Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 728 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Poetycko (29)...

sobota, 12 maja 2012 22:35

 

Sugestie

 

po rdzawych schodach

pod drżącymi stopami

spływają potoki łez

wydostają się na ulice

i toną za kratami kanalizacji

nie rozkładają się na kwitnących trawnikach

nie roszą uschniętych traw

szukają kamiennego bruku

i odchodzą

pogrążając się w cierpieniach

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331086974,trackback

Rocznica?

środa, 09 maja 2012 15:33

 

     Mija kolejna rocznica zwycięstwa nad faszyzmem. I co z tego? Kogo to obchodzi, że przed 67. laty zakończyła się w Europie najstraszliwasza z wojen? Kto pamięta o tych, którzy oddali swoje życie dla Ojczyzny. No tak, zapomniałem, że zroblili to także ci, którzy uważani są za nieprawomyślnych wyzwolicieli, że zostali oni wykorzystani do rozgrywek politycznych Stalina. Tak, to prawda! Ale trzeba także pamiętać i o tym, że w 1945 roku na defiladę w Londynie, zostali zaproszeni wszyscy alianci — oprócz Polaków...

     Więc może mi ktoś powie, kto tak naprawdę jest nieprawomyślny?

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331079701,trackback

Tymoszenko a sprawa EURO...

niedziela, 06 maja 2012 22:12

 

     Była premier Ukrainy i jeden z filarów pomarańczowej rewolucji, Julia Tymoszenko, siedzi w więzieniu. Skazano ją na siedem lat więzienia za malwersacje finansowe. Był to proces unikatowy, bo po raz pierwszy od niepamiętnych czasów doszło w Europie do wyjątkowego zdarzenia. Były premier poszedł za kratki, jak zwykły obywatel, a nie ktoś wyjęty spod prawa, tym bardziej, że jest to polityk namaszczony przez Boga i naród. Nie wiem, czy Julia Tymoszenko została skazana słusznie, czy pewne dokumenty zostały przez obecną władzą sfabrykowane – jest jednak pewne, że nie wszystko jest tak, jak argumentuje sama poszkodowana. Ludzie, którzy „wyrwali się” z objęć poprzedniego, komunistycznego systemu zapominają, że w demokracji obowiązuje zasada równego traktowania przez prawo wszystkich obywateli. Czy przypadkiem niektóre zawody szczególnie nie wymagają moralnego prowadzenia się ich przedstawicieli?

     Od jakiegoś czasu Tymoszenko uskarża się na silne bóle kręgosłupa, które nie pozwalają jej na samodzielne chodzenie. Władze więzienne podobno ją brutalnie traktują, więc rozpoczęła głodówkę. Córki Julii Tymoszenko twierdzi, że władze kolonii karnej w Charkowie nie zezwalają jej na spotkanie z matką.

     Nagle, część zachodnich polityków zaczęła nawoływać do bojkotu EURO 2012, w części obejmującej Ukrainę. Przedstawicielstwo Unii Europejskiej w Kijowie poinformowało, że wszyscy unijni komisarze podzielają stanowisko szefa Komisji Europejskiej — i tak jak on nie przyjadą na imprezy związane z EURO 2012 na Ukrainie.

     Jak zwykle w takich sytuacjach pierwszy w Polsce wezwał do bojkotu mistrzostw prezes PiS, sugerując nawet to, żeby mecz finałowy odbył się w Polsce. Rzecz to niesłychana, tym bardziej, że chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że to właśnie my, Polacy i Ukraińcy jesteśmy organizatorami imprezy. A więc mamy bojkotować to, co sami robimy?...

     Sprawa Tymoszenko, nie jest na pewno jednoznaczna i prosta do oceny, ale na Boga, jeżeli już ktoś chce protestować i wzywać do bojkotu, to niech bojkotuje prezydenta Janukowycza, a nie imprezę sportową. Zastanawiam się tylko, gdzie byli dotąd, ci »wybitni mężowie stanu«, tak łatwo ferujący wyroki, z gabinetów swoich urzędów. Z oddali zawsze jest najłatwiej, będąc schowanym za bezpiecznym murem niewiarygodnie wysokich uposażeń. O ile dobrze pamiętam, to jakoś nikt nie wzywał do bojkotu igrzysk w Pekinie, zdając sobie sprawę z tego, że z wielkim (jeśli już nie największym) mocarstwem na świecie trzeba się liczyć. Wprost przeciwnie, wszyscy chętnie pojechali za Wielki Mur...

     Nikt z przywódców dużych krajów nie protestuje także z powodu łamania praw człowieka w Rosji. A do bojkotu EURO na Ukrainie zaprotestował nawet prezydent USA. Wielkie mi bohaterstwo! Obłuda i zakłamanie! Gdyby nie EURO 2012 nikt nie kiwnąłby palcem w sprawie Julii Tymoszenko. Skończyłaby pewnie marnie w jakiejś kolonii karnej, zapomniana przez Boga i ludzi.

    Najłatwiej jest doradzać tym, którzy nie ponoszą z tego tytułu żadnej odpowiedzialności. Najłatwiej apelować do premiera, prezydenta, żeby zajęli stanowisko, żeby pogrozili Ukrainie palcem, najlepiej, żeby wysłać tam wojsko i odbić biedną panią premier. Nikt tylko nie zastanawia się nad konsekwencjami politycznymi i dla polityki zagranicznej UE, i samej Polski.

     Bojkot EURO na Ukrainie uderzy w nasze interesy, może też rzutować na straty polskich przedsiębiorców, którzy zaangażowali się w to przedsięwzięcie, a najgorsze jest to, że spycha Ukrainę w ręce Rosji. I tak źle i tak niedobrze.

     Jedno jest pewne, próby upolityczniania wydarzeń sportowych są destrukcyjne, a nawoływanie do bojkotu EURO 2012 szkodzi nie tylko wizerunkowi tej imprezy, ale przede wszystkim milionom zwykłych Ukraińców. Jeden z najważniejszych przedstawicieli ukraińskiej opozycji, Arsenij Jaceniuk, zaapelował do Europejskich polityków, by nie bojkotowali mistrzostw na Ukrainie. Ale kogo to tak naprawdę obchodzi...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331072129,trackback

Poetycko (28)...

piątek, 04 maja 2012 19:27

 

Bez wyjścia

 

zamykamy nienawiść

w szufladach przyzwyczajeń

po drogach przerażenia

maszerują nagie fakty

dopisywane nieuchwytnymi pojęciami

naszej wyobraźni

lekko stawiają stopy

na niewidzialnych grobach swoich przodków

ponure

ślepe twarze

krzyczą i umierają

zostawiając omdlałe gwiazdy

nieporuszone cienie

które spoglądają

na płaczącą ziemię

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331066321,trackback

Najdłuższy weekend nowoczesnej Europy...

czwartek, 03 maja 2012 22:01

 

     Nie myślałem, że tegoroczny, bardzo długi kwietniowo-majowy weekend spędzę w Zakopanem. Co prawda już dużo wcześniej moja przyjaciółka, poetka Ewa Bartkowiak (vel Marlena Zyngier), mówiła mi, że szykuje w Harendzie wielkie widowisko z okazji 125. rocznicy urodzin Marii Kasprowiczowej, ale do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy mój wyjazd dojdzie do skutku. Jednak wszystko ułożyło się doskonale i w niedzielne popołudnie (29 kwietnia) mogłem wyruszyć na Podhale. A że pogoda była wtedy nieprawdopodobnie piękna, podróż od samego początku napawała mnie optymistycznie.

     Ewa Bartkowiak przygotowywała to widowisko kilka miesięcy. A śmiem nawet twierdzić, że rodziło się ono w jej niepokornej duszy znacznie dłużej. Zresztą już wcześniejsze dokonania (Teatr Witkacego) w stolicy Tatr jednoznacznie ukazywały jej wielką miłość do ludzi i kultury związanej z tym jakże magicznym miejscem, jakim jest Zakopane.

     Wszystkie te wydarzenia zaowocowały napisaniem scenariusza widowiska poetycko-muzycznego pt. „Powiedz mi. Powiedz”. Poetka wykorzystała zapiski z „Dzienników” Marii Kasprowiczowej, wiersze Jana Kasprowicza oraz fragmenty prozy Fiodora Dostojewskiego i Stanisława Ignacego Witkiewicza. Widowisko zorganizowano w plenerze, pomiędzy domem Kasprowiczów a ich mauzoleum. Jak słusznie zauważył prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Kasprowicza, Piotr Kyc, współorganizator tego niezwykłego przedsięwzięcia kulturalnego – to było największe wydarzenie ostatnich lat w domu poety na Harendzie. Nie mylił się, bo rzeczywiście była to wielka uczta duchowa i to jeszcze tak, jaką lubię: w stylu dwudziestolecia międzywojennego, w stylu jaki często prezentuje Teatr Witkacego w Zakopanem, w stylu twórczości Stanisława I. Witkiewicza...

     A później jeszcze tylko wypad w wysokie Tatry i już można myśleć o powrocie, bo wszystko dobre, co się dobrze kończy. Pewnie jeszcze zostałbym kilka dni, ale czekała na mnie praca... A w drodze powrotnej wpadłem na chwilę na cmentarz Rakowicki w Krakowie, żeby zapalić znicz na grobie Henia Cyganika...

 

 

 

 

 

 

 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331064352,trackback

Rozmowa...

sobota, 21 kwietnia 2012 20:35

 

     Rozmowa. To jednen z najważniejszych darów, jaką cywilizowany człowiek otrzyamł. A jak ten dar przeżywa? W zasadzie powinienem zapytać — jak ten dar powinien przeżywać?

     A czym jest rozmowa? Wymianą treści intelektualnych? Aktem ujawniającym sposób naszego myślenia? Wiem jedno, że nic tak człowieka nie rozwija, jak rozmowa z drugim człowiekiem. Nic tak człowieka nie napędza, jak wartościowe, emocjonalne i intelektualne obcowanie z kimś niezwykle wartościowym. Przekonałem się o tym podczas ostatniego weekendu...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331038528,trackback

Poetycko (27)...

czwartek, 19 kwietnia 2012 21:38

 

Miasto „ziemi obiecanej”

z niepokojem
nazywam rzeczy po imieniu

choć nie jestem prorokiem
mam prawo do własnych sądów

jakość myślenia
przesądza
o sile narastającego krzyku
jako ludzie słabi
skazujemy się na pogardę
jestem pewien —
listy niewysłane
do naszych przyjaciół
pozwalają na nowo odkryć
kosztowności i skarby
wszechrzeczy

cóż począć kiedy
ceglane mury fabrycznych katedr
otulają ciszę
minionych systemów filozoficznych

najogólniej rzecz biorąc są dwie możliwości
pierwsza — ograniczenie wolności
druga — zmniejszenie marnotrwstwa

jednak warto pamiętać
zbrodnie wojenne nie podlegają przedawnieniu

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331034416,trackback

Strach...

wtorek, 10 kwietnia 2012 21:45

 

     Dzisiaj mija 2. rocznica katastrofy pod Smoleńskiem. Zamiast narodwego pojednania i zadumy nad tym, co się stało, kłótnie, awantury, oskarżania i polityczna jatka. Smoleńsk okazał się ważniejszy, niż mord katyński. Zaczynam się bać mojego kraju...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331016326,trackback

Poetycko (26)...

niedziela, 08 kwietnia 2012 21:47

 

Idzie nowe

głośne światło
rozsiada się chaotycznie
z całą bezwzględnością
na atomowym stosie

niszczy wymuszone uśmiechy
skręca puste jelita
bez ostrzeżenia spada
na oczekujących
po miskę strawy

















Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331011677,trackback

Rozmyślania...

sobota, 07 kwietnia 2012 21:31

 

     Mój sąsiad, Józek, chodzi ostatnio bardzo smutny. Ale dzisiaj zdawał się być wyjątkowo smutnym.

     — Dlaczego jesteś dzisiaj taki markotny? — krzyknąłem przez ulicę do sąsiada.

    — Tradycja nie jest tak ważna jak przed laty, a święta są coraz bardziej oderwane od przeżywania ich religijnie — odrzucił mi oburzony Józek. — Właśnie wróciłem kościoła. Byłem poświęcić Wielkanocne pokarmy i wychodząc z kościoła zdumiałem się podsłuchaną mimowolnie rozmową młodych dziewcząt. Jedna mówi do drugiej:

     — Dobrze, że są te święta, przynajmniej mamy kolejny długi weekend i...

    — No tak, ale te święta powodują zbyt wiele zamieszania — wtrąciła koleżance druga dziewczyna. — I to nieustanne krzątanie się po kuchni. Nic tylko gary i gary, jakby nie można było wynająć sali w jakimś lokalu?  I jeszcze to ciągłe siedzenie przy stole. Kto to w ogóle wymyślił. Ja po południu ulatniam się, bo ileż można! — zakończyła z wyraźnym oburzeniem nastolatka.

     — Widzisz — ciągnął dalej Józek — jakich żeśmy czasów doczekali?

   — Czasy czasami, ale może, po trochu, to nasza wspólna wina — próbowałem coś odpowiedzieć.

     — Nasza? — zdziwił się Józek. — Tradycyjne, domowe święta powoli odchodzą do lamusa, bo nie ma już w narodzie wiary. Liczą się tylko pieniądze...

     — A co mają pieniądze do wiary? — odparłem. — Młodzi nie chcą już siedzieć w domu, bo przytłacza ich domowa nuda. Nie ma już żadnych więzi rodzinnych. W domach nie rozmawia się, tylko siedzi przed telewizorem. Młodzi są znudzeni świętami, na co dzień żyją bardzo szybko i są przyzwyczajeni, że coś się dzieje. A samo siedzenie przy stole powoduje u nich zniecierpliwienie.

     — No to kto ma ich tego oduczyć? — wybuchnął Józek.

     — Jak to kto? My, Józek, właśnie my!...

     Józek posmutniał, wyjął ze swojego starego „malucha” święconkę i spoglądając na mnie spode łaba — czy patrzę jeszcze na niego — machnął bezradnie ręką i zniknął za wysokim żywopłotem...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331009173,trackback

Rozmyślania...

sobota, 31 marca 2012 23:48

 

     Ostatnio bardzo dużo mówi się o obrażaniu się artystów. Nie tylko na krytyków, ale i na samych odbiorców ich „dzieł”. Takie zachowania zaczynają zataczać coraz to większe kręgi, by nie powiedzieć, że stały się istną plagą naszego show-biznesu.

     Doszło do tego, że kolejne pojawienie się „gwiazd” estrady wywołuje w nas coraz to większą czkawkę. Jeszcze kilka lat temu, aby zaistnieć na rynku muzycznym, należało wykazać się choć odrobiną talentu. A jeżeli ten talent poparty był jeszcze ciężką pracą, otrzymywaliśmy „produkt”, który być może nie był doskonały, ale przyzwoity, taki, który nie budzi w nas wstrętu.

     Dzisiaj, w zasadzie nie potrzeba niczego. No, może poza poparciem i pieniędzmi. Bez tych dwóch przymiotów największy talent, największa indywidualność nie ma najmniejszych szans na zrobienie jakiejkolwiek kariery. Ale wystarczy bogaty sponsor i z miernoty “produkuje” się „gwiazdę”, która według różnorakich list „przebojów” mami spragnioną wrażeń artystycznych publiczność. Jednak wrażenia artystyczne to pojęcie względne. Jednym podoba się wykonawca „X”, a drugiemu wykonawca „Y”. Tyle tylko, że coraz częściej są to „artyści” jak muzyka, o której Lucjan Kydryński mawiał, że jest lekka, łatwa i przyjemna. Żadnej ambicji, żadnych horyzontów, żadnego profesjonalizmu.

     Dzisiejsze koncerty, to prawie spektakle teatralno-operowe, z bogatą scenografią, rozbudowanymi zespołami akompaniującymi i choreograficznymi... Szkoda tylko, że ciągle musimy małpować wykonawców z Zachodu, którzy przechodzili tę chorobę... wiele lat temu... Ktoś może powiedzieć, dlaczego mamy nie słuchać muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Oczywiście, dlaczego nie, tylko czy musi to być aż na tak żenująco niskim poziomie. Rozumiem, że każdemu marzy się sława i światła jupiterów, ale niestety, nie każdy nadaje się na artystę, tego bez cudzysłowu.

     Przyszło nam żyć w czasach, kiedy w zasadzie każdy może nagrać płytę, każdy może wydać książkę... Wystarczy mieć bogatego sponsora, bądź „dobre plecy”. Tylko, czy to jest już sztuka, sztuka przez wielkie „Sz”.

     Tak to już jest na tym świecie, że nie wszyscy mogą być artystami, poetami, malarzami... Rzekłbym więcej... nie wszyscy muszą być i dobrze, że nie wszyscy nimi będą. Ale na litość boską przydałaby się odrobina samokrytycyzmu... Jeżeli ktoś chce śpiewać, to niech śpiewa, ale czy od razu musi wydawać płyty i zapełniać sale koncertowe? Jeśli ktoś chce pisać, to czy od razu musi wydawać książki? Jedno i drugie można robić dla swoich bliskich i znajomych i mieć naprawdę dużo satysfakcji... Bo, kiedy wychodzi się już na scenę, kiedy publikuje się książki, to należy mieć na względzie fakt, że może się to komuś nie podobać, do czego każdy ma prawo... I nie ma się co później obrażać, bo to też świadczy o klasie — „artysty”...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330986501,trackback

I po historii...

piątek, 30 marca 2012 22:29

 

     Znowu majstrowanie przy programach nauczania. Ileż to już razy pisałem na ten temat, jak to kolejne ekipy rządowe, kolejni ministrowie „wciskali” nam swoje wizje szkolnictwa? Przez te wszystkie lata — od 1989 roku — przeniesiono już religię z punktów katechetyczny do szkół, zmieniono (czytaj: wyrzucono) ponad 60 procent lektur szkolnych, wprowadzając w to miejsce pozycje tak nietrafione, że co nowa ekipa dorwie się do władzy, to zaraz zaczyna kombinować w szkolnictwie. A ono nie lubi tego, jak jasna cholera. Tym razem — nie po raz pierwszy — wprowadzi się nowe lekcje „historii i społeczeństwa”. Czytałem ten nowy program i jestem przerażony. Po raz kolejny próbuje się maksymalnie ograniczyć wiedzę historyczną Polaków. Dziwne jest to tym bardziej, że przecież już nikt nam nie zakazuje mówić o trudnych momentach naszej narodowej historii. Niestety, nowa podstawa programowa — w odróżnieniu od starych — zawiera listę konkretnych umiejętności i zakres wiedzy, jakie uczeń musi posiąść. Niby dobrze, ale nie do końca, bo największy nacisk należało będzie kłaść nie na wiedzę, tylko na jakieś sztuczne wymyślania i kojarzenia. To jest dobre, ale tylko pod warunkiem, że młody człowiek zdobędzie najpierw konkretną wiedzę opartą na faktach, wydarzeniach i datach. Bez tego nie da się kojarzyć, bo jak można to robić, kiedy będą myliły się daty wydarzeń.

