 złotych – tak mówił Witkacy – w 1924 roku.



Rozmyślania...

wtorek, 22 października 2013 14:40

 

   Znowu sukces? Kraków otrzymał prestiżowy tytuł Miasta Literatury UNESCO i stał się siódmym miastem na świecie, które uzyskało ten elitarny tytuł. Wcześniej tytuł ten otrzymały: Edynburg, Melbourne, Iowa City, Dublin, Reykjavik i Norwich. Jest zarazem w tym gronie drugim (obok Reykjavíku) miastem nieanglojęzycznym. Jak się okazało poparcie dla starań Krakowa wyraziło ponad 150 pisarzy z całego świata, wśród nich m.in. Herta Müller, Orhan Pamuk, Mario Vargas Llosa i Eduardo Mendoza, Amos Oz i Zadie Smith.

   Miasto starało się o zaszczytny tytuł od 2010 roku. Miało mocne atuty. Tu obywają się główne spotkania poetów i pisarzy z całego świata na Festiwalu Literackim im. Czesława Miłosza i Międzynarodowym Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada.

   Działa Instytut Książki, promujący literaturę polską w świecie (m.in. przyznaje nagrodę Transatlantyk i wspiera programy literackie). A także wiele innych instytucji, stowarzyszeń i bibliotek literackich (Biblioteka Jagiellońska, Biblioteka Czartoryskich, Biblioteka Naukowa PAU i PAN).W Krakowie odbywają się kolegia tłumaczy, zjazdy humanistów i poetów. Fundowane są stypendia pobytowe (przy wsparciu Willi Decjusza) i przyznawane literackie nagrody (najnowsza Nagroda im. Wisławy Szymborskiej ustanowiona została na mocy testamentu poetki).

   Kraków jest historycznym i współczesnym centrum akademickim i intelektualnym Europy. Miastem, w którym działało wielu twórców: Stanisław Wyspiański, Stanisław Przybyszewski, Karol Wojtyła, Tadeusz Kantor, Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Andrzej Wajda, Adam Zagajewski. Mieszkało tu także dwoje Noblistów: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska

   Zastanawiam się tylko, jak to się ma do tego, co dzieje w naszej narodowej literaturze, pełnej zawiści, pomówień, obłudy i zakłamania?

 



Do wszystkich niedostępnych brzegów...

poniedziałek, 14 października 2013 15:21

 

   Wreszcie promocja mojej nowej książki w rodzinnym mieście. Wcześniej prezentowałem ją w wielu miasta Polski. Mówią, że najtrudniej jest u siebie i to jest chyba prawda. Nie będę się rozpisywał o swojej imprezie. Lepiej zrobiła to Ania Andrych, pisząc poniższy tekst: W sobotę, 28 września, sala widowiskowa Domu Kultury w Zelowie była wypełniona po brzegi. Rzadko się zdarza, żeby tyle osób – przyjaciół, znajomych, poetów i sympatyków poezji przybyło na promocję książki. A książka  to znamienna w twórczości Andrzeja Dębkowskiego. Minęło 15 lat od 1998 roku, w którym tom poetycki  pt. „Paryż nie jest taki piękny” potwierdził rangę twórczości Dębkowskiego. Przyznano mu nagrodę za najciekawszą książkę poetycką roku na XXI Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim w Poznaniu. Wiersze zamieszczone w ostatnim tomie pt. „Do wszystkich niedostępnych brzegów...” świadczą o jeszcze wyższym poziomie i skoncentrowaniu się autora na sprawach istotnych – dla niego i dla czytelnika, który dzięki niemu odkrywa, co tak naprawdę jest w życiu człowieka ważne. Te wiersze zawierają pokaźny potencjał wiedzy, mądrości, ludzkiej i poetyckiej wrażliwości. Sam autor powiedział, że »pisze tylko wtedy, kiedy ma coś właśnie naprawdę ważnego do powiedzenia«. Nie dotyka błahych tematów. Poznaje, co jest dobrem, a co złem. Wiersze mają przekazywać istotne spostrzeżenia i przemyślenia. Liczy się dla niego chęć odkrywania, poznawania niedostępnych, nieodkrytych i nienazwanych jeszcze „brzegów” egzystencji, drogi człowieka, miejsc i ludzi, których spotyka w swoim życiu. Historia przodków, często  bolesna (np. w obliczu zdarzeń wojennych). Najważniejsza jest dla niego świadomość ciągłości historycznej  –  skąd jestem, dokąd idę i w jakim celu. Kto nie pamięta przeszłości, nie ma przyszłości.

   O wierszach Andrzeja Dębkowskiego z książki „Do wszystkich niedostępnych brzegów...” obszernie wypowiedział się Tadeusz Zawadowski, poeta, krytyk literacki, członek warszawskiego oddziału ZLP i Klubu Literackiego TOPOLA w Zduńskiej Woli. Przytoczył fragmenty wierszy, dla podkreślenia ich przekazu i własnej interpretacji. Nadmienił, jak ważna jest dla Andrzeja świadomość nie tylko historyczna, ale i dotycząca kultury. Autor zamieścił w książce również wiersze, gdzie wraca do świata dzieciństwa i młodości, który stanowił tworzywo jego późniejszej dojrzałości i sposobu postrzegania świata. Pisze o potrzebie ocalania w nas człowieczeństwa i pamięci. Stawia pytania najprostsze – o sens i istotę tworzenia, a także o to, czy istnieje w nas potrzeba szukania dobra, piękna i miłości w drugim człowieku. Zawadowski odwoływał się również do wieloletniej przyjaźni z Dębkowskim, poznawaniu genezy wielu wierszy i  dobrej znajomości całej jego twórczości. Przypomniał zebranym, że ten poeta, krytyk literacki, członek Zarządu Głównego ZLP, jest przecież także znanym w Polsce i poza jej granicami publicystą, eseistą, dziennikarzem i wydawcą. Był uhonorowany m.in. Medalem Labor Omnia Vincit (Praca Wszystko Zwycięża) Towarzystwa im. Hipolita Cegielskiego w Poznaniu.

   Po wnikliwej analizie poetyckich strof, w skupieniu, zasłuchaniu i podziwie licznie zebrani obejrzeli  widowisko, a raczej – spektakl słowno-muzyczny, w wykonaniu Katarzyny Pietrzak i Andrzeja Dębkowskiego. Slajdy, zdjęcia, umiejętnie dobrane, były istotnym spoiwem wierszy – sugestią, obrazowaniem myśli, zdarzenia, przesłania.

   Dyrektor Domu Kultury w Zelowie, Małgorzata Dębkowska, która  otworzyła na początku całe spotkanie promocyjne i przedstawiła  autora książki oraz jego wszelkie dokonania, poprosiła po spektaklu Pawła Kuszczyńskiego  –  Prezesa Oddziału Poznańskiego Związku Literatów Polskich o zabranie głosu. W ciepłych słowach opowiedział  o swojej wieloletniej znajomości z autorem książki i wzajemnych serdecznych relacjach, a także o ważnej roli jaką pełni Dębkowski dla poznańskiego oddziału ZLP i jego wielu członków. Przedstawił Andrzeja, jako zelowskiego „patriotę”, który urodził się w Zelowie, z nim związał całe swoje życie i działalność, a na każdym krańcu naszego kraju opowiada w samych superlatywach i zachwytach o swoim mieście i wielu jego niezwykłych mieszkańcach. Opowiedział  też o swoich refleksjach, po obejrzeniu tego miasta z bliska, podkreślił, że miarą uznania i sympatii dla samego Dębkowskiego jest sala widowiskowa  pełna ludzi na promocji jego książki.

   Zaproszenie do zadawania pytań nie pozostało bez odpowiedzi. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że Andrzej Dębkowski to najlepszy piłkarz wśród poetów, członek drużyny piłkarskiej Oldboy’ów w Zelowie. A także o możliwości obejrzenia w najbliższym czasie fragmentu wystawy jego fotografii (zdjęcia twarzy), która zostanie także zaprezentowana w Teatrze Zdrojowym im. M. Ćwiklińskiej w Polanicy Zdroju.