     Po raz kolejny reforma programowa wiąże się z drastycznym ograniczeniem edukacji historycznej w szkołach średnich.  Bez historii, bez pamięci o przodkach, naród traci swoją tożsamość i siłę wynikającą ze swojej przeszłości. Nauka historii jest niezbędna do zrozumienia współczesnego świata. Ale prawdziwa nauka, czyli zdobywanie wiedzy, a nie znowu zabawa w „kółko i krzyżyk”.

     Niestety, ten sposób nauczania spowoduje odejście od tradycyjnego wykładu historii.

    Jedna z pań, biorących udział w tym procederze powiedziała, że wprowadzając nowy program nauczania historii MEN „chce zasugerować nauczycielom nie nudźcie, nie nudźcie z tą faktografią. Uczcie młodych ludzi myślenia (...)  Jakość tych lekcji w dużej mierze będzie zależała od umiejętności nauczyciela. MEN chce, by w większym niż dotychczas stopniu sami nauczyciele decydowali o sposobie prowadzenia zajęć”.

     Mój, Boże! Znowu wolna amerykanka i znowu „każdy sobie rzepkę skrobie”. A później, kiedy po raz kolejny okaże się, jak wielkie braki w wiedzy będą miały kolejne pokolenia młodych Polaków, nikt nie będzie chciał się przyznać, że to właśnie ja doprowadziłem społeczeństwo do takiego stanu umysłowego...

     Najgorsze jednak jest to, że kolejną reformę „ludzkich umysłów” robią ludzie, wywodzący się z partii „intelektualistów”...

 

 

     „Tylko wy, którzy rządzicie sprawami ludzkimi, myślcie o tym, by nauka była w poszanowaniu, sprzyjajcie ludziom uzdolnionym i pracowitym, bo tyle to znaczy, co sprzyjać chwale religii i pożytkowi Rzeczypospolitej. Waszym właściwym obowiązkiem jest dbać o to, by szkoły tak ustanowiono, tak młodzież wychowano, iżby lepiej i skuteczniej czyniła zadość życzeniom rodziców i przyjaciół oraz oczekiwaniu religii i Rzeczypospolitej. Przed Sędzią Najwyższym musicie zdać rachunek ze spełnienia tego obowiązku i ponieść zasłużoną karę, jeśli go zaniedbacie”.

 

Andrzej Frycz Modrzewski (1503-1572)




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330982294,trackback

Spotkanie... ekumeniczne...

środa, 28 marca 2012 15:04



     Niełatwo jest dyskutować o trudnych momentach naszej historii. Jak przekazywać kolejnym pokoleniom wiedzę historyczną, dotyczącą bolesnych momentów z dziejów nie tylko kraju, ale i naszych małych ojczyzn? Czy opowiadać o wojnie, zaborach, o czynach niegodziwych naszych przodków, bez względu na to, z jakiej grupy etnicznej, narodowościowej, czy wyznaniowej pochodzą? Są to tematy, na temat których często nie łatwo jest rozmawiać.

     Kilka dni temu byłem w Bibliotece Miejskiej w Zelowie na spotkaniu z dziennikarzem, Sławojem Kopką, zajmującym się od jakiegoś czasu badaniem dziejów powojennego Zelowa. Spotkanie, a w zasadzie jego tematyka (promowane było pod tytułem — „Czeski problem?”) spowodowały, że do zelowskiej książnicy przybyło mnóstwo mieszkańców miasta — także i tych, którzy byli świadkami minionych wydarzeń.

     Luźna forma spotkania, zaproponowana przez prelegenta i organizatorów, obejmowała wiele zagadnień. Sławoj Kopka przeanalizował faktografię wydarzeń, postawy ludności pochodzenia polskiego i czeskiego w okresie okupacji hitlerowskiej oraz pierwszych — niełatwych — lat Polski Ludowej. Sporo mówiono o współczesnej historii miasta.

     Okazało się, że tamte lata i tamte wydarzenia, osadzone są w naszej pamięci niezwykle mocno — że wystarczy jedno niewłaściwie postawione pytanie, jedno złe sformułowanie, by odezwały się w nas głosy... sprzeciwu.

     Zastanawiałem się czy pisać o tym spotkaniu, ale zbiegło się ono w czasie z wywiadem udzielonym przez Wojciecha Eichelbergera, gazecie „Polska The Times” i uznałem, że jednak tak, że lepiej będzie przynajmniej je odnotować, pozostawiając komentarz samym zainteresowanym. A wspomniany Wojciech Eichelberger powiedział, iż tak się często dzieje, że „z pozycji ofiary możemy potępiać wszystkich, którym się powodzi lepiej niż nam. Zwalnia nas to z konieczności zrobienia czegoś ze swoim losem. Jesteśmy więc ofiarami szlachetnymi. Nazywam to wyższościowym syndromem szlachetnej ofiary.

     (...) Syndrom szlachetnej ofiary to coś, na co chorujemy po części wszyscy, co jest wpisane w naszą narodową tradycję. To sposób obrony przed tym, żeby powiedzieć wprost, że w dziejach wcale nie zachowywaliśmy się tak wspaniale, jak próbujemy to pokazać. Że zrobiliśmy mnóstwo głupstw, błędów, na które nie chcemy spojrzeć z odwagą. Dlatego przebieramy się za ofiarę i uzurpujemy sobie pozycję Chrystusa Narodów.

     (...) Nasza przywara to z pewnością ustawiczne szukanie wroga”.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330945376,trackback

Salon artystyczny...

poniedziałek, 26 marca 2012 22:02

 

     Życie artystyczne od zawsze było zinstytucjonalizowane. Mniej lub bardziej, ale jednak. Dawniej tzw. sztuki kulturalne, finansowane z kiesy królewskiej, włączono w system administracji państwowej.

     Jednym z takich działań był od zawsze tak zwany Salon Artystyczny. Pierwsze Salony, to znaczy pokazy bieżącej twórczości artystycznej – odbywały się, dosyć sporadycznie. W naszym kraju jeszcze rzadziej. Chyba najprężniej instytucja Salonu funkcjonowała w Polsce okresu międzywojennego. Stała się wtedy czymś modnym, snobistycznym, ale jakże ważnym i potrzebnym.

     Dzisiaj Salonu Artystyczny zaczyna jakby się odradzać. Na prywatne „pokazy artystyczne” zaczyna się zapraszać muzyków, aktorów, artystów i... pisarzy.

     Byłem gościem Salonu Artystycznego Stajnia „Stokrotka” – Andrzeja Kilańczyka w Buczku. Ktoś mógłby powiedzieć, że jak to, jaki Salon, jakie kulturalne działania? A jednak zdarzają się jeszcze tacy ludzie i takie miejsca, gdzie można uczestniczyć w czymś wyjątkowym. Po prostu trzeba tylko chcieć...

     Salon Andrzeja Kilańczyka, to miejsce wyjątkowe, gdzie właściciel – wraz ze swoją żoną Małgorzatą — oferuje swoim gościom różne przeżycia artystyczne: muzyczne, wystawiennicze i teraz literackie. To mój kolejny taki Salon (wcześniej uczestniczyłem w podobnym wydarzeniu w Wielkopolsce) i zaczynam dostrzegać nową jakość w działalności kulturalnej. Już nie wielkie domy kultury, nie wielkie sceny, tylko miejsca kameralne, miejsca wyjątkowe, gdzie niepowtarzalna atmosfera i cudowny klimat powodują unikatowe przeżycia duchowe.

     Czyżby rodziła się nowa tradycja? Miejmy nadzieję, że tak...

 




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330969741,trackback

Rocznica Kieślowskiego...

środa, 14 marca 2012 13:31

 

     Minęła 16. rocznica śmierci Krzysztofa Kieślowskiego – poety kina. W dobie kinowej tandety filmy autora „Dekalogu” jawią się, jako coś niesłychanie potrzebnego, a siła oddziaływania jego filmów jest ogromna. Kto z dzisiejszych reżyserów pozostawia widza z egzystencjalnymi pytaniami, pytaniami na które widz sam musi sobie odpowiedzieć, dokonać właściwego wyboru.

     W sytuacji, kiedy otacza nas coraz więcej myślowej miernoty, jego filmy wciąż znajdują nowych odbiorów, a sam twórca jawi się nam jako mentor, który nawet po śmierci zadaje nam pytanie: jak żyć?

 

 

 Ostatni kadr

 

                                    Krzysztofowi Kieślowskiemu

                                                – pośmiertnie

 

 

zmęczony sąsiad

pod chmurami pilnuje ogrodu

 

ma mało czasu

 

na palcach zlicza

chwile poranka

— między dekalogiem

a podwójnym życiem —

 

spieszy się

 

kobieta — młoda —

zamyśliła się

ze strachem w oczach omija parapet

wyciska ostatnie krople młodości

niepodobna do siebie w lustrze

młodo już nie umrze

 

a przecież wszystko było proste

 

niebieski

biały

czerwony

 

czarny

 

ten kadr nie pojawi się już na ekranie

 

marzec 1996

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330928193,trackback

Rozmyślania...

sobota, 10 marca 2012 23:02

 

     W ostatnim czasie ciekawe rzeczy mają miejsce na kulturalnej mapie Polski. Głównie za sprawą wydumanych ambicji niektórych twórców, którym wydaje się, że to, co robią, jest tak genialne, że każdy musi ich „wiekopomne dzieło” zobaczyć. Oczywistym jest to, że dotyczy to twórców z różnych dziedzin sztuki, ale to, co stało się w polskim kinie, przekroczyło wszelkie granice zdrowego rozsądku.

      Tydzień temu miała swoją premierę najnowsza polska komedia „Kac Wawa” w reżyserii Łukasza Karwowskiego. Dwa dni po premierze Tomasz Raczek skrytykował film na swoim profilu facebookowym: A więc byłem na filmie KAC WAWA i muszę przyznać, że dawno już nie pamiętam abym w kinie był tak głęboko zażenowany. To nie jest po prostu zły film. Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów. Patrząc na Romę Gąsiorowską, Sonię Bohosiewicz i Borysa Szyca, grających główne role, czułem się tak jakbym patrzył jak ktoś przerabia kochanych członków rodziny na dziwki i alfonsów. Szczerze i nieodwołalnie odradzam pójście na KAC WAWA do kina. Ten film powinien ponieść klęskę frekwencyjną — może to nauczyłoby czegoś producentów. WSTYD!

     Swoją opinię o filmie powtórzył w telewizji. Producent, a jednocześnie współscenarzysta Jacek Samojłowicz postanowił iść do sądu.

     Producent twierdzi, że Tomasz Raczek swoimi wypowiedziami wezwał widzów do zbojkotowania jego produkcji, a tym samym przyczynił się do strat „kilku milionów”. Sugeruje również, że dziennikarz przekroczył granicę etyki dziennikarskiej: Przez tego pana straciłem kilka milionów wpływów. I takiej sumy będę się domagał na drodze sądowej. Oczekuję, że Tomasz Raczek straci wiarygodność jako krytyk filmowy, bo zdaniem moich prawników przekroczył granice krytyki filmowej i złamał zasady etyki dziennikarskiej, być może ze względów osobistych.

     Czegoś tak absurdalnego nie słyszałem od dobrych kilku lat. Bo cóż to znaczy, że już żaden krytyk nie może wyrazić swojej opinii na temat oglądanego, słuchanego czy czytanego „dzieła”? Po to jest zawód krytyka, żeby — jeśli jest taka potrzeba — ostrzec odbiorców przed „produkcjami” kulturalnymi, które nie dość, że są złe, to na dodatek jeszcze szkodliwe — nie tylko dla kultury narodowej.

     Przykład tego „konfliktu” pokazuje, jak bardzo zdegradowany został obraz polskiego twórcy, polskiego producenta, mecenasa.

     — Tak, ja będę finansował pewnie przedsięwzięcia kulturalne, ale pod warunkiem, że wszyscy będą mnie głaskać — zdaje się brzmieć głos rozgoryczonego krytyką producenta. Pan producent i współscenarzysta jednocześnie zapomniał tylko o jednym, że już dawno minęły czasy, kiedy dyspozycyjni recenzenci i krytycy pisali to, co było wygodne. Trzeba jednak powiedzieć, że i dzisiaj także nie jest lepiej, bo kiedy czyta się kolesiowskie opinie o filmach, koncertach, książkach czy wystawach, to czasami ma się wrażenie, że w Polsce wszystko, co wychodzi na światło dzienne jest genialne. Co ważniejsze, prawie wszyscy twórcy oczekują ciągłego wychwalania ich. Nie wiem skąd biorą się te pokłady nieskromności — czyżby to był sposób na leczenie własnych kompleksów?

     Jest oczywistym, że sztuka jako taka nie musi zawsze być przeintelektualizowana, żeby była dobra, chociaż w kinie jest to szczególnie widoczne. Nie zapominajmy, że kino ma być przede wszystkim rozrywką, oderwaniem od codziennych problemów. Ale jednak są granice dobrego smaku i dobrej rozrywki.
     Wydaje mi się, że problem polskich producentów filmowych jest to, że brakuje im po prostu pomysłów. Podglądając, jak kasowym hitem był „Kac Vegas”, natychmiast zapragnęli zrobić żałosną polską wersję. To samo było z polskimi komedyjkami, reklamowanymi, jako największe hity od czasu „Samych swoich”, „Alternatywy 4” itp. Dlaczego nadal świetnie ogląda się filmy typu „Rejs”, czy ciągle krytykowane, a wyśmienite takie produkcje, jak: „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”, czy wiele innych filmów i seriali sprzed 20. 30. czy nawet 40. lat? Bo tamte filmy coś ze sobą niosły, miały jakieś przesłanie. A kiedy nie zawsze były zgodne z prawdą historyczną, bądź tą prawdę nawet fałszowały, były zrobione na bardzo wysokim poziomie artystycznym.

     A dzisiaj? Poza kilkoma wyjątkami produkujemy filmy, na których nie chce nam się myśleć. Bez przerwy naśladujemy amerykańskie produkcje, nie mając ani funduszy, ani odpowiedniego warsztatu.
     Myślę, że u nas kina nie należy już rozpatrywać w kategorii sztuki, tylko zwykłego produktu, który powstaje ze względu na popyt wśród widzów — bo skoro np. taki „Wyjazd integracyjny” miał dużą widownię, to idziemy za ciosem i kręcimy „Kac Wawa”. Czasami można jednak przeszarżować i tak właśnie stało się z „Kacem...”. Inna sprawa to wychowanie widzów, gdyby „karmiono” nas troszkę ambitniejszym kinem, to nasze szare komórki mocniej by pracowały i może lepszy gust by się im wykształcił.

     Zastanawiam się, po co robi się takie filmy? Na pewno nie ze względów artystycznych, tylko dla pieniędzy, bo nie minęły trzy miesiące po premierze „Wyjazdu integracyjnego”, kiedy można było kupić ten film z „Vivą” czy „Galą” (nie pamiętam) za 9 złotych! Czemu to miało służyć, bo na pewno nie promocji kultury „wysokiej”.

     Sprawa recenzji Tomasza Raczka tak naprawdę nie dotyczy tylko kina. Może dojdzie do tego, że jakiś wierszokleta, niezadowolony z oceny jego „wielkości” literackiej poda mnie do sądu, bo nie spodoba mu się np. moja recenzja krytyczna, dotycząca jego zbiorku wierszyków. A takich dostaję miesięcznie od kilkunastu do kilkudziesięciu. Często zdarzają się takie sytuacje, że ktoś przysyła mi swoje książki, pisząc w liście, że czeka na recenzję. Nie zastanowi się tylko nad tym, czy jego książka na taką recenzję w ogóle zasługuje...

     Dlatego „sprawa Raczka” w ogóle zafunkcjonowała? Wydaje mi się, że my w dalszym ciągu mamy niewiarę w słowo pisane... Po zmianach 1989 roku, po zniesieniu w Polsce cenzury, nagle wszyscy pomyśleli, że teraz to już wszystko będzie można, ale rzeczywistość jest inna. Bo jeśli krytykuje się twórcę za jego „dzieło”, a nie za życie prywatne i robi się w granicach prawa, to wszystko jest w porządku. Napisanie, żeby nie chodzić na jakiś film, albo nie czytać czyjejś książki nie jest niczym nagannym. Twórca musi zdawać sobie sprawę z tego, że skoro decyduje się na bycie osobą publiczną, będzie poddawany publicznej krytyce. Mocne słowa Raczka to nic nowego. Już Antoni Słonimski w swoim „Flircie z Melponeną”, jeszcze przed wojną, używał bardziej dosadnych słów w stosunku do autorów bardziej uznanych, niż wspomniany producent-scenarzysta. Po cóż więc ta złość? Więcej pokory i więcej samokrytyki...

     Chciałbym także wyżej wspomnianym twórcom podpowiedzieć, że jest takie powiedzenie, iż „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”, ale do czegoś takiego trzeba po prostu dorosnąć, bo w przeciwnym razie pozostanie tylko i wyłącznie kac, a Wawa i tak będzie dalej żyć swoim życiem... Życiem celebryckim, niemającym nic wspólnego z prawdziwą sztuką...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330918349,trackback

Święto pisarzy...

sobota, 03 marca 2012 22:36

 

     Mało kto wie, że trzeciego marca swoje święto obchodzą pisarze. Dzień Pisarzy został ustanowiony w 1984 roku przez PEN Club, czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Pisarzy, założone w 1921 w Londynie. Nazwa organizacji została utworzona od pierwszych liter słów: poets, essayists, novelists — oeci, eseiści, powieściopisarze. Celem PEN Clubu jest promowanie przyjaźni i intelektualnej współpracy pomiędzy pisarzami oraz obrona wolności słowa i rozwój społeczności pisarzy na całym świecie. Działalność organizacji opiera się również na przekonaniu, że twórcy mogą odgrywać kluczową rolę w rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, dlatego też niezwykle istotne jest promowanie dostępu do literatury na poziomie międzynarodowym. Od członków PEN Clubu, którymi mogą zostać zasłużeni pisarze, edytorzy i tłumacze, oczekuje się przestrzegania zasad zawartych w deklaracji ideowej Międzynarodowego PEN Clubu.