   Obecni na sali byli nie tylko mieszkańcy Zelowa. Z Poznania przyjechali – Paweł Kuszczyński i Kalina Izabela Zioła, która zafascynowana wydarzeniem, wiele ważnych i ciekawych chwil w trakcie promocji oraz wiele osób w niej uczestniczących uwieczniła na licznych zdjęciach. Byłam i ja obecna, dojeżdżając do Zelowa z mojej rodzinnej Zduńskiej Woli z Ewą i Tadeuszem Zawadowskimi. Wszyscy czuliśmy się uraczeni nie tylko wyborną, z najwyższej półki poezją, ale też serdecznością zelowian, rodziny Andrzeja. Ważne było też dla nas i miłe spotkanie z koleżankami i kolegami po piórze oraz zaprzyjaźnionymi  pracownikami placówek kultury i oświaty, m.in. z Bełchatowa, Piotrkowa Trybunalskiego, Łasku. Zduńskiej Woli, Sieradza, Łodzi, Warszawy, Częstochowy, Kluczborka.

   Zwieńczeniem tak ciepłych relacji międzyludzkich był poczęstunek, wybór dobrego jadła i trunku.

 

 P9280652_1000x593_1000x593.jpg

 

 P9280663_767x593.jpg

 

 

P9280692_1000x549.jpg

 

 

P9280685_1000x691.jpg

 

 

P9280722_638x777.jpg

 

 

P9280750_881x777.jpg

 

 

P9280759_564x777.jpg

 

 

2013-09-30_131923.jpg

 



Rozmyślania...

czwartek, 10 października 2013 22:05

 

   Jesień przychodzi czerwienią, brązami i żółcią. Zamienia resztki zieleni w ogniste plamy, barwi połacie dzikiego wina, oplatającego płoty, słupy, a nawet drzewa, które wyglądają, jakby poprzebierały się na wielki bal. Świadomość, że lato odeszło bezpowrotnie nie nastraja radośnie, ale ten rodzaj jesieni sprawia, że daje się jeszcze mieć nadzieję, że przeżyjemy jeszcze coś, co na długo zostanie nam w pamięci.
   Moja jesień pachnie w tym roku grzybami i wyschniętymi wysokimi trawami. W mojej „dziczy” one zawsze budziły mój podziw i zachwyt, ale teraz stały się jakieś majestatycznie piękne. Stoją dumnie nad licznymi rozlewiskami, tworząc jakby nieprzeniknione płoty, zielono-żółte parkany, za którymi rozpościera się królestwo zmąconej przez żaby i ryby gliniastej wody oraz moczarki. Stąd już tylko krok do małych brzozowo-sosnowych zagajników, pełnych w tym roku borowików, czerwonych i szarych koźlaków, i maślaków. Jednak te ostatnie nie nadają się praktycznie do spożytkowania. Susza zrobiła swoje, stały się źródłem pożywienia dla robaków. Niemniej jednak samo obcowanie z przyrodą jest chyba jednym z największych darów, z jakiego my – jako ludzie – możemy korzystać.
Jednak najbardziej pozostanie w mojej pamięci ostatnia niedziela lata. To był czas niezwykłej, niepowtarzalnej pogody, połączonej z przeżywaniem metafizycznych wręcz uniesień. Ileż trzeba było lat, żeby doświadczyć, że najbliższe obcowanie z naturą i wśród natury jest tym, czego tak naprawdę człowiek potrzebuje. A niebo oglądane z ziemi poprzez pryzmat traw wyzwala w nas wszystkie najcudowniejsze emocje. Czegóż nam więcej potrzeba do życia, szczególnie wtedy, kiedy nie tylko zapach przekwitających ziół doprowadza nas na skraj euforii. Przecież tak niewiele potrzeba jest człowiekowi, żeby dotknął niemożliwego, żeby owo niemożliwe stało się faktem i sprawiło, że przecież to tak naprawdę jest istotą człowieczeństwa...

DSCF0255_1000x750.jpg

 

PA050855_1000x750.jpg

 

PA050859_1000x693.jpg

 

PA050838_1000x750.jpg

 

PA050862_980x750.jpg

 



Czeremchowe lasy...

piątek, 06 września 2013 19:48

 

   Czeremchowe lasy... Piękne, gęste, niewysokie. Pełne wydłużonych liści, lancetowatych i błyszczących na wierzchu. Gdy w czeremchowe lasy zawita słońce jesieni pięknie się przebarwiają. Wyjątkowo wyglądają, gdy poranki są już mgliste, a powietrze zimnieje coraz bardziej. Kiedy czeremchę się pokocha, miłość do niej nie przemija...

   Rośnie ona najczęściej tam, gdzie inne krzewy nie chcą rosnąć. A owoce ma przednie... Dlatego chętnie korzystają z nich ptaki i zwierzęta, a dla ludzi mądrze wykorzystane są alternatywą dla antybiotyków.

   Można owoce również suszyć i używać do sporządzania naparu, odwaru, jako składnik herbatek aromatycznych ziołowo-owocowych o charakterze profilaktyczno-leczniczym. Zawierają cukry, pektyny, kwas jabłkowy, cytrynowy, askorbinowy (mnóstwo witaminy C), sole mineralne, rutynę, garbniki i wiele innych.

   Ich pestki mają migdałowy zapach i smak, bo zawierają glikozydy cyjanogenne, podobnie jak kora i świeże pędy.

   Czeremcha najlepiej nadaje się do sporządzania nalewek. Niektórzy mówią, że królową nalewek jest dereniówka... Nie, to nalewka z czeremchy jest niepowtarzalna. W tym roku krucho jest z czeremchą. Nie obrodziła. Gdzieniegdzie można znaleźć resztki cudownie czarnych owoców, ale trzeba się nieźle „naskubać”...

   Do zimy jeszcze daleko, ale smak i zapach czeremchowej nalewki przypomina nam, że da się ją jakoś przeżyć...

 

prunus_serotina500.jpg 

Czeremcha

 



Rozmyślania...

czwartek, 29 sierpnia 2013 12:12

 

   Współczesny świat coraz bardziej brutalizuje się. Dziś znacznie częściej, niż przed laty możemy zostać napadnięci na ulicy i obrabowani lub zabici. W pracy nas poniewierają, w życiu publicznym zniewalają, oszukują i upokarzają. Oszuści i kryminaliści wygodnie usadowili się już nawet na najwyższych urzędach, a pospolici bandyci, mordercy i terroryści – nie tylko dorośli, ale już dzieci – są coraz odważniejsi, ponieważ bywają bezkarni. Wszystko – co porządne – legło w gruzach, bo już nawet przyzwoitość jest przez większość uważana za naiwność, a krętactwo i złodziejstwo stało się powszechne. Bycie nieprzyzwoitym jest postrzegane jako coś niesamowitego – młodzi nazywają to trendy, bądź „cool”.

   Jak więc dzisiaj tworzyć (upowszechniać) kulturę o wartościach nieprzemijalnych, którą jednocześnie chciałaby oglądać publiczność masowa? Mówienie o takiej kulturze jest dziś szczególnie trudne, gdyż rozrywkowa sztuka i kultura wprowadzają do powszechnego obiegu jakości wynikające nie z wartości prezentowanych treści, lecz np. z doskonałości technicznej urządzeń tej rozrywce służących. Niestety, funkcjonują one jako wartości zastępcze. Na przykład, przeciętny słuchacz muzyki młodzieżowej nie ocenia już samej muzyki – on słucha sprzętu. Sztuczna rzeczywistość wydaje się spełnieniem marzeń o lepszym świecie. Należałoby zadać pytanie, dlaczego tak się dzieje?... Odpowiedź jednak wydaje się prosta...