     W Polsce Światowy Dzień Pisarza nie jest jeszcze świętem popularnym i powszechnie obecnym w mediach. Organizowane są spotkania autorskie oraz wieczory literackie, jednak pisarzom większą uwagę poświęca się podczas Światowego Dnia Książki obchodzonego 23 kwietnia.

     No cóż, zastanawiam się jak wielu pisarzy ma świadomość tego, że dzisiaj jest ich święto. Bo jakoś trudno było mi nawet znaleźć w środkach masowego przekazu jakąkolwiek informację na ten temat. Że to się kiedyś zmieni, ja ciągle wierzę, zgodnie w łacińskim powiedzeniem: „Crede, quod habes, et habes – Wierz, że masz, a będziesz miał”.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330898202,trackback

Ministra...

czwartek, 01 marca 2012 22:49


     Ilekroć czytam o wystąpieniach tak zwanych kobiet wyzwolonych, zastanawiam się wtedy, co też powoduje, że nie chcą, żeby zwracać się do nich z należytą godnością i estymą. Nie rozumiem, dlaczego przeszkadza im zwracanie się do nich: pani minister, pani premier, pani prezydent, pani psycholog czy pani doktor. Wymyślają więc językowe potwory, które tak naprawdę ośmieszają je, niż przysparzają splendoru. Mówią, że wykluczanie kobiet z języka to dyskryminacja! Wymyślają więc nazwy tak fatalne i idiotyczne, że aż boli: polityczka (dała jednemu panu pstryczka) marszałkini (ta, co często zagląda do Małkini), prezydenta (byłego czy obecnego), premiera (może premiera filmu), myśliwa, profesora, magistra, chirurżka, szpieżka, no i osławiona już ministra.
     Powiem szczerze, że dziwią mnie te językowe dziwolągi, ale skoro kobiety nie chcą żeby zwracać się do nich w należyty sposób, to niech tak mają. Bardziej powinny jednak zwrócić uwagę na to, jak są traktowane przez mężczyzn, niż na to, jakich słów mamy używać w stosunku do nich, nazywając ich profesje.
     Bo jak mi powiedziała jedna feminarium: ostatnio czytała świetną książkę, w której pewna szpieżka, zachowująca się niczym myśliwa, chciała zamordować prezydentę niedużego miasta, ale dzięki natychmiastowej pomocy chirurżki-profesory, udało się to, bo pewna kierowczyni wiozła poszkodowaną własnym samochodem z prędkością światła...
     Ale to zupełnie inna historia, którą zapewne opowie znana history... Nie, hestory... A dajcie mi wszyscy święty spokój...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330892826,trackback

Spotkanie, które cieszy...

środa, 29 lutego 2012 23:05

 

     Spotkania autorskie, to jedne z tych zajęć, które na stałe wpisały się w mój literacki kalendarz. Uczestniczę w nich dość często, a głównie za sprawą tych, którzy wymyśli sobie, że będzie fajnie, kiedy mnie zaproszą. Jeżdżę więc na spotkania autorskie, na wykłady, prelekcje i juroruję w różnych konkursach literackich. Spotkania te mają najprzeróżniejszy charakter. Są takie, o których nie bardzo chce się pamiętać — i tych na szczęście jest bardzo mało — ale są i takie, które rozpalają mnie do białości, napędzają do dalszego, jeszcze większego literackiego działania.

     Taki mityng miałem wczoraj, w swoim „rodzinnym” liceum w Zelowie — przygotowany został perfekcyjnie, a zaangażowanie młodzieży i nauczycieli godne pochwały. Takie spotkania napawają optymizmem, że jeśli się tylko chce, to można zrobić naprawdę coś bardzo pożytecznego. W czasach, kiedy czytanie książek nie jest modne, angażowanie młodzieży do takich postaw społecznych jest niemalże wyjątkowe. Okazuje się, że można zaproponować działania, które wcale nie muszą być nudne, a na pewno są inne, niż to, co proponuje się młodym ludziom w telewizji.

     Przyznam szczerze, że bardzo mnie to spotkanie ucieszyło i podbudowało, a dyskusja z młodzieżą okazała się intelektualnym wyzwaniem i radością...

 

 

 

Spotkanie autorskie w moim „rodzinnym liceum” w Zelowie.

 

 

 

Spotkanie autorskie w moim „rodzinnym liceum” w Zelowie.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330888998,trackback

Rozmyślania...

wtorek, 21 lutego 2012 19:42

 

     Czytanie, to jedno z moich ulubionych zajęć i czytam bez mało wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Niestety, coraz częściej dochodzi do takiej sytuacji, że nie jestem w stanie tego wszystkiego „przerobić” na bieżąco. Zbierają się więc całe sterty gazet i czasopism, które leżą niekiedy po kilka tygodni, aż wreszcie przychodzi na nie kolej. Tak też było i teraz. Przeczytałem świetny wywiad z Danielem Passentem udzielonym Annie Żebrowskiej w „Gazecie Wyborczej”. Dziennikarz mówi m.in.:

 

     Agresja dotyczy zwłaszcza dziennikarzy 30-40-letnich, którzy nie zdążyli obalić komuni­zmu. A że bardzo chcieliby coś obalić, to wska­kują do ostatniego wagonu i szczerzą kły. Dla pra­wicy sam fakt, że ktoś był znany przed rokiem 1989, jest hańbą. Niedawno przeczytałem, że »Geremek zrobił karierę w systemie PRL-u«. Zapewne jestem uformowany przez grzeczne dziennikar­stwo PRL, gdy media zachowywały respekt wo­bec swoich rozmówców. Bo albo ci ludzie byli u władzy i cenzura nie pozwoliłaby na kłótnię, al­bo były to rozmowy z autentycznymi autorytetami. Nie było możliwości, abym w Białym Do­mu pyskował prezydentowi Stanów Zjednoczo­nych. Zwłaszcza że Bush senior przywitał mnie: »Hi, Daniel, jadę właśnie do Polski, bardzo się cie­szę« itd. Kiedy w Pradze robiłem wywiad z Emi­lem Zatopkiem — byłem nim zafascynowany. Gdy przyjęła mnie Oriana Fallaci, byłem tak zachwy­cony i zaciekawiony, że do głowy mi nie przyszło urągać legendzie. Teraz dziennikarze czują się równymi partnerami, a nawet stawiają siebie wy­żej od rozmówcy. I nie ukrywają swoich sympa­tii. »Wyborcza« nie zaatakuje Konwickiego, Geremka, Borusewicza, ale w rozmowie z Rymkiewiczem pokazałaby pazury.

 

     Trafne to stwierdzenie, a jednocześnie jak bardzo smutne. Dzisiaj nie liczy się uczciwość dziennikarska, profesjonalizm. Dzisiaj liczy się tylko medialny szum, prymitywizm języka i szokowanie czytelnika. Straszne...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330861583,trackback

Smutna rocznica...

wtorek, 14 lutego 2012 15:34

 

 

     Dzisiaj przypada 70. rocznica powstania Armii Krajowej. Po agresji niemieckiej i sowieckiej we wrześniu 1939 roku życie państwowe zeszło do konspiracji. Rząd polski działający na uchodźstwie — najpierw we Francji, a później w Londynie — kontynuował działalność władz państwowych z lat 1918-1939. W podziemiu odtworzono struktury władzy cywilnej oraz siłę zbrojną. Od 14 lutego 1942 roku była nią Armia Krajowa, najsilniejsza i najlepiej zorganizowana podziemna armia europejska II wojny światowej.

     Przejrzałem rano prasę, portale internetowe i cóż — cisza! Gdzieś jedna, zdawkowa informacja na ten temat. Tak, jakby nigdy nic takiego nie miało miejsca. Są za to inne, jakże ważne informacje, bez których przeciętny Polak nie mógłby przeżyć: „Rutkowski popoełnił przestępstwo? On im szkodzi”, „Katarzyna W. nie wyjdzie na pogrzeb Madzi”, „Mistrzowie »Rozmów w toku«! Ubaw po pachy!”, „Berlin: Rodzice kazali Rutkowskiemu mnie porwać”, „Spektakularny upadek polskiej gwiazdy!” (to o jakimś marnym kopaczu piłki nożnej, którego pies z kulawą noga zna) albo „Jest sposób na schudnięcie — 6 kg w miesiąc”.

     Szukam dalej! Wreszcie jest informacja na stronie główne IPN-u. Czytam tam, m.in.:

 

     „(...) W chwili największej zdolności bojowej, wiosną 1944 roku, siły Armii Krajowej liczyły około 380 tysięcy żołnierzy i oficerów. Kadra oficerska sprzed wojny była uzupełniana absolwentami tajnego szkolenia i przerzuconymi do kraju cichociemnymi.

     Celem Armii Krajowej było prowadzenie oporu zbrojnego i przygotowanie do planowanego ogólnokrajowego powstania. Dla koordynowania działalności dywersyjnej powołane zostało Kierownictwo Dywersji (Kedyw) Komendy Głównej AK. Jego dowódcą został płk Emil Fieldorf ps. „Nil”. To żołnierze Kedywu dokonali zamachu na kata Warszawy Franza Kutscherę.
     Zajmowanie terenów Polski przez Armię Czerwoną w 1944 roku uruchomiło akcję „Burza”, polegającą na atakowaniu wycofujących się Niemców i występowaniu wobec Sowietów w roli gospodarza. Ostatnim akcentem „Burzy” było Powstanie Warszawskie.

     Nazwa Armii Krajowej jednoczyła także żołnierzy po jej formalnym rozwiązaniu na początku 1945 roku. Część żołnierzy i oficerów nie podporządkowała się rozkazowi demobilizacji ostatniego dowódcy AK generała Okulickiego „Niedźwiadka” i prowadziła zbrojną walkę ze zdobywającymi władzę w Polsce komunistami. Nazwa Armia Krajowa stała się na kilka najbliższych lat, a może nawet dziesięcioleci, symbolem niepodległości i patronowała wielu zabiegom o jej odzyskanie.
     Dowódcy i żołnierze Armii Krajowej przez wiele lat Polski Ludowej byli tępieni i prześladowani. Do 1956 roku wielu z nich znalazło śmierć lub straciło lata życia w ubeckich więzieniach. Później ciągle należeli do obywateli drugiej kategorii.
      Po 1989 roku Polska stara się oddać im należną cześć i znaczenie”.

     Tak, oddajemy im dzisiaj cześć, jak jasna cholera!...


„Berlin: Rodzice kazali Rutkowskiemu mnie porwać”



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330841933,trackback

Antologia polskiej poezji w Rosji...

środa, 08 lutego 2012 15:53

 

     Podróże zimową porą nie są przyjemne. Chociaż w samochodzie ciepło, to jednak widok na zmarznięte pola, łąki i lasy nie nastraja radośnie. Byłem wczoraj Ośrodku Kultury przy Ambasadzie Rosyjskiej w Warszawie, na promocji antologii poezji polskiej pt. „Iz wieka w wiek. Polskaja Poezja”. Antologia ukazała się w Moskwie pod patronetem Ministerstwa Kultury Rosji i obejmuje poetów żyjących i tworzących w współcześnie — i jest częścią serii: „Słowiańska Poezja XX i XXI wieku”.

     Na promocję przyjechał z Moskwy Sergiej Głowiuk, pomysłodawca i jednocześnie wydawca tego pięknie wydanego tomu. A składają się na tę antologię wiersze 64 poetów, od Tadeusza Różewicza, Mirona Białoszewskiego, Wisławy Szymborskiej, Zbigniewa Herberta, Andrzeja Bursy, Jerzego Harasymowicza, Stanisława Grochowiaka, Ernesta Brylla, Agnieszki Osieckiej, Edwarda Stachury, po poetów najbardziej współczesnych. I moje wiersze znalazły się w tej antologii... Ileż to pracy kosztowało wydanie tak opasłego tomu (782 strony). Ilu zostało zatrudnionych tłumaczy i korektorów. A więc w Rosji można było...

     Na uroczystej promocji spotkałem wielu moich znajomych i przyjaciół, i podczas kuluarowych rozmów, zastanawialiśmy się, kiedy u nas, w Polsce, nasze Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wyda podobną antologię z własnymi poetami. Taką bez podziału na przynależności, poglądy, upodobania. Antologię, która będzie wyznacznikiem tego, co w naszej, najbardziej współczesnej literaturze, jest ważne. Nie tylko z komercyjnego punktu widzenia. A literatura jest jedna i można ją podzielić jedynie na dobrą albo na złą. Reszta jest już tylko milczeniem...


 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330826869,trackback

Zmarła Wisława Szymborska...

środa, 01 lutego 2012 21:54

 

     Późnym wieczorem dowiedziałem się, że nie żyje Wisława Szymborska, poetka, laureatka literackiej Nagrody Nobla. Jak poinformował jej sekretarz Michał Rusinek, poetka zmarła we śnie. A więc odeszła tak, jak żyła: cicho, delikatnie, bez kamer i medialnego szumu, którego nigdy nie znosiła. Była zaprzeczeniem współczesnego poety. Nie narzucała się nikomu, rzadko uczestniczyła... Można by powiedzieć, że żyła tylko dla siebie — ewentualnie dla bardzo wąskiego grona przyjaciół, chociaż prywatnie Szymborska lubiła przebywać z ludźmi, którzy tak jak ona, potrafią oddać się literackiej zabawie. Była mistrzynią w pisaniu limeryków i czasami można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę to właśnie ten rodzaj literackich zmagań sprawia jej najwięcej radości.
     Była ujmująco skromna, a o największych sprawach potrafiła pisać niezwykle prosto. W uzasadnieniu werdyktu przyznanej jej w 1996 roku Nagrody Nobla Akademia Szwedzka napisała, że Szymborska tworzy „poezję, która z ironiczną precyzją pozwala historycznemu i biologicznemu kontekstowi ukazać się we fragmentach ludzkiej rzeczywistości”. Tej tezie pozostała wierną do samego końca.
     Czesław Miłosz pisał w „Tygodniku Powszechnym”: „Dla mnie Szymborska jest przede wszystkim poetką świadomości. To znaczy, że przemawia do nas, równocześnie z nią żyjących, jako ktoś z nas, chowając swoje prywatne sprawy dla siebie, poruszając się w pewnej od nas odległości, ale zarazem odwołując się do tego, co każdy zna z własnego życia”.
     Odeszła ostatnia z wielkich — najpierw Herbert, później Miłosz, a teraz Szymbroska... Kończy się pokolenie, dla którego poezja była sensem życia, którzy poprzez poezję wyrażali nie tylko siebie, ale byli zwierciadłem wszelkich ludzkich poczynań i działań...

 

Foto: http://www.google.pl/search?q=szymborska&hl

 

Wisława Szymborska

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330843825,trackback

Co w prasie... piszczy?...

sobota, 28 stycznia 2012 22:10

 

     Czytam różną prasę. Od skrajnie prawicowej, poprzez czasopisma tak zwanego środka intelektualnego, po lewicową. Lubię porównywać wydarzenia, przedstawiane przez różne światopoglądy dziennikarzy. Uważam, że ten sposób czytania powoduje, że mój ogląd wielu spraw jest najbliższy prawdy, że można sobie wyrobić zdanie, które właściwie oddaje status quo.
     Dużo mówi się ostatnio o ojcu Rydzyku i jego Telewizji Trwam, głównie za sprawą ewentualnego przyznania tej stacji koncesji na naziemne nadawanie cyfrowe. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji odrzuciła jednak wniosek. Redemptorysta postanowił jednak walczyć, szukając poparcia w Sejmie, pośród sprzyjających mu posłów.
     Na łamach „Naszego Dziennika” dziennikarze tak oto skomentowali te wszystkie wydarzenia, cytując m.in. słowa ojca-dyrektora: „(...) Chodzi o to, żeby Polska była słaba, cherlawa. (...) Żeby Polskę wzmocnić, ojciec Rydzyk zaczął regularnie pojawiać się w Sejmie. Już dwa razy zaszczycił posiedzenie sejmowej komisji kultury i środków przekazu”.
     Nic dodać, nic ująć...



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330797670,trackback

ACTA...

poniedziałek, 23 stycznia 2012 19:38



     Mój sąsiad, Józek, zaczepił mnie dzisiaj rano pod sklepem, gdzie często spotykamy się i prowadzimy długie rozmowy o życiu i świecie, i zapytał, czy odłączyli mi już internet? Ze zdumieniem spojrzałem na niego, ale zorientowałem się o co mu chodzi.
     — Józiu — rzekłem — pewnie chodzi ci o podpisanie porozumienia z ACTĄ?
     — Nie porozumienie, tylko lojalkę — odburknął przygnębiony sąsiad. — Czytałeś kiedyś Janusza A. Zajdla — dorzucił Józek. — Polecam ci jego książkę „Limes inferior”. Orwell to przy nim pikuś. Tam jest napisane, że już niedługo będą nas obowiązywały chipy pod skórą, za pomocą których będą mogli nas wyłączyć z życia społecznego w jedną sekundę. Nie od dziś wiadomo, że światem rządzą kraje (rządy poszczególnych krajów), tylko koncerny, organizacje i banki.
     — Józiu, z tym ostatnim to akurat się zgadzam, ale czy aby nie jest to zbyt śmiała teza?
     — Bądź poważny, wiesz dobrze, że tak naprawdę nie chodzi o ochronę praw autorskich. Zresztą to na całym świecie jest fikcją. Uważam, że jak twórcy nie chcą się dzielić swoją twórczością, to niech ją mają dla siebie. Ja od dzisiaj bojkotuję wszystkich — nie kupuję płyt, obrazów, książek, gier, dvd, nie będę chodził do kina, na koncerty. Gdyby nie przesłuchane pirackie płyty, nikt by nie chodził na koncerty, bo skąd znałby zespół — z singla w radiu?
     — Ależ Józiu, przecież to nie tak, twórcy także potrzebują jeść, tak jak ty, kiedy wychodzisz do sklepu i kupujesz różne produkty za swoją górniczą emeryturę.
     — Ty mi tu nie wyjeżdżaj z górniczą emeryturą. Zapracowałem na nią uczciwie!
     — Nie przeczę, ale masz dopiero 55 lat, a pewnie od pięciu pobierasz emeryturę. Co na to mają powiedzieć ci, którzy pracują i zarabiają dużo mniej, niż dwa tysiące?
    — Nie próbuj mi mydlić oczu emeryturami — wyznał z pretensjami Józek. — Tu chodzi o coś więcej. Podpisanie tego porozumienia ma służyć czemuś innemu. Ameryka chce przyblokować rozwój Chin i wciąga do tego Europę, bo Chiny robią się coraz silniejszym mocarstwem i świat Zachodu chce ich powstrzymać, a przy okazji chcą kontrolować internet. I taka jest prawda!
     Próbowałem jeszcze coś powiedzieć, ale Józek szybko odwrócił się na pęcie i żwawym krokiem oddalił w kierunku swojego domu...
     Wróciłem do domu. Rozmowa nie dawała mi spokoju. Zacząłem ją analizować i w pewnym momencie przeleciała mi przez głowę myśl, że może Józek ma trochę racji...

P.S.
O 3:30 polskiego czasu w Tokio ambasador Jadwiga Rodowicz podpisała w imieniu RP porozumienie ACTA.

Art. 12 ust. 2 projektu ACTA: „Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony, w stosownych przypadkach, w szczególności, gdy jakakolwiek zwłoka może spowodować dla posiadacza praw szkodę nie do naprawienia lub gdy istnieje możliwe do wykazania niebezpieczeństwo, że dowody zostaną zniszczone. W przypadku postępowania prowadzonego bez wysłuchania drugiej strony, każda ze Stron przyznaje swoim organom sądowym prawo podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych i do podejmowania decyzji bez zbytniej zwłoki”.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330782782,trackback

Dwa oblicza wielkiego pedagoga...

niedziela, 22 stycznia 2012 22:16

 

     Jakże zgubne mogą być opinie na temat niektórych wybitnych postaci. Przez lata panuje przekonanie o tym, kim tak naprawdę ktoś jest, a później, najczęściej wiele lat po tych wydarzeniach, następuje przewartościowanie, zmiana poglądów i rzeczywistej wiedzy. Przeczytałem taki oto materiał dotyczący znanego czeskiego pedagoga, Jana Amosa Komensky’ego:
     „Jan Amos Komensky, młody filozof i brat czeski, w 1628 roku znalazł schronienie w wielkopolskim Lesznie. Uciekał przed Habsburgami, którzy z wielkim okrucieństwem niewolili jego ojczyznę, Czechy. Niebawem zasłynął jako genialny reformator nauczania i twórca nowoczesnej pedagogiki. Najważniejsze jego dzieła wstrząsnęły ówczesnymi zasadami nauczania i wychowania, a zostały napisane w Polsce.
     Zawdzięczał to jednak nie samej Rzeczypospolitej, lecz protekcji wielkopolskich magnatów: Rafała i Bogusława Leszczyńskich. Jego największa praca, Didactica Magna, powstała również w Polsce, choć wydano ją dopiero w 1657 roku, w Amsterdamie. Komeński, jak spolszczyło się jego nazwisko, nakreślił w niej nowe metody nauki oraz porywającą wizję powszechnego nauczania jako obowiązku państwa. Dzięki temu świat miał zmierzać ku Miłości. Jego dzieła stały się głośne w całej Europie, autor nawiązał korespondencję z wielkimi uczonymi. Czy tylko w celach naukowych?
     Jednocześnie bowiem Komeński coraz silniej propagował wizję pansofizmu: całościowej teorii filozoficznej wszechogarniającej świat, sztukę, uwzględniającej osiągnięcia nauki i, oczywiście, Boga. Śmiały był to zaiste pomysł, ale miał bardzo ziemskie korzenie. Zrozpaczony niewolą swego kraju, Czech, przewidywał nową erę w dziejach ludzkości: miała nastać dzięki edukacji młodego pokolenia, które obali skostniały (czytaj: katolicki) porządek. Wybitny pedagog i wizjoner wiele podróżował, m.in. do Londynu, Sztokholmu. A w 1642 roku przeniósł się do Elbląga.
     W lipcu 1655 Szwedzi uderzają na Polskę. Komeński na czele delegacji Leszna jedzie witać zwycięskiego feldmarszałka szwedzkiego Arvida Wittenberga. Dostaje od niego trzy szwadrony jazdy i armaty do ochrony miasta. Karol X Gustaw zaprasza pedagoga do swego obozu. Wprawdzie Komeniusz nakłania króla, by łagodnością przeciągał katolickich Polaków do obozu protestanckiego, ale pisze też panegiryk na cześć nowego króla, zresztą za namową swego protektora, Bogusława Leszczyńskiego.
     Okazało się bowiem, że Komeński od lat był agentem szwedzkim, utrzymującym żywe kontakty z kanclerzem Axelem Oxenstierną. Czym się kierował człowiek o wielkim umyśle, twórca wizji sprawiedliwości na ziemi i podręczników, traktujących też o moralności? Dlaczego niechęć do Polski zaprowadziła go do obozu szwedzkiego, choć w tolerancyjnej Rzeczypospolitej znalazł swą życiową przystań?
     Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Historycy zwracają uwagę, że działalność polityczna Komeniusza wyrosła na gruncie umiłowania ojczyzny — Czech. Po nawiązaniu kontaktów z Oxenstierną przeniósł się w 1642 roku do bliższego Szwecji Elbląga. Tam otrzymywał od Szwedów pieniądze w zamian za szczegółowe informacje o sprawach polskich. Przemyśliwał nad stworzeniem koalicji protestanckiej Szwecji, Anglii i Siedmiogrodu, która obaliłaby katolickich Habsburgów i wyzwoliła Czechy. Jednakże coraz silniej angażował się przeciwko Polsce, temu „rogowi na katolickiej bestii”, idąc za słynnym określeniem Olivera Cromwella. Zaczął więc spiskować przeciw królowi Janowi Kazimierzowi — także z Januszem Radziwiłłem i wojewodą poznańskim Krzysztofem Opalińskim.
     Podczas 10-miesięcznych rządów Jednoty braci czeskich w Lesznie nie reagował, gdy łupiono katolików, zmuszając szlachtę i księży do ucieczki na Śląsk. Nadal nawoływał do „krucjaty przeciw Polsce”, co pośrednio zaowocuje próbami jej rozbioru w 1657 roku w Radnot. W broszurze Evigilia Poloniae postuluje, by Polacy odeszli od katolicyzmu i opowiedzieli się po stronie reformacji.
     27 kwietnia 1656 oddziały Piotra Opalińskiego obiegły Leszno. Komeński radzi czekać na cud. Jakoż był on połowiczny: wprawdzie Opaliński zginął, ale nie przeszkodziło to Polakom zająć miasta. W tym czasie Jednota wraz z Komeniuszem uciekała na Śląsk, pozostawiając bezcenne rękopisy genialnego pedagoga. W Niemczech pisze więc broszurę Lesnae excidum, kreśląc w niej obraz Polaków jako „zdrajców, warchołów, wściekłych psów”, którzy wykłuwają oczy i wyrywają języki braciom czeskim w Lesznie. Opinia idzie w świat, choć przecie Polacy nawet nie mieli kogo szykanować w opustoszałym mieście.
     Dlaczego tak czynił? Badacz z Londynu Jędrzej Giertych wysunął hipotezę, że Komeński działał w organizacji różokrzyżowców, tajnego bractwa nawiązującego do idei żydowskiej kabały, zmierzającego ponoć do przejęcia władzy nad światem. Giertych wykreował nawet pedagoga na „ojca masonerii”. Nie zraziło go to, że Wielka Loża londyńska powstała blisko pół wieku po śmierci Komeniusza, a 76 lat po jego ostatniej wizycie w Londynie”.
     Dziś nikt już nie stawia tak śmiałych hipotez. Inną ciekawostką jest to, iż swego czasu nauka niemiecka, roszcząca sobie prawa do narodowości Kopernika, usiłowała też „zniemczyć” Czecha Komenskiego. Nam pozostanie tylko westchnąć nad powikłanymi ziemskimi ścieżkami intelektualistów, usiłujących ogarnąć świat „filozofią wszechrzeczy”, która wiedzie do tak dwuznacznych poczynań.

 

 

 

Jan Amos Komensky

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330779977,trackback

Literacki maraton Sokołowskiego...

sobota, 21 stycznia 2012 21:18

 

     Droga do literatury bywa czasem długa i kręta. Nie zawsze dochodzi do takiej sytuacji, że młodzieńcze fascynacje pisarskie pozostają w zgodzie z rze-czywistymi możliwościami twórczymi, gdyż decydują o nich zupełnie inne czynniki. W przypadku Aleksandra Sokołowskiego, polskiego poety mieszkającego w Wilnie, było to odkrycie w sobie pewnych pokładów myślowych, które budziły tęsknoty za tym, co minione, co pozwalało na nowo spojrzeć poecie w przyszłość, nie zapominając jednocześnie o swojej tożsamości. Po pojałtańskiej tragedii, wielu Polaków — poetów, pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, muzyków — stanęło przed dylematem znalezienia miejsca dla siebie w nowej rzeczywistości, a przez to i określenia samego siebie. Jednakże duży zmysł obserwacyjny i bogata przeszłość życiowa spowodowały, że miłość do literatury stała się dla Sokołowskiego pewnego rodzaju „obsesją”. Doprowadziło to do ukazania się kilku książek poetyckich i potrzeby dzielenia się z innymi bogactwem duchowych przeżyć człowieka wrażliwego.
    Książka poetycka autora znad Willi „Maraton miłości. Erotyki”  nie jest do końca książką o miłości, a podtytuł „Erotyki” wskazują tylko na pewien rodzaj emocjonalnego zaufania sobie i bliskości życia w zgodzie z naturą. Zresztą ta pasja od jakiego czasu bliska jest poecie, o czym świadczy jego wcześniejsza książka pt. „Pszczoły i ludzie”.
     Autor opowiada o swojej twórczości, życiowych rozstajach, zakrętach i radości jaką daje mu obcowanie ze słowem pisanym. Miłosne uniesienia są tylko i wyłącznie odniesieniem do stanu duszy i tęsknotą za pewnym stanem umy-słu, w jakim znaleźć się może każdy z nas. Skołowskiemu bardziej zależy na poszanowaniu godności drugiego człowieka (w tym przypadku kobiety), niż na ulotnych nadziejach na silne doznania cielesne. Czy taka rzecz jest w ogóle możliwa? Owszem, pod warunkiem, że potraktujemy innych jako podmiot, a nie przedmiot (niekoniecznie liryczny).
     Obrazy namalowane słowami, a przedstawione w tej książce, to przede wszystkim jakże ważny element życia ludzkiego, jakim jest miłość. W tej poezji liryzm zahacza o dramaty, a niemożliwość umiera w poczuciu niemocy.
     W czasach, gdy cały świat gwałtownie się cywilizuje i industrializuje, hasło „miłość” nie jest przyciągające, a czasem wręcz zniechęca. Ale Aleksander Sokołowski zdaje się zaprzeczać tej tezie i to jest w jego poezji najbardziej obiecujące.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330776707,trackback

Zmarł Krzyszof Gąsiorowski...

piątek, 13 stycznia 2012 16:32

 

     Zmarł Krzysztof Gąsiorowski. Poeta, publicysta, wieloletni redaktor miesięcznika Poezja, były prezes Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich. Jedna z najciekawszych postaci polskiej literatury powojennej, autor kilkudziesięciu tomów poezji, współtwórca Orientacji Poetyckiej Hybrydy. Był tyleż wybitny, co niedoceniany... Lubiany, co nienawidzony...
     Krzysztof nie był poetą łatwym, zarówno w życiu, jak i odbiorze jego twórczości. Wymagał od czytelnika pełnego zaangażowania się podczas czytania poezji.
     Żył biednie i samotnie, jakby nie myślał o tym, że przecież oprócz poezji jest jeszcze szare, czasami niełatwe życie. Ale nie bardzo się tym przejmował.
     Pamiętam, jak wielokrotnie spieraliśmy o jego „wiersze papieskie” — jak je nazywał — które przysyłał mi do „Gazety Kulturalnej”. Były to teksty jeszcze gorące, pisane nocą, przepojone emocjami, a wczesnym rankiem miałem je już na swoim komputerze, przesłane pocztą elektroniczną. „Wiersze papieskie”, były dla Krzysia nowym doświadczeniem literackim. Był nimi bardzo podekscytowany, pobudzony wręcz, chłonął wszystkie uwagi o nich — wręcz żądał ich. W jednym z listów napisał (pisownia dosłowna): „Andrzeju, czy te wierszyki mają właściwą metaforykę? Wiesz, zastanawiałem się w nocy, czy Papież mógłby myśleć tak, jak ja, to znaczy, że świat jako taki, jest tylko małym ziarenkiem piasku w kieszeni spodni? Bo wiesz, tak naprawdę, to chyba nawet on nie wie, jak to jest... ale pamiętaj, wal śmiało. Musimy to obgadać, jak przyjedziesz do Warszawki”.
     Ech, Krzysiu, już nie pogadamy... Nie pogadamy sobie — ani o poezji, ani o metafizyce w wierszach... Ale myślę, że tam docenią Cię bardziej...


Krzysztof Gąsiorowski

* * *

Papież odprawiał Mszę Świętą,
raz po raz przerywaną oklaskami
falującego tłumu.
 
Przy Podniesieniu krzyczano: niech
żyje Papież.
 
Wcale mi nie było do śmiechu.
 
Ja ich poniekąd rozumiem. W ławicy
— łatwiej ukryć się przed drapieżnikiem,
 
a nawet przed Sobowtórem.
 
Wiele tu od Rybaka zależy. Różni
bywali, a tłumy płynęły za nimi.
 
Wolności bywają różne. Łatwe,
trudne.
 
(podczas relacji radiowej, 6 czerwca 1999)

 

Krzyszof Gąsiorowski (z prawej) z Andrzejem K. Waśkiewiczem na schodach pomnika Adama Mickiewicza. Warszawska Jesień Poezji - 9 października 2008 roku. Foto: Andrzej Dębkowski.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330751371,trackback

Co się stało z naszym człowieczeństwem?...

wtorek, 10 stycznia 2012 16:59


     Wczoraj w Poznaniu pułkownik-prokurator podczas konferencji prasowej próbował popełnić samobójstwo. Nie wiem, co skłoniło go do tak dramatycznego czynu. Tchórzostwo, słaba psychika, bohaterstwo, protest przeciw temu, z czym przyszło mu się mierzyć w swojej pracy zawodowej. Nie wiem i nie bardzo mam ochotę tego dociekać i nie pisałbym o tym, gdyby nie zupełnie inna sytuacja z tym związana.
     Otóż, po odczytaniu oświadczenia, pułkownik-prokurator poprosił dziennikarzy o opuszczenie sali na kilka minut. Następnie strzelił sobie w głowę. Zaraz po zdarzeniu media wyemitowały nagranie. Nie słychać na nim krzyku dziennikarzy, nie widać też ich poruszenia. Zamiast pomóc ofierze, część z nich podbiega i chwyta za kamery.
     Jak należałoby nazwać dziennikarzy, którzy zachowali się w ten sposób? Hienami? Żyjemy w czasach, kiedy tzw. „news” liczy się w dziennikarstwie najbardziej, ale na Boga, czy jako ludzie sięgnęliśmy już takiego dna?...
     Zastanawiam się czy uda się jeszcze uratować środowisko dziennikarskie od zdziczenia? Może ten przykład wpłynie na zachowanie innych? Nie sądzę! To wydarzenie pokazało, jak bardzo środowisko dziennikarskie jest zdeprawowane, zepsute i zadufane w sobie. Wystarczy włączyć dowolną stację telewizyjną, aby przekonać się, że zaproszeni goście są tylko i wyłącznie tłem dla „wybitnych” gwiazdorów. Często są nieprzygotowani, bezczelnie przerywają swoim rozmówcom, tylko oni mają receptę na prawdę...
     Na szczęście, wśród tej hałastry, znalazł się jeden, który nie bacząc na nic, pospieszył z pomocą. Jak sam mówił po zdarzeniu usłyszał, że jest BOHATEREM, bo jako jedyny pospieszyłem mu z pomocą, gdy leżał w kałuży krwi w gabinecie swojego szefa.
     Bo w przeciwieństwie do niektórych dziennikarzy nie włączyłem kamery i nie robiłem »gorącego newsa«. Bo nie zacząłem zdawać do mojej redakcji relacji na żywo stojąc nad ciałem pułkownika Przybyła. Bo zamiast tego zainteresowałem się człowiekiem i sprawdziłem czy żyje. Moje zachowanie to żadne bohaterstwo. Pierwsza pomoc człowiekowi, mimo mojej dość niewielkiej wiedzy teoretycznej w tym zakresie, uznałem za jedyny właściwy odruch. Szkoda, że normalność zaczyna urastać do rangi czegoś niespotykanego. Rozumiem, że część kolegów po fachu mogła być w pierwszej chwili sparaliżowana strachem, nie wiedziała co robić, musiała ochłonąć. Trudno mieć o to do kogoś pretensje — w końcu tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Ale postawa innych pracowników mediów, którzy nie zważając na okoliczności, „grzali newsa” i nie odpowiadali na moje prośby o pomoc, to podłość. A chodziło tylko o to, by przewrócić na bok leżącego twarzą w kałuży krwi prokuratora. Wiem, że ci którzy nie pomogli, teraz tłumaczą się, że są nauczeni, by w takiej chwili robić materiał. I że przecież wszyscy nie mogli rzucić się na pomoc”. A dlaczego nie, pytam? Dlaczego nie było widać tłoku, przepychania się, kto pierwszy ma udzielić poszkodowanemu pomocy? Tłok rzeczywiście był i mało co zadeptaliby niedoszłego samobójcę, byle tylko zrobić lepsze ujęcie, byle zdjęcia były bardziej wyraźne.
     Zdaję sobie sprawę, że jest wielu dziennikarzy, którzy pomagają ludziom. Są często ostatnią instancją obronną przed znieczulicą, arogancją władzy i brutalnością otoczenia.
     Tutaj nie chodzi o to, żeby nie pisać o zdarzeniu, czy nie relacjonować go, ale o ludzkie odruchy. A pierwszym ludzkim odruchem ma być ratowanie drugiego człowieka, a nie chwytanie za kamerę. Kiedy odruchem jest to drugie, to znak, że z ludzką psychiką coś jest nie tak.
     Wybitny polski dziennikarz i reportażysta, Ryszard Kapuściński, stwierdził kiedyś, że do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Ale kto dzisiaj przejmuje się takimi słowami?
     Prawo stanowi, że nie udzielenie pomocy człowiekowi w potrzebie jest karalne. I dziennikarze, którzy tak bardzo lubią szukać winnych, a którzy tu kręcili relację niechby sami podali się do prokuratury jako winni.
     Tu nie chodzi o bohaterstwo tylko człowieczeństwo...