   Uwielbiam chodzić na targi i odpusty, i podglądać ludzi, gdzie wkoło pełno tandetnych produktów. Czapeczek, butów, sztucznych ubrań, kolorowych, plastikowych wiatraczków, pierścionków, wisiorków, pistoletów i mnóstwo innych szalenie „interesujących” rzeczy. Spacerując między straganami, mam przed oczyma cały przekrój społeczny – od dystyngowanych pań wybrzydzających niemal wszystko, ale jednak całymi godzinami przebierającymi w „tandetnych, wiklinowych wiankach”, po poszukiwaczy skarbów leżących w stosie szmelcu zbieranego na niemieckich śmietnikach... I co dziwniejsze – nikt nie wychodzi z pustymi rękami... To jest właśnie ta odpowiedź na wcześniej postawione pytanie.

   Życie duchowe przeciętnego obywatela zostało zastąpione rynkiem towarowym, a doskonalenie się wewnętrzne – bogaceniem się oraz coraz większą obojętnością na rzeczywiste problemy stojące przed nami. Tylko kultura wyrafinowana jest prawdziwą kulturą, szczytowym osiągnięciem ludzkiego ducha w tej dziedzinie; kultura masowa jest obniżeniem życia duchowego do bardzo niskiego poziomu banału i przeważnie głupiej, jeżeli nie wulgarnej, rozrywki.

 



Rozmyślania...

piątek, 23 sierpnia 2013 19:24

 

   Czas płynie niczym wzburzona rzeka. Przecież niedawno dzieci i młodzież rozpoczęły wakacje, a tu pora zbierać się do szkoły. Lipiec i sierpień minęły szybko. Może i dlatego, że liczba i różnorodność działań nie pozwalały na nudę. Trudno zresztą mówić o nudzie, kiedy nie ma czasu nawet na sen...

   Mnóstwo wyjazdów – bliższych i dalszych, takich z pogranicza służbowych, jak i tych, na które się czeka, a później tęskni i mile wspomina. Do takich zawsze należy ekspedycja pod nazwą »Zakopane«. Noclegi jak zwykle u Zosi i Józia Stopków, moich odwiecznych przyjaciół z Krzeptówek. Śmieliśmy się z Zosią, że znamy się już chyba od 1627 roku... Dlaczego taka data? Bez powodu, ale ładnie brzmi, kiedy bawimy się i często wspominamy od kiedy do nich jeżdżę. A u Stopków zatrzymuje się już chyba połowa Zelowa – Zosia zawsze powtarza: – Andrzej, rozsyłaj wici, niech przyjeżdżają!

   Góry tego lata były piękne. Górale powiadali, że takiego lata nie było od 92 lat. Codziennie upały powyżej 30 stopni i ani kropli deszczu. Toteż wyprawy w wyższe partie gór były tyle fascynujące, co niebezpieczne – łatwo o udar słoneczny w wysokich Tatrach. Ale za to zdjęcia wyszły rewelacyjnie, chociaż jeszcze dwa miesiące temu zastanawiałem się, czy dam radę wejść tak wysoko z powodu problemów w kolanem. Spisywało się jednak doskonale.

   6 sierpnia w Domu Pracy Twórczej „Astoria” w Zakopanem miałem spotkanie autorskie. Stasiu Nyczaj w Kielc to wszystko nakręcił, więc trzeba było skorzystać. Publiczność dopisała nadzwyczaj dobrze. Oprócz znajomych i znajomych znajomych było wielu przyjaciół. Jak się okazuje internet bywa czasami bardzo przydatny. Wysyłasz wiadomość i już pół Polski wie, co robisz...