     P.S. KK Art. 162. § 1. Kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330742996,trackback

Rozmyślania...

sobota, 07 stycznia 2012 22:45

 

     Ileż to wymyślono definicji, co to jest „poezja kobieca”? Niektórzy mówią, że to poezja pisana przez kobiety, inni z kolei mówią, że nie, bo przecież Wisława Szymborska czy Ewa Lipska nigdy nie pisały poezji kobiecej, a w ich wierszach raczej trudno doszukać się płci autora. Podmiot liryczny nie jest więc wyznacznikiem tego, że dany wiersz należy do grupy „poezji kobiecej” bądź też nie należy. W naszej współczesnej literaturze możemy natomiast odnaleźć wiele przykładów poezji pisanej przez mężczyzn, która bardziej przystaje do definicji „poezji kobiecej”. W zasadzie nie powinno więc być takich wewnętrznych sprzeczności próbujących wyjaśnić tę kwestię. Nie powinno być, a jednak...
     „Poezja kobieca” — jako kategoria odbioru dzieła literackiego zakłada jednak naturalny związek między podmiotem lirycznym a autorką danego utworu poetyckiego. Czasami jest i tak, że nawet znosi wszelkie rozróżnienie między nimi. Poetka nie musi wcale pisać o sobie, wystarczy, że wiersz będzie napisany z jej to znaczy z kobiecego punktu widzenia. Dodatkowo powinien być bardzo emocjonalny i zmysłowy, i nie daj Boże, żeby był intelektualny.
     Czy zatem mówienie, że „poezja kobieca” jest jakimś gorszym gatunkiem poezji, ma swoje uzasadnienie? Nie, o ile poezja ta, oprócz swoich głęboko zakorzenionych, kobiecych odczuć, zawierała będzie elementy poetyczności. W takim przypadku nie będzie to miało większego znaczenia, kiedy poetka będzie „wylewać swoje serce na papier”.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330735280,trackback

Rozmyślania...

niedziela, 01 stycznia 2012 20:01

 

     Początek nowego roku zawsze skłania do refleksji. Dokonujemy analizy tego, co minione, co udało nam się zrealizować, a czego nie. Co było dla nas ważne, a na co po prostu straciliśmy niepotrzebnie czas...
     Niedobrze rozpoczął się rok 2011. Na początku stycznia zmarł Krzysztof Kolberger, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów współczesnego kina i teatru.
     W lutym zmarł abp Józef Życiński, metropolita lubelski, wyjątkowy hierarcha Kościoła katolickiego w Polsce.
     Odeszła także Anna Kajtochowa. Poetka, powieściopisarka, publicystka i edytorka.
To był niedobry rok dla całej Ziemi. Tsunami uderzyło w Japonię... Zginęło kilka tysięcy ludzi, kilkanaście zostało rannych, a kilkaset tysięcy straciło wszystko...
     Adam Małysz zakończył swoją karierę sportową. Można by powiedzieć, a cóż to takiego? Koniec kariery, jak wiele innych... Otóż nie! Adam Małysz nie był zwyczajnym sportowcem. Bo Adam Małysz stał się wyznacznikiem narodowego sukcesu, takiego, o jakim marzy każdy z nas.
     W roku 2011 zaczął zmieniać się świat muzułmański. W krajach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, w Algierii i Libii lała się krew. Masowe i krwawe wystąpienia przeciwko władzy pokrzywdzonej przez reżimy ludności, spowodowały, że z Tunezji czy Egiptu uciekli dyktatorzy, pozostawiając swoje kraje w chaosie i biedzie. Na dyktatorze Libii dokonano samosądu.
     W czerwcu zmarł Jan Juszczyk, poeta, filozof i piękny człowiek. Piękny duchem. Po prostu przyjaciel...
     Odszedł także mój teatralny guru, Adam Hanuszkiewicz, jeden z najbardziej znanych, legendarnych twórców polskiego teatru. Aktor i reżyser teatralny, współzałożyciel Teatru Telewizji. Tym samym polska scena straciła jednego z najważniejszych twórców i nowatorów...
     Koniec roku 2011 to także smutny czas. Zmarł Václav Havel — ostatni prezydent Czechosłowacji i pierwszy przywódca Czech po upadku komunizmu, a także pisarz, dramaturg, legenda czechosłowackiej opozycji. Intelektualista, który najpierw piętnował, a później zdołał w swym kraju obalić komunizm, a także myśliciel, który miał odwagę stanąć na czele państwa. 11 marca 1998 roku Václav Havel odwiedził Zelów, kiedy składał w Polsce oficjalną wizytę.
     W roku 2011 obchodziliśmy także rok Czesława Miłosza.
     Skończył się rok 2011. Rok i dobry, i zły. Przed nami nowe wyzwania, nowe zadania i nowe obowiązki. Dla Polski będzie to rok próby, bo przed nami Euro 2012, impreza, która może nam przynieść wiele korzyści, albo może się ona stać narodową klapą.
     Ogólnoświatowy kryzys nie nastraja optymistycznie, upadają gospodarki, które jeszcze do niedawna wydawały się silniejsze niż nasza.
     Nam pozostaje nadzieja, że być może nie będzie aż tak źle, że uda nam się wykrzesać resztki człowieczeństwa i dobroci... A świat? Świat rządzi się swoimi prawami...



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330708993,trackback

Rozmyślania...

niedziela, 25 grudnia 2011 20:29

 

     Kiedy oglądam telewizję, czytam gazety czy słucham radia, obcuję, jak każdy, z totalnym kłamstwem. W środkach masowego przekazu mamy do czynienia z różnymi rodzajami kłamstwa. Ludzie, którzy tam pracują, (nie tylko ci starzy, ale już nowi, młodzi dziennikarze), nauczyli się, że praca w telewizorze polega na okłamywaniu tak zwanej ludności. Wykonują więc tę swoją pracę, jak najlepiej potrafią kłamią, jak się da i ile się da. W telewizorze kłamią nie tylko programy informacyjne także rozrywkowe, literackie, muzyczne, jakie tylko są.
     Telewizja ma w sobie coś z króla Midasa — tyle że czego się dotknie, zamienia się nie w złoto, lecz w...
     Ten rodzaj kłamstwa wydaje mi się zresztą niezbyt ważny, ponieważ jest oczywiste, że telewizja kłamie. Ważniejsze i ciekawsze jest kłamstwo tych, którzy opisując Polskę nie bardzo wiedzą, że kłamią. To kłamstwo bierze się stąd, że to, co jest polską rzeczywistością, opisywane jest z perspektywy warszawskich czy krakowskich elit, a więc z perspektywy ludzi, którzy o życiu polskim o jego wielkich głębiach, wielkich tajemnicach, ale także o jego widzialnych obrazach wiedzą bardzo mało albo nie wiedzą nic. I to jest najbardziej przykre. Ale kogo to tak naprawdę obchodzi...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330690314,trackback

Poetycko (24)...

sobota, 24 grudnia 2011 23:07

Ballada wigilijna

 

Błękitna zorza się rozciąga i gwiazda betlejemska płonie,

podobny do anioła stróża, oznajmia: — Oto Pan nadchodzi.

 

Niebo podsyła nam marzenia i nie przyjmuje już tłumaczeń,

w tej oto chwili znów nadzieja, niespodziewanie pędzi z góry.

 

W moim królestwie czas radości, hufce aniołów jak husaria,

rozdają paczki i prezenty, dojrzewa miłość i milczenie.

 

A ty jak piesek, biedny, głodny, zgubiłeś ślady w wielkim mieście,

tej nocy znowu chciałeś mówić, broń mnie — mój Panie — przed obłudą.

 

Spragnieni drzewa obfitości, szukamy ciszy i przyjaźni,

gdzie zapach drzewa świerkowego i zwitek siana pod obrusem.

 

Któż pozna swoje przeznaczenie, obroni się przed łownym zwierzem,

który pod sierścią łagodności, jak dzidą rzuca czarnym słowem.

 

I nagle cisza dookoła, to płatki śniegu już wirują,

przy ogniu siedzi małe dziecię i matka czule go otula.

 

Więc może znowu powspominasz, zapiszesz kilka słów — dla innych —

w świecie złych myśli, dziwnych złudzeń — czasem zostaje nam nadzieja.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330688238,trackback

Napięcie Kim Dzong Ila...

poniedziałek, 19 grudnia 2011 20:48

 

     Zmarł przywódca Korei Północnej — Kim Dzong Il. Prezentarka, reżimowej telezwizji północnokoreańskiej poinformowała naród — mając spazmatyczny wyraz twarzy i niemiłosiernie płacząc — że ich wódz zmarł będąc w „nieprawdopodobnym napięciu umysłowym i fizycznym”...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330677142,trackback

Vaclav Havel nie żyje...

niedziela, 18 grudnia 2011 19:38

 

     W wieku 75 lat zmarł Václav Havel — ostatni prezydent Czechosłowacji i pierwszy przywódca Czech po upadku komunizmu, a także pisarz, dramaturg, legenda czechosłowackiej opozycji.
     Havel to jedna z największych postaci najnowszej historii Czech i Czechosłowacji. Intelektualista, który najpierw piętnował, a później zdołał w swym kraju obalić komunizm, a także myśliciel, który miał odwagę stanąć na czele państwa.
     W 1977 roku wraz z grupą czechosłowackich intelektualnistów, twórców i opozycjonistów powołała Kartę 77, inicjatywę mającą na celu monitorowanie postanowień dokumentu i krytykującą władze państwowe za niedotrzymywanie podpisanych zobowiązań, łamanie praw człowieka i naruszanie swobód. Havel — obok filozofa Jana Patoczki, pisarza Pavla Kohouta, czy dziennikarza Perta Uhla — należał do najważniejszych przedstawicieli Karty i był też jednym z jej pierwszych rzeczników.

     Gdy w 1989 roku w Czechosłowacji wybuchła aksamitna rewolucja stanął na czele antykomunistycznego Forum Obywatelskiego (OF). Wkrótce też został prezydentem, jako niekwestionowany lider opozycji antykomunistycznej.
Podział kraju z 1993 roku Havel głęboko przeżył i na kilka miesięcy wycofał się z życia publicznego. Wkrótce jednak wrócił na fotel prezydenta Czech, gdy parlament wybrał go na ten urząd.
     11 marca 1998 roku Václav Havel odwiedził także Zelów, kiedy składał w Polsce oficjalną wizytę. Wraz ze swoją drugą żoną, aktorką Dagmar Veszkrnovą, spotkał się z zelowskimi Czechami (potomkami Braci Czeskich), największą społecznością czeską w Polsce. Zwiedzili kościół ewalngelicko-reformowany, Przedszkole Edukacyjne (patronat honorowy objęła żona Havla). Prezydencka para złożyła także kwiaty na Rynku przy tablicy upamiętniającej przybycie osadników czeskich do Zelowa w 1802 roku... Pamiętam, jak cały Zelów wyległ wtedy na ulice miasta...


Przemówienie pana prezydenta Republiki Czeskiej Vaclava Havla, jakie wygłosił

w kościele ewangelicko-reformowanym w Zelowie w dniu 11 marca 1998 roku.

„Panie i panowie, wszyscy obecni. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwy z tego, że chociaż na chwileczkę mogłem się u Was zatrzymać i mogę z Wami pobyć i pozdrowić Was. Chciałbym Was pozdrowić w imieniu mojego kraju, Republiki Czeskiej a przede wszystkim chciałbym wyrazić podziw moich współobywateli mieszkańców mojego kraju nad tym jak wspaniale potrafiliście Państwo zachować swoje tradycje, swój język i swoją wiarę tu w Polsce. Wydaje mi się, że Wasze życie tutaj wskazuje na jedną rzecz. Wasz pobyt tutaj jest świadectwem tego, że można na gruncie innej wiary, w innym państwie zachować własną tożsamość jednocześnie współżyjąc i współdziałając z innymi. Wydaje mi się, że dzisiaj jest najwłaściwszy moment, żeby o tym powiedzieć sobie, w momencie gdy Europa się jednoczy i kiedy niektórzy twierdzą, że może zabraknąć tej tożsamości pojedynczych narodów, regionów, społeczności. Że będziemy się dusić w tej jedności. Tu jest przykład, że tak nie będzie. Państwo również potrafiliście zachować zasadę współżycia obywatelskiego i wydaje mi się, że to współżycie, tworzenie społeczeństwa obywatelskiego będzie najlepszym wyjściem. Dziękuję bardzo za to, że powierzono mi, że przekazano mi auspicje nad budową muzeum tej ziemi, tych obywateli tutaj. Przyjmuję te auspicje z radością i biorę to na siebie. Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam i dziękuję”.

    

     Cały dzień we wszystkich stacjach telewizyjnych w Polsce można było oglądać historię życia i działalności Havla. Co chwilę występowali goście, przechwalający się tym, jak dobrze znali czeskiego działacza, pisarza i prezydenta. Momentami odnosiło się wrażenie, że każdy Polak spotykał się z „Waszkiem” przynajmniej kilka razy, razem z nim walczył, pił piwo, i pisał za niego dramaty... Jak to śmierć jakiegoś człowieka zmienia poglądy i zachowania innych ludzi...

 

 

Václav Havel




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330675113,trackback

Rozmyślania...

sobota, 17 grudnia 2011 20:36

 

     Wychowałem się w czasach, o których dzisiejsza młodzież nie może nic powiedzieć, no chyba, że zna te czasy z opowieści. To samo jest z moim pokoleniem, które o pokoleniu moich ojców wie dokładnie tyle samo... Dlatego coraz bardziej przemawia do mnie stwierdzenie Woody Allena, który mówi o jakimś szaleństwie, ciągnącym się za nami przez kolejne pokolenia. To właśnie przez to szaleństwo nie można dostatecznie zidentyfikować się ze swoimi przedstawicielami w różnych gremiach władzy. Reżyser nazywa to rodzajem paranoi, z której żeby wyjść, trzeba poddać się natychmiastowej kuracji... Należy jeszcze pamiętać — dodał — żeby nie robić tego jesienią.

     Bardzo źle znoszę przesilenie jesienne, a na dodatek często odnoszę wrażenie, że tak naprawdę to tylko idioci nie mają w tym czasie depresji. Dlatego też w celu podbudowania swojego ego, a przede wszystkim duszy i ciała udałem się do masażystki, która przyjmuje niedaleko mojego domu. Wchodzę i kiedy zacząłem się rozbierać, ona posadziła mnie na białym plastikowym krześle, spojrzała mi w oczy swoimi wielkimi, dwudziestokilkuletnimi, piwnymi oczami, i powiedziała: — Słucham! Zdziwiłem się jeszcze bardziej — nie zapisałem się w końcu do psychiatry, tylko przyszedłem do salonu odnowy — biologicznej rzecz jasna. Na dodatek przecież nie mogłem dać po sobie poznać, że w zasadzie to przyszedłem do tego salonu w zupełnie innym celu. Tyle razy przechodziłem obok tego cudownego przybytku, więc jakże tu nie wstąpić, nie porozmawiać, nie wypłakać się w rękaw, jednym słowem nie poczuć się jak w pokoju zwierzeń — ze znanego skądinąd programu pewnej telewizji komercyjnej. A przecież czas na tego typu zachowania jest jak najbardziej sprzyjający.

     W polityce bardzo gorąco. Salony (niekoniecznie odnowy) rosną, jak grzyby po deszczu, masażystów i psychoterapeutów tylu, że nie mogłem się zdecydować komu powierzyć swoje ciało, no i duszę... Zacząłem się w końcu zastanawiać, że Polska jest chyba bardzo chorym krajem, skoro pojawiło się nagle tylu uzdrawiaczy. Wszyscy oni biorą sprawy w swoje ręce, ręce terapeutów-amatorów, w rączki złote i rączki czułe (niestety, tylko podczas wyborów), a czasami w łapy zwykłych oszustów. Tych ostatnich jest zresztą najwięcej.

     Co jest powodem takich zachowań? Myślę, że to wcale nie jest sprawa egoizmu, tylko zwykłego lęku, jaki pojawia się w każdym z nas. Lęku nie przed tym, co nas czeka, ale lęku przed utratą iluzji, że kiedyś może nie było lepiej, ale na pewno... inaczej. Może było byle jak: podle, niechlujnie — ale swojsko, bo po Polsku... Teraz jest podobnie, jednak bardziej demokratycznie i po kapitalistycznemu, jak mawiał kiedyś mój blisko dziewięćdziesięcioletni sąsiad, z którym czasem zamieniałem kilka słów, kiedy przychodził do mnie po wodę, bo on ani nie podłączył swojego domu do wodociągu, ani nie ma studni... od zawsze.

     Niestety, największym rozczarowaniem po zdobyciu wolności jest bardzo słaba inicjatywa ludzi do tworzenia „dobrego” — oczywiście poza interesem własnym. Ogólnie rzecz ujmując, panuje bierność, która obnaża wszelkie chorobowe objawy pacjentów. Dlatego wybrałem się w końcu do tego, a nie innego terapeuty, żeby nie brać udziału... Na moje szczęście okazało się, że terapeutą jest kobieta i po pewnym czasie zapomniałem nawet, że zaczęła ze mną od suchego „słucham”. Wiedziałem natomiast jedno, że na pewno mi pomoże, bo jakże mogło być inaczej skoro wyglądała na osobą bardzo fachową. W jednej ręce trzymała jakąś broszurę, a drugą rękę miała namaszczoną jakąś oliwką czy kremem. Nie byłem jednak pewien, co ta rączka robiła w przeszłości. Przecież tego fachu gdzieś musiała się nauczyć... Kobiecie dałem się w końcu pomasować, ale już tylko dlatego, że wyczułem, że jej na tym bardzo zależy.

     Aha, ostatnio, mój znajomy psychiatra (ten prawdziwy) zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie... — Słuchaj! — mówi. — Mam dobry koniak, austriacki STOCK. Nie znalazłbyś dla mnie trochę czasu — ostatnio tyle czytasz książek z filozofii i takich tam różnych, to mógłbyś mi trochę poradzić, co mam dalej robić... Bo już nie wiem, kogo tak naprawdę mam dalej leczyć...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330672971,trackback

Abaton...

środa, 14 grudnia 2011 22:43

 

     Byłem dzisiaj w Piotrkowie Trybunalskim na promocji nowej książki Grupy Literackiej „Abaton”, która właśnie ogłosiła swoją kolejną antologię: „Mówić czy zamilczeć”.  Poproszono mnie o słowo o tej książce. Nie przepadam za recenzowaniem antologii, ale zrobiłem wyjątek, a to dlatego, że po przeczytaniu okazało się, że ta książka to jedność, to niezwykła, wręcz unikatowa spójność poszczególnych wierszy. Zazwyczaj antologie to zlepek wszystkiego, przypadkowość, brak pomysłu... Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie przekonała. Dzisiaj, w świecie rządzonym przez elektroniczne środki masowego komunikowania, już samo uczestnictwo w kulturze nie jest modne, a co dopiero bycie artystą, poetą, pisarzem. Nie jest modne także przynależenie do grupy literackiej. Nie ma już w Polsce praktycznie żadnych grup programowych, skupionych wokół pewnych zjawisk, założeń, programów czy manifestów. To źle, bo praktycznie skończyły się dyskusje o poezji, o jej miejscu w społeczeństwie, o jej znaczeniu... Jest coraz mniej tzw. środowisk literackich, wokół których skupiało się życie artystyczne. „Abaton” zdaje się być takim wyjątkiem, może dlatego, że członkowie grypy, to ludzie już ze znacznym bagażem życiowych doświadczeń. Młodość dawno mają już za sobą...

     Jakie są wiersze zawarte w tej antologii? Można powiedzieć, że te wiersze to potrzeba dzielenia się z innymi bogactwem duchowych przeżyć człowieka wrażliwego. Wskazują na pewien rodzaj emocjonalnego zaufania sobie i bliskości życia w zgodzie z naturą. W tej antologii prawie wszyscy jej autorzy opowiadają – może nie bezpośrednio, ale jednak – o swojej twórczości, życiowych rozstajach, zakrętach i radości jaką daje im obcowanie ze słowem pisanym. Jeśli mamy do czynienia z wierszami lirycznymi, to miłosne uniesienia są tylko i wyłącznie odniesieniem do stanu duszy i tęsknotą za pewnym stanem umysłu, w jakim znaleźć się może każdy z nas. Poetom bardziej zależy na poszanowaniu godności drugiego człowieka (w tym przypadku kobiety), niż na ulotnych nadziejach na silne doznania cielesne. Czy taka rzecz jest w ogóle możliwa? Owszem, pod warunkiem, że potraktujemy innych jako podmiot, a nie przedmiot.

     Obrazy słowne przedstawione w tej książce przez prawie wszystkich autorów, to przede wszystkim jakże ważny element życia ludzkiego - jakim jest miłość. W tej poezji liryzm zahacza o dramaty, a niemożliwość umiera w poczuciu niemocy.

     W czasach, gdy cały świat gwałtownie się cywilizuje i industrializuje, hasło „miłość” nie jest przyciągające, a czasem wręcz zniechęca.

     Jednak większość wierszy zawartych w tej antologii, to nieustanne borykanie się z przeciwnościami losu, z tym, co tak naprawdę najważniejsze jest w poezji – zadawanie ważnych pytań egzystencjalnych. A są trzy ważne pytania egzystencjalne: skąd jestem? jaka jest moja ziemska wędrówka? i co jest po drugiej stronie? Niektórzy dodają - jeżeli jest?

     Bycie poetą czy pisarzem, to nie tylko pisanie wierszy, bycie poetą, to powolne oddawanie siebie dla innych, czy tego chcemy czy nie. Bycie poetą, to zasiadanie przy jednym stole z Panią, której nie każdy może mówić po imieniu. Myślę, że każdy z nas marzy o tym, tak samo, jak setki młodych i starszych poetów, aby dzielić się opłatkiem nadziei i zwątpienia z Panią Poezją, z Panią Literaturą. A w tej książce udaje się to doskonale...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330666068,trackback

Stan wojenny 30 lat później...

wtorek, 13 grudnia 2011 19:31

 

     30 lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny. Nagle, w nocy z 12 na 13 grudnia. Byłem wtedy we Wrocławiu, studiowałem na ZMECHU, kuźni generałów, jak się powszechnie mówiło. Zerwano nas o 2:00, dano broń z ostrą amunicją... Do dzisiaj dziękuję Bogu, że nie kazano nam strzelać... Co dalej? Nie chcę o tym mówić, ani pisać... Jeszcze teraz przeszywają mnie dreszcze... Te wydarzenia przyczyniły się do tego, że moja przygoda z wojskiem nie trwa do dzisiaj, tylko urwała się znacznie wcześniej...

     Przez te wszystkie lata nasłuchałem się różnych opinii – czy tak trzeba było, czy rzeczywiście groziła nam agresja, co byśmy wtedy zrobili, czy Polska spłynęłaby krwią itd. itp. Wszystko to jedna wielka blaga, fałsz i zakłamanie, wyciągnie jakichś dokumentów, powoływanie się na opinie niby autorytetów, głównie z Zachodu, którzy siedzieli sobie tysiące kilometrów od tych naszych, tragicznych wydarzeń, niewiele tak naprawdę orientując się w rzeczywistej sytuacji w naszym kraju.

     Najgorsze jest to, że dzisiaj najczęściej zabierają głos ludzie, którzy najmniej zrobili, najmniej działali, najmniej poświęcali się, najmniej narażali życie swoje i swoich bliskich... Dzisiaj wszyscy są specjalistami od tamtych czasów... Skąd nagle tyle kombatantów, wyciągających łapy po odszkodowania i emerytury? Osobiście znam pewnego pana, byłego działacza partyjnego, m.in. lektora Komitetu Wojewódzkiego PZPR... Dzisiaj jest znanym w regionie „bojownikiem” o wolność i niepodległość. Jeździ i opowiada, jak to był torturowany przez system, przez komuchów – to jego ulubione powiedzonko. Nie mówi tylko tego, co tak naprawdę wtedy robił i czy stał z karabinem w ręku na ulicy. A jeśli tak, po której stronie... On nie wie także, co mógł wtedy czuć młody, dwudziestoletni człowiek z ambicjami, który chciał coś w życiu osiągnąć i jak te ambicje zostały mu raz na zawsze z głowy usunięte. Dzisiaj ten „bojownik” pewnie bierze odpowiednio wysoką emeryturę i jakieś dodatki za swoje „kombatanctwo”. Żałość bierze, kiedy się tylko o tym pomyśli.

     Mija kolejna rocznica tych trudnych dla naszego kraju wydarzeń i zastanawiam się tylko, jak to możliwe, że w poprzednich latach nie było tyle hałasu, nie było żadnych „pochodów niepodległości”. Czyżby wcześniej nie było zapotrzebowania na bohaterów, którzy oddali swoje życie za wolną i niepodległą Ojczyznę? Trudno mi to wszystko ogarnąć, a może już nie ma co się nad tym wszystkim zastanawiać, bo dzisiaj liczy się tylko koniunktura, a prawda historyczna to jedynie fanaberia dla naiwnych, chcących ciągle wierzyć, że Polacy to naród wybrany...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330663431,trackback

Rozmyślania...

poniedziałek, 12 grudnia 2011 16:33

 

     Czym jest kultura i historia dla każdego narodu wiedzą to te kraje, które traciły swoją narodową tożsamość. Polska w ciągu swojej ponad tysiącletniej historii wielokrotnie odczuwała te bolesne upokorzenia. Czy te historyczne doświadczenia polskiego narodu wpłynęły na jego scementowanie i umocnienie, które pozwolą sprostać wszystkim wyzwaniom cywilizacyjnym nowego tysiąclecia i to w taki sposób, byśmy mogli uczciwie powiedzieć, że wreszcie zajmujemy w świecie stosowne dla nas miejsce? Osobiście wątpię. Ostatnie przykłady świadczą o czymś zupełnie innym, wciąż nie możemy sobie poradzić z naszą historią i kulturą, a czasami przeszkadzają nam one w sposób niebywały...

     Jesteśmy na początku XXI wieku. Polsce potrzebna jest wizja państwa, które sprosta wyzwaniom nowego milenium. Można by powiedzieć, że potrzebny jest »program wielkiego celu«. Wszystkie dotychczasowe rządy wielokrotnie powtarzały, że nie uchylają się od wzięcia odpowiedzialności za kraj. Inicjowano wiele reform społecznych, modernizowano wiele branż polskiej gospodarki. Pozwalało to stopniowo zmieniać kształt i funkcjonowanie państwa polskiego po przemianach 1989 roku. Byliśmy przekonani, że konsekwentne kontynuowanie tych procesów pozwoli zbudować pomyślność naszego kraju, naszych rodzin i wspólnot lokalnych. Rzeczywistość dowiodła jednak zupełnie czegoś innego. Okazało się, że gruntowne przebudowanie państwa (patrz: społeczeństwa) nie jest możliwe w tak krótkim czasie. Prawie niewykonalnym staje się przelanie na grunt Polski pewnych wartości funkcjonujących dobrze w znacznie lepiej rozwiniętych krajach Zachodu.

     Co jest tego przyczyną? Polska w minionych dziesięcioleciach pozostawała na marginesie gwałtownych przemian cywilizacyjnych, które były udziałem całego zachodniego świata. Z jednej strony fakt ten pozwolił nam na uchronienie przed zniszczeniem wielu instytucji i wartości, z drugiej jednak strony, nasz kraj nie uczestnicząc w tych procesach nie został do nich należycie przygotowany. Obecnie liczne zmiany przebiegają w sposób żywiołowy, powodując liczne napięcia w funkcjonowaniu państwa. Zaliczyć do nich możemy globalizację procesów politycznych, gospodarczych, a przede wszystkim kulturalnych. Zmiany na rynku pracy powodują spadek znaczenia wielu grup zawodowych i przez to grożą strukturalnym bezrobociem, także wśród osób o wysokich kwalifikacjach. Społeczeństwo polskie oszołomione rewolucją informatyczną i zwiększoną społeczną rolą edukacji, obejmującą ciągłe wydłużanie się okresu obowiązkowego kształcenia, doznało swoistego rozdwojenia jaźni. Zapanował powszechny strach, że ludzie nie poradzą sobie z nowymi wartościami. W międzyczasie nastąpiło zmniejszanie się tradycyjnych źródeł rozwoju, takich jak zasoby naturalne i kapitałowe, ale nie na rzecz kulturalnych, cywilizacyjnych i technologicznych walorów społeczności lokalnych. Kryzys rodziny charakteryzujący się wieloma patologicznymi zjawiskami, braki w wychowaniu rodzinnym młodego pokolenia i zrywanie więzi międzypokoleniowych, czy niekorzystne tendencje demograficzne czynniki te jeszcze bardziej pogłębiły. Państwo polskie musi stawić czoła tym wyzwaniom. Ale jak to zrobić, kiedy przeprowadzane reformy nie przeciwdziałają i nie ograniczają niekorzystnych społecznie tendencji?

     Organizowanie życia społecznego poprzez drobiazgowe regulowanie wszystkich sfer aktywności ludzkiej nie da pożądanego efektu. Potrzebne są zmiany systemu prawnego w taki sposób, by nie ograniczał on społeczeństwa w realizacji jego podstawowych funkcji, jednocześnie chroniąc prawa naturalne — prawo do wolności, własności, w tym tego najważniejszego — indywidualnego. Dużą rolę mają do odegrania sami obywatele skupieni w stowarzyszeniach, kościołach, związkach wyznaniowych, wspólnotach lokalnych i regionalnych. Koniecznym wydaje się oddanie samorządom całości spraw z zakresu polityki regionalnej. Pozwoli to uniknąć im roli klienta biurokracji centralnej. Administracja państwowa w terenie powinna ograniczać się jedynie do funkcji kontrolnych i nadzoru prawnego oraz utrzymania bezpieczeństwa obywateli.

     Naród, który chce istnieć i harmonijnie się rozwijać musi być ufundowany na wartościach akceptowanych przez wszystkich członków wspólnoty. Musi on wyrastać ze wspólnie przeżywanej historii i wspólnej dla wszystkich tradycji. Państwo nie może zezwalać na to, by jakakolwiek część rodaków czuła się wykluczona poza nawias procesów społecznych. Czynnikami konstytuującymi wspólnotę narodową jest kultura i dziedzictwo narodowe. To kultura tworzy język pozwalający na porozumienie się w obrębie wspólnoty. Dlatego też należy traktować kulturę jako integralny element racji stanu państwa, a polskie dziedzictwo narodowe jako swój naturalny obowiązek.

     Sfera zainteresowania państwa nie powinna ograniczać się wyłącznie do zapewnienia korzyści ekonomicznych swym obywatelom, ale obejmować wszystkie dziedziny związane z dobrem wspólnym całego narodu. W tym niezbywalny obowiązek prowadzenia polityki kulturalnej. Nie oznacza to jednak nadmiernego interwencjonizmu państwa w sferę kultury. Zgodnie z zasadą pomocniczości, jak najwięcej zadań w dziedzinie polityki kulturalnej powinno być wykonywanych na jak najniższym szczeblu. Rozwojowi kultury sprzyjać będzie wtedy coraz większy udział w jej finansowaniu mecenasów prywatnych. Jednak rola państwa nie może ograniczać się tylko do stwarzania warunków prawnych, sprzyjających inwestycjom w przedsięwzięcia kulturalne, między innymi poprzez system ulg podatkowych. Zachowana musi pozostać tendencja przekazywania przez państwo zadań związanych z polityką kulturalną na szczebel regionalny i lokalny. Wspieranie instytucji kulturalnych na swoim terenie leży w żywotnym interesie poszczególnych wspólnot samorządowych. Wraz z przekazaniem samorządowi obowiązków i uprawnień, państwo musi zapewnić możliwość odpowiedniego finansowania tej działalności i nie może to odbywać się w zależności od tego, kto akurat jest przy władzy i czy lubi np. czytać książki. Państwo musi zachować narzędzia prowadzenia polityki kulturalnej. Chodzi w pierwszym rzędzie o nadzór nad mającymi ogólnonarodowe znaczenie Narodowymi Instytucjami Kultury oraz o możliwość wspierania programów o szczególnym znaczeniu dla kształtowania się wspólnoty obywatelskiej. Mecenat państwowy musi być oparty na przejrzystych kryteriach, a nie służyć jedynie do zaspokajania doraźnych grup wpływów. Będzie to możliwe dzięki opracowaniu i realizacji konkretnych programów celowych, które staną się praktycznym narzędziem polityki kulturalnej rządów. Zakres uprawnień i obowiązków państwa w zakresie polityki kulturalnej powinien zostać ograniczony do jasno określonych dziedzin, w których zapewniony zostałby odpowiedni do potrzeb poziom finansowania z budżetu. Jeśli uznamy fundamentalną rolę kultury w kształtowaniu i umacnianiu się wspólnoty obywatelskiej, to okaże się, że rodzima kultura i historia są znakomitymi instrumentami do kreowania wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Podkreślanie takich elementów jak dorobek polskich twórców kultury, wkład Polski w tożsamość cywilizacji europejskiej, udział naszego Narodu w kształtowaniu historii Europy może wspomóc wypromowanie spójnego i atrakcyjnego wizerunku naszego kraju.

     Jednak promocja polskiej kultury i dziedzictwa narodowego nie może ograniczać się tylko i wyłącznie do głoszenia własnych poglądów i próby zarażania tym innych, uznając przy tym, że kto nie z nami — przeciw nam.

     Na władzach państwowych spoczywa więc obowiązek pilnowania, by nie rodziły się pomysły niezgodne z Konstytucją RP. Przecież wiadomo, że niektóre środowiska nie z szacunkiem odnoszą się do zamieszkujących w naszym kraju mniejszości narodowych, które mają pełne prawo do podtrzymywania swojej tożsamości oraz kultywowania tradycji. Państwo nie może ograniczać ich dążeń do kreowania własnych instytucji społecznych, kulturalnych i oświatowych.