 

 

* * *

 

   15 sierpnia zmarł w Nicei Sławomir Mrożek. Dużo się o nim mówiło, stacje prześcigały się w newsach dotyczących życia wybitnego dramaturga i pisarza. Przypominały o jego przeszłości, o stosunku do Polski, o jego wyjazdach, ucieczkach i powrotach. Ta ostatnia „ucieczka” także była niezrozumiała. Kraków, pełen wybitnych literatów chyba nie do końca mu się podobał. Miłosz, Szymborska, Zagajewski... i on, Mrożek... Aż tylu noblistów i prawie noblistów w jednym miejscu. Widocznie nie dawał sobie z tym rady, choć wierzył, że jednak może on tym razem. Ale zapragnął, żeby go pochować w grodzie nad Wisłą... Dziwne...

 

* * *

 

   Mnóstwo działo się w sierpniu kulturalnie. Najpierw kolejny koncert z cyklu Kolory Polski, który organizuje od wielu lat Filharmonia Łódzka. Kwartet Cello Fun wręcz brawurowo wykonał Suitę na wiolonczelę i trio jazzowe (1984) Claude’a Bollinga, znakomitego francuskiego pianisty jazzowego, kompozytora i aranżera. W zaprezentowanym podczas koncertu utworze dał się poznać, jako twórca przekraczający granice pomiędzy dwoma, wydawać by się mogło bardzo odległymi światami: królestwem muzyki klasycznej i światem jazzu. Wykonanie Suity w Zelowie było polską publiczną premierą tego znakomitego dzieła – wcześniej dokonano tylko nagrania studyjnego.

   Przez dwa dni miały miejsce Dni Zelowa, wielka wielopłaszczyznowa impreza. Dużo pracy, ale i wiele satysfakcji, że wszystko się udało...

 



Claret Gospel – super star

wtorek, 23 lipca 2013 18:47

 

   Wczorajszy koncert grupy ewangelizacyjnej Claret Gospel z Wybrzeża Kości Słoniowej z Misji Klaretyńskiej – Abidjan-Vridi, prowadzonej przez ojców ze Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów, będę długo pamiętał. Grupa olśniła i oczarowała bez mała tysięczną publiczność zgromadzoną w kościele rzymskokatolickim w Zelowie, która przybyła na drugi koncert w ramach XIX Letnich Koncertów Festiwalowych, organizowanych przez pracowników Domu Kultury w Zelowie.

   Nasi czarni bracia z misji na Wybrzeżu Kości Słoniowej, zaproponowali  wspólną modlitwę i zabawę w stylu „Gospel” oraz jej odmiany zwanej „Negro”. A ponieważ artyści wykonywali utwory w języku angielskim, francuskim, polskim i licznych językach etnicznych (Wybrzeża, Gany, Burkina Fasso, Mali, Afryki Południowej), koncert był niezwykłym i niepowtarzalnym wydarzeniem artystycznym. A biorąc jeszcze pod uwagę piękne kreacje, zaprojektowane i szyte przez specjalistów afrykańskich, można powiedzieć, że taki koncert ogląda się raz na kilka, a może nawet na kilkanaście lat.

   Jednak nie tylko muzyką gospel artyści chwalili Pana. Ten koncert był doskonałą okazją, do spotkania z kulturą afrykańską: bębny, kalabasty, grzechotki, kastaniety, djembe, balafony i inne afrykańskie instrumenty ukazywały prawdziwe oblicze serca Afryki.

   Zespół Claret Gospel powstał w 2002 roku. Od początku swego istnienia związany jest z Kościołem Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie na co dzień stanowi grupę liturgiczną. Jego głównym celem jest prowadzenie modlitwy uwielbienia poprzez muzykę i dzielenie się słowem Bożym podczas koncertów, spotkań modlitewnych, czuwań, nabożeństw. Nazwa zespołu wskazuje na muzyczne fascynacje artystów. Bliska jest im „czarna” muzyka, ale nie jest im obca także muzyka klasyczna.

   W repertuarze zespołu dominowała jednak muzyka gospel, którą artyści wykonywali z największą radością. Kiedy patrzyło się na ich występ, miało się wrażenie, że najbardziej oryginalnymi byli wtedy, kiedy tańczyli. Trudno jest opisać ich tańczących, po prostu trzeba to zobaczyć. A była to pełna gama barw Afryki – radość, energia, optymizm...

   Claret Gospel śpiewał o radości, miłości i pokoju. Przekazywał te wartości, za którymi świadomie lub nieświadomie tęskni każdy człowiek. Śpiewali o niesprawiedliwości, wojnie, o tym, co boli. Chórzyści pochodzą z biednych, a niektórzy nawet z bardzo biednych rodzin. Znajdują się w różnych sytuacjach życiowych, jedni studiują, pracują, a jeszcze inni poszukują pracy.

   Trudna sytuacja w ich kraju nie przeszkadza im jednak robić tego, co kochają. Mówią, że dzięki śpiewaniu otrzymują wiele łask bożych, za które są Bogu wdzięczni.

   W roku 2002 Claret Gospel po raz pierwszy odwiedził Polskę, w czasie bardzo trudnym dla Wybrzeża Kości Słoniowej z racji trwającej wojny domowej. Tourne ewangelizacyjne było jedną wielką modlitwą o pokój w tym kraju. Chór występował i dawał wiele koncertów w wielu kościołach w różnych miastach Polski, brał udział w akcjach charytatywnych, był w domach opieki nad niepełnosprawnymi oraz w więzieniach. Ich koncerty to porywające widowiska, które zapełniają kościoły, sale koncertowe z rozśpiewaną i roztańczoną publicznością. Każdy koncert jest nieustanną modlitwą o pokój w Afryce, do której zachęca się wszystkich uczestników koncertów – jest świadectwem entuzjazmu, wiary i wszystkiego tego, co daje Jezus Chrystus. 

   Claret Gospel ubarwił w niezwykły sposób naszą zelowską rzeczywistość i na długo pozostanie w naszej pamięci.

 

P7220886_600x450.jpg

 

P7220878_600x450.jpg

 

P7220872_600x442.jpg

 

P7220825_600x450.jpg

 

P7220819_411x450.jpg

 

P7220784_600x450.jpg

 



poniedziałek, 26 września 2016

Licznik odwiedzin:  332 896  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Andrzej Dębkowski, poeta, krytyk literacki, publicysta, eseista, dziennikarz i wydawca. Autor szkiców i esejów krytycznoliterackich.

Urodził się w 1961 roku w Zelowie, gdzie mieszka do dzisiaj. Studiował w Wyższej Szkole Oficerskiej im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu. Jest absolwentem Państwowego Studium Oświaty i Kultury Dorosłych w Warszawie. Redaktor naczelny „Gazety Kulturalnej”.

Debiutował w 1988 roku w miesięczniku „Do Przodu”. Publikował swoje wiersze m.in. w „Wiadomościach Kulturalnych”, „Okolicy Poetów”, „Gazecie Kulturalnej”, „Literackiej Polsce”, „Metaforze”, „Sycynie”, „Akancie”, „Siódmej Prowincji” oraz w kilkudziesięciu antologiach i almanachach – w prasie krajowej i zagranicznej.

Jest laureatem kilkudziesięciu konkursów literackich, wielu nagród i wyróżnień. Jego wiersze tłumaczono na język włoski, czeski, litewski, białoruski, serbski, ukraiński, węgierki, rosyjski i wietnamski. Opublikował: „Wierzyć w siebie” (1993), „Wiersze nowe i wybrane” (1995), „Wiersze wybrane” (1996), „Paryż nie jest taki piękny...” (1998) – poetycka książka roku XXI Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu w 1998 roku, jest autorem zbioru felietonów „Magiczne pomysły. Felietony” (2001) oraz książek: „Kiedy umiera poeta, umiera świat. Rozmowy z ludźmi pióra” (2004), „85 lat dla miasta. Historia Zelowskiego Klubu Sportowego Włókniarz” (2007).

Współpracuje, jako publicysta i eseista z prasą kulturalną w kraju i za granicą. Należy do Związku Literatów Polskich.

O moim bloogu

Na blogu znajdują się publikacje Andrzeja Dębkowskiego

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 332896
Bloog istnieje od: 3169 dni