     Kultura, obok gospodarki i bezpieczeństwa, to „trzeci filar” w funkcjonowaniu państwa. W dobie globalizacji polityka kulturalna państwa staje się dobrym nośnikiem wartości kulturowych — sprzyja dialogowi państw, społeczeństw i narodów, umożliwiając poznawanie i przyswajanie wartości oraz dokonań innych a także promowanie własnego dorobku na arenie międzynarodowej. Ma to szczególne znaczenie obecnie, gdyż nazbyt często nasz kraj postrzegany jest w świecie przez pryzmat historycznych i kulturalnych stereotypów.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330660142,trackback

Zmarła Violetta Villas...

wtorek, 06 grudnia 2011 9:18

 

     To jakaś czarna seria. W niedzielę zmarł Adam Hanuszkiewicz, a wczoraj wieczorem Violetta Villas, jedna z największych, a jednocześnie chyba jedna z najbardziej tragicznych gwiazd wokalnych w Polsce. Villas wykonywała zarówno muzykę rozrywkową, kolędy i pieśni religijne, jak i kompozycje klasyczne, arie operowe i operetkowe. Nagrywała również covery popularnych piosenek amerykańskich i francuskich. Występowała w paryskiej Olympii i Casino de Paris w Las Vegas. W USA partnerowała m.in. Glennowi Fordowi, Lee Marvinowi, Bobowi Hope'owi i śpiewała z takimi gwiazdami, jak: Barbara Streisand, Frank Sinatra czy Paul Anka. Artystka słynęła ze swego charakterystycznego wizerunku, a jak wiadomo w Polsce tego typu odmienność nie cieszy się zbyt dużą popularnością...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330641995,trackback

Adam Hanuszkiewicz nie żyje...

poniedziałek, 05 grudnia 2011 13:09

 

     W wieku 87 lat odszedł Adam Hanuszkiewicz, jeden z najbardziej znanych, legendarnych twórców polskiego teatru. Aktor i reżyser teatralny, współzałożyciel Teatru Telewizji. Twórca wielu kontrowersyjnych przedstawień. Wieloletni dyrektor warszawskich teatrów: Powszechnego, Narodowego i Nowego. Tym samym polska scena straciła jednego z najważniejszych twórców i nowatorów... Ta innowacyjność polegała na bardzo oryginalnym odczytaniu „klasycznych” tekstów, wzbogacaniu ich o współczesne elementy i obfitym korzystaniu z doświadczeń telewizyjnych. Wiedział, że wiek XX wymaga od artysty innego patrzenia na świat. Przez całe artystyczne życie tworzył teatr popularny w dosłownym tego słowa znaczeniu, co u krytyków wzbudzało skrajnie odmienne emocje... Ale bez takich twórców, nasza sztuka stałby nieustannie w miejscu...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330639151,trackback

Z Warszawy na „Rubinową...”

poniedziałek, 28 listopada 2011 19:40

 

     Znowu w Warszawie. Chociaż nie lubię tego okropnego zgiełku stolicy, to tym razem pobyt był wyjątkowo przyjemny... Z Warszawy pędzę prosto do Piotrkowa Trybunalskiego na finał i galę konkursu literackiego o „Rubinową Hortensję”. To już 41. edycja tego jednego z najstarszych konkursów w Polsce. Przewodniczyłem jury i wraz z Irkiem Kaczmarczykiem, Rafałem Orlewskim i Jerzym Kissonem-Jaszczyńskim przyznaliśmy nagrody: I – Dorocie Ryst, II – Eli Galoch, a III – Wiesławowi Ciesielskimu. Wyróżniliśmy Pawła Reisinga za wiersz o tym trybunalskim grodzie.

     Ale wielkim wydarzeniem gali był spektakl zbudowany na kanwie wierszy Janiny Nożownik, niedawno zmarłej piotrkowskiej poetki – „Janeczka – teatru będzie trwać”... Dzięki reżyserii Bartka Gumulca mogliśmy się pogrążyć w krainie wspomnień i marzeń. W świecie, w którym Janeczka czuła się wyjątkowo... To właśnie poezja napędzała ją i dawała siłę aż do samego końca jej zmagań ze śmiertelną chorobą... Na początku roku zadzwoniła do mnie i zapowiedziała wysyłkę swojej „ostatniej”, jak wielokrotnie podkreśliła podczas rozmowy, książki. Wtedy nic nie wiedziałem o jej chorobie. Zadzwoniła do mnie ponownie, dziękując za kolumnę wierszy w „Gazecie Kulturalnej”, a szczególnie za tekst pt. „Ananke”:

 

Mówiłam Ci: choć wiem, jestem mikrodrobiną w makrokosmosie, trudno mi uwierzyć, że ewolucja odbywałaby się tak samo beze mnie.

Mówiłam Ci: cieszę się, że nie jestem mandragorą ani homunkulusem. Szczęśliwieję, gdy mogę marzyć, kochać, dziwić się.

Jeszcze tylko policzę gwiazdy i wnuki...

Cogito Junior od wczoraj jest gorącym zwolennikiem ars moriendi, dlatego cudem znajdzie czas i będzie patrzył, jak dorabiam klucz do niebieskiego mieszkania. Tego samego popołudnia Cogito Junior i jego partnerka mają rodzić syna zapisanego do żłobka w dniu poczęcia in vitro. (Na in vivo brak czasu.)

Synkowi dadzą piękne imię Nikt. Na noce będą zabierać dziecko ze żłobka do mieszkania na sto piątym piętrze drapacza chmur. Nocny Nikt wystarczy Cogito Juniorowi i za dom, i za drzewo.

Mówię Ci: mity trzeba tworzyć wciąż od nowa. Żaden ze starych nie może żyć i żyć...

Zresztą wiesz, że ani jeden mit nigdy się nie zdarzy.

 

     Powiedziała mi wtedy, że to jej ostatnia ze mną rozmowa... Odłożyła słuchawkę... Miesiąc później zmarła...

 

     „Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen i śmiech”.

Immanuel Kant




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330623534,trackback

Polanica...

niedziela, 20 listopada 2011 19:49

 

     Odkąd tylko pamiętam do Polanicy Zdroju zawsze lubiłem jeździć. Zaczęło się to jeszcze w liceum, kiedy będąc w maturalnej klasie wyjechaliśmy na podboje Kotliny Kłodzkiej. Było wiele atrakcji – Szczeliniec, Błędne Skały, ale zapamiętałem właśnie Polanicę... Dzisiejsza Polnica znacznie różni się od tej sprzed ponad trzydziestu lat. Ba, ona różni się od tej sprzed pięciu lat, ale pozostało to coś, co powoduje, że chce się wracać... W tym roku to już moja druga wizyta. Na początku sierpnia raczej odpoczywałem, a teraz było trochę obowiązków.

     Podróż do Polanicy jest dla mnie zawsze fascynująca. Mijane miasta raczą swoim pięknem – widać, że gospodarze dbają o ich rozwój, o wygląd, chcąc przyciągać turystów. W dobie kryzysu każde działania mające wpływ na rozwój miejscowości są ważne.

     Tuż za Nysą, w moim ulubionym zajeździe, zawsze wpadam na okonia nilowego, wyśmienitą rybę, przyrządzoną smakowicie i w dodatku bardzo tanią. Po takim posiłku dalsza podróż jest tylko samą przyjemnością.

     Międzynarodowy Festiwal Poezji „Poeci bez granic”, organizowany przez niezmordowanego Andrzeja Bartyńskiego i jego cudowną żonę Krzysię, to najbardziej rodzinna impreza literacka w Polsce. Tutaj nikt nikogo nie goni, tutaj ma się czas na wszystko. Wielka gościnność mieszkańców Polanicy powoduje, że czujemy się dosłownie jak u „babci za piecem”.

     Najlepiej wspominam rozmowy. Te o życiu codziennym i te o literaturze, o tym, co nie których może już w ogóle nie obchodzi, ale – na szczęście – są jeszcze tacy, dla których warto jest jechać trzysta kilometrów, żeby przeczytać wiersze, poprowadzić warsztaty, czy wygłosić prelekcję, często na niezbyt łatwe w odbiorze tematy. Ważne jest to, że ktoś tego słucha, że jest ktoś z zapałem przychodzi na te imprezy, że później z wielkim przejęciem przygryza palce.

     Sporo było tych rozmów w tym roku. Najwięcej chyba ze Zbyszkiem Gordziejem i Kazikiem Burnatem. Miało na to wpływ także i to, że mieliśmy liczne spotkania Kapituły naszego Stowarzyszenia Kawalerów Srebrnego Pióra. Jako kanclerze Kapituły musieliśmy podjąć kilka ważnych decyzji, między innymi i tę, że kolejnym kawalerem zostanie właśnie Andrzej Bartyński. Wręczenia piórka i aktu nadania dokonaliśmy w cudownie odnowionym Teatrze Miejskim, podczas inauguracji Festiwalu.

     Byłem także w Dusznikach, na spotkaniu w miejscowym liceum. Świetna szkoła, młodzież i nauczyciele. Widać, że tam się jeszcze chce, że młodzież jest bezinteresownie zainteresowana (sic! co za zlepek słów).

     W ogóle zauważyłem, że w całym regionie, nikt nikogo nie pogania, życie płynie sobie spokojnym strumieniem, ale bardzo przemyślanym. Nie ma tego wielkomiejskiego gwaru, pędu do nadmiernego gromadzenia materialnych „aspektów” życia. Bardzo mi to odpowiada, wciąga, powoduje zadumę i nastraja do przemyśleń...

     Takie miejsca przewartościowują nasze życie, nasze zachowania, nasze poglądy na świat. One powodują, że stajemy się spokojniejsi, a przez to lepsi i bardziej odpowiedzialni. Świat bez nerwowości jest lepszy. On nas umacnia w naszych działaniach. On na pozwala lepiej żyć. Staje się po części nami...

 

 

Spotkanie autorskie w liceum w Dusznikach Zdroju.

Od lewej: Andrzej Dębkowski, Kazimierz Burnat i Wojciech Kuczkowski.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330600809,trackback

11.11.11

piątek, 11 listopada 2011 22:11

 

     11.11.11.

     11 listopada 2011 roku. Magia cyfr. Szczególnie dla tych, którzy wierzą w numerologię. Ja podobno także jestem „11”. Dowiedziałem się o tym niedawno. A więc cztery „jedenastki” w jednym miejscu. A gdyby tak jeszcze doszła „piąta”... To dopiero byłaby magia...

     11 listopada to nasze największe ze świąt. I od lat ciągle takie samo. Smutne, martyrologiczne. Nie potrafimy cieszyć się z naszych zwycięstw. Zawsze żałoba i umartwianie. Jakiś nieprawdopodobnie okrutne zrządzenie losu, czy może raczej nasze przywiązanie do biadolenia, nasza miłość do robienia z nas wiecznych nieszczęśników? To potrafimy najlepiej. Nie cieszymy się z dobrego, płaczemy na złe, nie potrafimy cieszyć się z tego co mamy, a narzekanie to nasza narodowa cecha. Zachowujemy się jak polski rolnik w jednym z kawałów – on nie modli się do Boga o to, żeby miała taką samą dobrą, mleczną krowę, jak jego sąsiad, on modli się tylko o to, żeby krowa sąsiadowi zdechła. Nie ważne, że on sam nie ma, ważne żeby sąsiad nie miał. Taki jest Polak, zły, podły, zazdrosny, nieuczciwy...

     Często zastanawiam się skąd to wszystko bierze się w nas? Ryba podobno psuje się od głowy, mówi ludowe porzekadło. I sporo w tym chłopskiej mądrości. Kiedy patrzy się na naszych polityków, naszych przywódców, ojców narodu, to czasami zastanawiam się, jak długo jeszcze ten kraj jest w stanie to wszystko wytrzymać? Na ile starczy nam siły, aby nie wyjść na ulice i pogonić to całe, opętane rządzą władzy i pieniądza towarzystwo... I to bez względu na kolor partyjnego upudrowania.

     Popołudniowe marsze niepodległościowe miały być zwieńczeniem narodowej jedności. Niestety, skończyły się narodową hańbą – walką bandytów z policją. A przecież konfrontacji można się było spodziewać, od kiedy zgodę na manifestację dostali organizatorzy Marszu Niepodległości, jak i zapowiadający jego blokadę „antyfaszyści”. ONR, Młodzież Wszechpolska, Niemcy, Lewacy, kolorowi, stadionowi bandyci... Zamiast pikniku radości, Polacy, przy udziale „gości” z zagranicy zgotowali sobie krwawą jatkę na ulicach stolicy. I cóż z tego, że zatrzymano kilkaset osób, skoro sądy dwa dni później prawie wszystkich wypuścili. A nasi decydenci opluwali się wzajemnie, kto kogo sprowokował, kto komu dał po mordzie i czy dał mu słusznie... Żałość, żałość, żałość... Ale żeby nie za mało było takich wiadomości tego dnia, PZPN zaprezentował nowe stroje, w których polscy piłkarze mają grać na Euro 2012. No cóż są ładne, dwukolorowe, zabrakło tylko jednego: godła. Najwidoczniej Lacie i Kręcinie już tak bardzo pieniądze przesłoniły resztki zdrowego rozsądku, że panowie przehandlowoali Orła Białego, na jakiegoś dziwoląga. Tak przehandlowali, bo tłumaczyli się później, że związek musi mieć z czego żyć...

     Już teraz polski piłkarz nie powie, że marzy o występie w narodowej drużynie w koszulce z orłem na piersi. Dlaczego? Bo zamiast narodowego godła będzie tam umieszczony w dalszej kolejności banknot o nominale 50 tysięcy złotych (podobno taki ma być wyemitowany przez NBP!) albo – nie daj Boże – jakieś paskudne gęby Kręciny i Laty. Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że ci, którzy powinni przyciągać do siebie młodych ludzi, odpychają ich i wpędzają jednocześnie w wielkie zakłopotanie.

     Narodowe Święto Niepodległości mieliśmy w tym roku wyborne. A wszystko to w jeden dzień... Jak tak dalej pójdzie, to do końca roku możemy oszaleć... Z nadmiaru szczęścia...

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330571225,trackback

Poznański listopad...

sobota, 05 listopada 2011 19:42

 

     Cztery dni w Poznaniu. Kolejny Międzynarodowy Listopad Poetycki dobiegł końca. Pomimo coraz gorszej sytuacji gospodarczej, kolegom z Wielkopolski udaje się jakoś zebrać grosz do grosza i zaprosić do przyjaciół na ten jakże zasłużony dla polskiej literatury festiwal. Lubię tam jeździć, bo atmosfera jest sympatyczna, a spotkania z ludźmi, z którymi dawno się nie widziało, powodują, że stają się one swoistego rodzaju ładowaniem akumulatorów. Mieliśmy także wiele szczęścia, bo w tym roku pogoda była także po naszej stronie. Nie pamiętam, kiedy w listopadzie była tak piękna pogoda. Można było spacerować i podziwiać, jak Poznań pięknieje. A wszyscy naprawdę się uwijają, bo przecież EURO 2012 za pasem...

     Spotkania i rozmowy z moimi przyjaciółmi były niezapomniane. Zbyszek Gordziej, Jurek Fyckowski, Karl Grenzler, Vladan Stamenković, Géza Cséby, Kazik Burnat Lam Quang My, to wspaniali przyjaciele. Seifu Gebru udało nam się wreszcie trochę pogadać. Nadmiar jego obowiązków powodował, że przeważnie dyskutowaliśmy ostatniego dnia festiwalu, na biesiadzie w Klubie Garnizonowym. Teraz było zupełnie inaczej. A i wódka w jakimś klubie czy pubie była wyjątkowo smakowita...

     Jak co roku wręczona była Nagroda Międzynarodowego Listopada Poetyckiego na książkę poetycką roku. Z Dariuszem Lebiodą i Pawłem Kuszczyńskim przyznaliśmy ją poecie amerykańskiemu. Poezja Roberta M. Giannetti’ego to interesujący głos w opisaniu świata. Jego ciekawe metafory łączą się z opisem w sumie błahych detali życia, ale przypisanych w sposób niezwykły do tego, co w poezji najistotniejsze: zadawaniu ważnych pytań egzystencjalnych.

     Wręczono także Nagrodę Kazimiery Iłłakowiczówny za poetycki debiut roku. Laureatka nagrody, Joanna Borzęcka, to kobieta nie tylko wyjątkowo urodziwa, ale i bardzo utalentowana i niezwykle inteligentna. Nagrodzona książka – „Slalom songs” – została wydana jako pokłosie konkursu im. Scherffera von Scherffensteina na zbiór wierszy organizowanego przez „Stowarzyszenie Żywych Poetów”. Czas pokaże, czy poezja Borzęckiej, bardzo ekspresyjna, by nie powiedzieć gwałtowna, stanie się dla niej samej początkiem bardzo obiecującej drogi.

     Zauważyłem, że w ostatnim czasie, nasze środowisko zaczyna się na nowo integrować. Po latach niezwykłych „podjazdów”, coś jakby się zmieniało. Ludzie chcą ze sobą przebywać, spędzać wspólnie czas, nie gonią za kasą, której i tak nie ma. Nawet wspólne picie wódki ma głębszy, metafizyczny sens. To nie tylko ucieczka, zabijanie czasu. To powrót do normalności, kiedy ludzie nie spotykali się w dwu-, trzyosobowych grupkach, tylko stadnie. Teraz także chcemy być razem i to większość z nas. Czy to objaw starzenia się, szukania jakiegoś usprawiedliwiania się przed sobą i przed innymi? Być może... Ale to miłe, kiedy ludzie mają sobie coś do powiedzenia i niekoniecznie muszą to być jakieś bzdury...

     A czas mijał szybko i nawet żeśmy się nie obejrzeli, jak trzeba było się żegnać, życząc sobie zdrowia, bo o to coraz trudniej, a do napisania pozostało jeszcze tyle książek...

 

Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu - 2-5.11.2011. W oczekiwaniu na wyjazd na spotkania autorskie. Od lewej: Andrzej Dębkowski, Karl Grenzler, Géza Cséby, Andrzej Gnarowski, Zygmunt Dekiert. Siedzą: Kazimierz Burnat i Ryszard Podlewski.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330547725,trackback

Poetycko (25)...

wtorek, 01 listopada 2011 7:56

 

Pamięć

 

Zacierają się ślady na murze straceńców.

Wyblakły imiona poległych w męce i torturach,

w celi śmierci.

Czy zasłużyli na książeczkę,

na tych kilka zastygłych znaków.

Zdarzy się,

że ktoś zobaczy pejzaż dworca kolejowego,

porośniętego piołunem.

Przejdzie przez nieprzeniknioną bramę wydarzeń

i zapali – jak tamci –

znicz.

 

 




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330530184,trackback

Poetycko (24)...

poniedziałek, 31 października 2011 18:57

 

* * *

 

zatrute powietrze

nad ulicami

 

wszystkie stacje donoszą

o nowych Apokalipsach

 

żyjesz natrętnie

bez zysku

 

w nadziei spełnienia

ciągle pakujesz walizki

jedną

czasem dwie

później pociąg

samochód

samolot

pociąg

 

listy gończe niszczą młodość

to nie listy

to wiara w szaleństwo




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330528771,trackback

Rozmyślania...

niedziela, 30 października 2011 21:41

 

     Ileż to ludzi w Polsce krzyczy, że nasze państwo wymaga naprawy. Tyle w nim nieprawości, obłudy, zakłamania i tego wszystkiego, co o przysłowiowe mdłości przyprawia przeciętnego obywatela. Wszyscy chcielibyśmy żyć i pracować w państwie prawa, uczciwości – a przede wszystkim normalności. Wydaje się to jednak coraz trudniejsze.

     Wiele jest zła w Polsce, a nasze państwo wymaga generalnego remontu. Nie wystarczy już zwykłe zalepienie dziur, a potem malowanie i to najczęściej farbą, która bardzo szybko odlatuje od ścian. Remont generalny ma jednak to do siebie, że jest bardzo pracochłonny i wymaga znacznych nakładów – a te finansowe nie zawsze są najważniejsze. Jednak w dzisiejszym świecie nie znamy bardziej skutecznych metod przezwyciężania kryzysów. Jeżeli coś się zepsuło należy je po prostu porządnie naprawić. Jednak w przypadku społeczeństw nie można wyrzucić starego, zużytego, i kupić sobie nowego, jak samochodu.

     Jednym z najważniejszych powodów tak złego stanu narodu jest jakość służb publicznych. W zasadzie to głównie one są źródłem wszelkiego niedomagania. Panuje bezwład w egzekwowaniu prawa wobec wszystkich i w odniesieniu do wszystkich naruszeń. Mamy potężne przenikanie świata polityki ze światem biznesu. Rosnąca biurokracja coraz bardziej ogranicza rozwój gospodarczy, utrudniając ludziom aktywnym życie. Korupcja już dawno przekroczyła najwyższe wskaźniki występujące dotychczas w krajach słabiej rozwiniętych od Polski. Niestety coraz częściej wszystko zaczyna mieć swój rodowód w nieprawnych działaniach ludzi z prawem związanych zawodowo – prawników. Dzisiaj rzadko się zdarza, aby zwykła sprawa kończyła się normalnie, tzn. wydaniem uczciwego wyroku (pomijam te naprawdę uczciwe, których jest coraz mniej). Prawnicy za wszelką cenę naginają kodeksy dla potrzeb swoich lub ludzi, których interesów bronią. Większość postępowań odbywa się na granicy prawa, bądź z wyraźnym jego naruszeniem.

      Jednak czy po raz kolejny muszę dziwić się tego typu postępowaniem? Przecież ryba zaczyna gnić od głowy! W parlamencie zasiadają ludzie niedouczeni, łamiący na co dzień prawo na oczach milionów Polaków. To oni tworzą beznadziejne prawo dla beznadziejnych prawników, a beznadziejni prawnicy bronią interesy beznadziejnych biznesmenów, którzy wykorzystują beznadziejne społeczeństwo, że na takie hece pozwala. To jest choroba. Jednak aby ją pokonać, rządzący muszą najpierw przestać patrzeć na siebie, a nieco przychylniejszym okiem powinni spoglądać na innych. Uczestnictwo w rządzeniu krajem to takie działania, które nie dopuszczają do sytuacji, gdzie raz się jest w sporze z rządzącymi, a innym razem w koalicji rządzącej i ustalającej prawo – dla siebie.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330525880,trackback

Rozmyślania...

sobota, 29 października 2011 23:56

 

     Jestem straszliwym formalistą i estetą, co powoduje, że tak układam sobie życie, by egzystować w takim otoczeniu, które mnie nie obrzydzi. Jednak w dzisiejszym świecie jest to coraz trudniejsze, a pokazały to już liczne polskie wybory, a dokładniej bezpardonowe kampanie wyborcze... Wierzę jednak, że w końcu zwycięży demokracja, która uzyskawszy wysoki status, niepomiernie rozszerzy swoje znaczenie, obejmując wszystkie wartościowe elementy życia zbiorowego. Nie jestem tylko pewien, czy kolejne obietnice doprowadzą do uszlachetnienia tej przestrzeni...

     Mam nawyk patrzenia na świat oczyma normalności. Demokracja jest dla mnie czymś oczywistym, chociaż utrwalił się pogląd, że – jak wyczytałem u Ryszarda Legutki – do istoty demokracji zaliczamy także rządy prawa, społeczeństwo obywatelskie, wolność jednostkowa, ład moralny oraz wiele innych dobrych rzeczy. Za przejaw mądrości uchodzi przeto stwierdzenie, że jedynym lekarstwem na braki demokracji jest więcej demokracji.

     Jednak czy nie jest to przejaw pewnego niezrozumienia? Skoro demokracja jest czymś tak wspaniałym, dlaczego jest ustrojem pełnym wad? Cóż w niej jest takiego złego?

     Społeczeństwo i rządy prawa mogą istnieć w demokracji, lecz wcale nie muszą. Nie muszą funkcjonować także w innych ustrojach. Wolność z tradycją demokratyczną niewiele mają wspólnego, a samej tradycji często dostrzegano elementy antywolnościowe. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sięgnie do książki Tocqueville’a, najwspanialszego do tej pory dzieła mówiącego o społeczeństwie demokratycznym.

     W sensie dosłownym demokracja określa system wyłaniania i przekazywania władzy poprzez wolne i powszechne wybory, czyli okresowe ogłaszanie przez społeczeństwo konkursu na swoich przedstawicieli – mówi cytowany wcześniej Legutko.

     Wspomniany Tocqueville pisał, że w okresie pokoju politycy demokratyczni są w większości miernotami. Uzasadniał to w ten sposób, że w takich czasach ludzie wybitniejsi znajdują sobie pole do działania poza sferą walki o władzę. Dzisiejsze polskie doświadczenia powyższą diagnozę potwierdzają.

     Dzisiaj coraz częściej rozpowszechnia się przekonanie połączone z lamentem, że stan naszego systemu jest tragiczny. W dużej mierze lament ten jest uzasadniony, a w niemałym zakresie wynika on z naiwnych, wygórowanych oczekiwań, jakie mamy w odniesieniu do ustroju. Chcemy, aby demokracja nasza był dojrzała, mądra – często spoglądając na kraje Zachodu – jawiące się nam jako ustroje piękne i szlachetne. Z bliska wygląda wszystko jednak nieco inaczej. Dlaczego tak się dzieje? Demokracja to ustrój przesiąknięty partyjniactwem, a stało się w wyniku „porządkowania” przekazywania władzy przez okresowe wybory. Doprowadziło to do niesłychanie silnej obecności partii w życiu społecznym. Stąd udział we władzy z konieczności pociąga za sobą powiązanie ze strukturami partyjnymi. Ma to, oczywiście, dobre konsekwencje, bo ogranicza awanturnictwo i przypadkowe czynniki destabilizujące. Ale demokracja nie jest szczególnie odpowiednim miejscem dla indywidualistów, samotników, nonkorformistów czy ludzi niezależnych. Dotyczy to wszystkich szczebli władzy.

     Ryszard Legutko pisze dalej: Istnieje uderzający kontrast między językiem publicznym polityków w demokracji, który to język odwołuje się do dobra publicznego, dobra ojczyzny i narodu, a językiem prywatnym środowisk politycznych, który koncentruje się wyłącznie na zdobyciu i utrzymaniu władzy.

     Ubóstwo językowe to jedna tylko strona problemu, druga wiąże się z autentyczna bądź rzekomą wulgarnością. Nie jestem przesadnym purystą, mam dość swobodny stosunek do języka, na co dzień nie używam może tylu „przecinków” co ulica, ale jak trzeba, to posłużę się także grubym słowem i to jeszcze jak.

     Kiedy jednak piszę, to zależy mi nie na tym, co pomyśli sobie jakaś ciocia i czy się nie zgorszy, ale na tym, by ten tekst miał swoja klasę, smak, był elegancki, a kiedy trzeba dowcipny, albo kiedy indziej bardzo intelektualny.

     Dlatego rację mają moraliści, domagający wprowadzenia w sferę życia publicznego kategorii etycznych. Jednak ich pragnienia rozmijają się z praktyka demokratyczną. Kto chce zaistnieć w demokracji i nie odda duszy owej pragmatycznej logice ustroju, ten skazany jest na porażkę. Demokracja posłuszna bezwzględnym normom moralnym, bez wszechobecnego ducha partyjniactwa i stronniczości, to demokracja, jakiej nie ma i być nie może.

     Konsekwencje takiego postępowania są oczywiste i niepokojące. Społeczeństwo polskie, a w każdym razie jego bardziej świadoma część wychowana w tradycji moralności typowej dla środowisk antykomunistycznych, przeżyła szok w zetknięciu z rzeczywistością organów przedstawicielskich III RP.

     Niestety, cud nie nastąpi. Ani współczesna edukacja, ani kultura masowa, nie zmienią tego stanu rzeczy świadomości. Człowiek demokratyczny nie jest istotą samodzielną i niezależną. Chętnie poddaje się reakcjom stadnym i w nich znajduje ujście dla swoich tożsamych pragnień. Demokracja jest ustrojem brzydkim, zdegradowanym, jak wszystko, co człowiecze w tej kwestii. Więc szansę na ponowny wybór mają ci, którzy za moralne uważają to, co sami akceptują. Niestety...




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330523235,trackback

Szkoła patriotyzmu...

poniedziałek, 24 października 2011 22:37

 

     Miałem w życiu kilka marzeń. Jednym z nich było takie, by choć raz w życiu pojechać do Wilna – do »polskiego Wilna«, jak mawiało się w domu. Długo musiałem czekać, ale w końcu marzenie moje ziściło się...

     Od przejścia granicznego w Ogrodnikach fotografowałem wszystko oczyma, chciałem jak najwięcej zapamiętać, porównać z tym, o czym tyle się naczytałem i usłyszałem od osób, które to bądź były tam wielokrotnie, bądź od repatriantów polskich, których los rzucił stamtąd na ziemie polskie po 1945 roku. Spotykałem się często także z Polakami obecnie mieszkającymi na Litwie. Te wszystkie obrazy, które nakładały się na siebie i jednocześnie wzajemnie przenikały, dawały mi możliwość konfrontowania wszystkiego ze sobą. Pierwsze wrażenie było dziwne. Przejechaliśmy prawie sto kilometrów od granicy, a tu tylko lasy i tysiące hektarów łąk i nieużytków, pozostałości po byłych kołchozach. Domów też jak na lekarstwo. Jakże inne było moje wyobrażenie o wsi litewskiej. Wieś polska to kilkanaście lub kilkadziesiąt gospodarstw ciągnących się niekiedy przez kilka kilometrów, a tam jeden, dwa domy na przestrzeni kilku bądź kilkunastu kilometrów. Wrażenie przedziwne, jakby wszystkich gdzieś »wymiotło«, »wywiało«, jakby nikt nie chciał mieszkać na tej pięknej ziemi. Dziwiłem się również i z tego powodu, że przecież Litwa to kraj biedny, bez większego przemysłu, a dla potrzeb rolnictwa nie chce się wykorzystywać tych leżących odłogiem tysięcy hektarów nieużytków. Przecież większość tych ziem należała kiedyś do Polaków, którzy zupełnie nieźle radzili sobie w rolnictwie. Dziwi więc postawa władz litewskich, która niechętnie rozpatruje wnioski Polaków o odzyskanie rodzinnych włości. Te ziemie można by przywrócić do stanu świetności i czerpać z niej obopólne korzyści. Ale może się mylę, może władzom litewskim właśnie chodzi o to, ażeby tak było?... Krzewić tradycje polskie?... Cóż za pomysły! Aleksander Sokołowski, polski poeta mieszkający w Wilnie opowiadał mi o tym, jak przez kilkadziesiąt lat starał się o odzyskanie (ewentualnie o rekompensatę) swoich ziem, utraconych w wyniku »pojałtańskiego kompromisu«. W końcu dostał zadośćuczynienie w postaci dziewięciu hektarów nieużytków, zamienionych za tamte, przedwojenne dziewięć tysięcy hektarów! – I cóż ja biedny, Andrzeju, miałem robić z tymi dziewięcioma hektarami? – żali się Aleksander. Wymyślił ja pasiekę, kupił ule i miód robię. Aleksander nawet opisał ten fakt w swojej książce pt. Pszczoły i ludzie. W ogóle zauważyłem, że Polakom na Litwie żyje się źle. Litwinom pewnie też, gdyż emerytury są jeszcze marniejsze niż w Polsce, ceny wysokie, a perspektyw rozwoju jak na razie nie widać. W samym Wilnie jest znacznie lepiej, bo wiadomo stolica, miasto ładne, zadbane, z przecudnej urody Starówką.

     Na każdym kroku widać jeszcze polską przeszłość miasta, choć z każdym rokiem coraz mniej. Nowoczesne wypiera to stare, a stare dla Litwinów nie kojarzy się najlepiej, więc się je zastępuje nowym. A nowe jest, jak wiadomo, często bezduszne. Ostra Brama, wtopiona w barkowe budowle kościołów, dumie stoi i przypomina nam – Polakom – o świetności miasta, ale XXI wiek widać na każdym kroku, który często bez żadnego kompromisu »rozpycha« się, gdzie tylko może. Ogromne, podświetlane,  kolorowe szyldy, bilboardy reklamowe, przesłaniają stare i piękne kościoły, jakby zastępowały drogę zwiedzającym turystom i mieszkańcom grodu nad Wilią. I chociaż historii można jeszcze dotknąć, to jest jej coraz mniej i coraz trudniej będzie się jej oprzeć nowoczesności.

     Najwięcej Polski jest oczywiście cmentarzach – na słynnej Rossie i trochę zapomnianym i zaniedbanym cmentarzu Bernardyńskim. Jest tam najmniej naruszona przez miejscowych i upływ czasu. Wielka ta nekropolia przypomina zwiedzającym, że tu kiedyś również mieszkali Polacy i to Polacy wielcy duchem, zaangażowani w sprawy narodowej tożsamości, umiłowani w tradycji, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Spacerując ścieżkami cmentarza na Rossie chłonę to, co dla całych pokoleń Polaków tam mieszkających było »solą ziemi«.

     Dzisiaj spadkobiercami tamtej Polski lat jest nowe pokolenie. Chociaż sytuacja życiowa jest jakże różna od tamtej, przedwojennej, to jednego na pewno nie można im odmówić: PATRIOTYZMU. Pamięć o swoich przodkach, o swoich korzeniach, o tradycji, która kształtowała całe pokolenia jest pielęgnowana. Wojciech Piotrowicz, opowiadający historię Wilna jak nikt inny, Józef Szostakowski, najskromniejszy ze skromnych, ale wielki duchem i sercem Polak, czy Henryk Mażul, że wymienię tylko nielicznych, ale bardzo zaangażowanych w sprawy literatury polskiej na Litwie i w ogóle polskości. A przecież są jeszcze całe rzesze Polaków pracujących naukowo na uczelniach, z prof. Tadeuszem Bujnickim, na czele – synem poety, Teodora Bujnickiego; nauczyciele, zarówno w szkołach tych miejskich, jak i wiejskich.

     Kiedy rozmawiałem z Polakami mieszkającymi na Litwie, to miałem wrażenie, że oto znalazłem się w innej epoce, że to, co do tej pory znalazłem w różnych książkach stało się rzeczywistością. Tam pamięta się o historii ojców, pielęgnuje tradycję i ciągle marzy i tęskni. Ale jest to tęsknota za tym, co utracone i co zapewne nie wróci.

     Cechą wspólną Polaków nad Wilią jest ogromna chęć i potrzeba spotykania się z rodakami znad Wisły i Odry. Kiedy przyjeżdżam do Wilna, to dostrzegam tę wielką radość w ich oczach, to wielkie serce, otwarte na drugiego człowieka. Polskość jest wtedy na każdym kroku, a dziesiątki i setki spotkań, dyskusji, sesji i wymiany poglądów oraz wspomnień, wielkim narodowym świętem.

     W Polsce też rozmawia się o przeszłości, o historii, czasem w telewizji zobaczyć można program na ten temat, ale prawdziwego patriotyzmu musimy się uczyć od rodaków z Kresów. To oni są tymi prawdziwymi orędownikami narodowej tradycji i kultury, to oni z taką pieczołowitością dbają o zabytki naszej przeszłości, to oni szczególnie mocno podkreślają swoje przywiązanie do macierzy. Trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że przecież to my powinniśmy pomagać Polakom tam mieszkającym, których los tak bardzo skrzywdził. Rzeczywistość jest jednak inna, dlatego chciałbym im w swoim imieniu podziękować, za te wszystkie lekcje historii, w których uczestniczyłem, i za które jestem im wdzięczny. Być może uda mi się jeszcze tam pojechać i jeszcze bardziej dotknąć tego, co do tej pory wydawało mi się nieosiągalne.

     A przecież takich miejsc na Kresach dawnej Rzeczypospolitej jest znacznie więcej. Weźmy Ukrainę z całym szlakiem polskich miast, miasteczek i wsi, jest Białoruś, która czeka swoje przemiany, tak jak Polacy, Litwini i Ukraińcy czekali przez tyle lat.




Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330503131,trackback

czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  207 566 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Andrzej Dębkowski, poeta, krytyk literacki, publicysta, eseista, dziennikarz i wydawca. Autor szkiców i esejów krytycznoliterackich.

Urodził się w 1961 roku w Zelowie, gdzie mieszka do dzisiaj. Studiował w Wyższej Szkole Oficerskiej im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu. Jest absolwentem Państwowego Studium Oświaty i Kultury Dorosłych w Warszawie. Redaktor naczelny „Gazety Kulturalnej”.

Debiutował w 1988 roku w miesięczniku „Do Przodu”. Publikował swoje wiersze m.in. w „Wiadomościach Kulturalnych”, „Okolicy Poetów”, „Gazecie Kulturalnej”, „Literackiej Polsce”, „Metaforze”, „Sycynie”, „Akancie”, „Siódmej Prowincji” oraz w kilkudziesięciu antologiach i almanachach – w prasie krajowej i zagranicznej.

Jest laureatem kilkudziesięciu konkursów literackich, wielu nagród i wyróżnień. Jego wiersze tłumaczono na język włoski, czeski, litewski, białoruski, serbski, ukraiński, węgierki, rosyjski i wietnamski. Opublikował: „Wierzyć w siebie” (1993), „Wiersze nowe i wybrane” (1995), „Wiersze wybrane” (1996), „Paryż nie jest taki piękny...” (1998) – poetycka książka roku XXI Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu w 1998 roku, jest autorem zbioru felietonów „Magiczne pomysły. Felietony” (2001) oraz książek: „Kiedy umiera poeta, umiera świat. Rozmowy z ludźmi pióra” (2004), „85 lat dla miasta. Historia Zelowskiego Klubu Sportowego Włókniarz” (2007).

Współpracuje, jako publicysta i eseista z prasą kulturalną w kraju i za granicą. Należy do Związku Literatów Polskich.

O moim bloogu

Na blogu znajdują się publikacje Andrzeja Dębkowskiego

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207566
(wersja testowa)
Bloog istnieje od: 1576 dni